Agnieszka i Marek szykowali się do ślubu. Ich wesele trwało w najlepsze, gdy prowadzący ogłosił, że przyszedł czas na prezenty. Pierwsi gratulowali młodej parze rodzice panny młodej. Zaraz potem podeszła do nich matka Marka, Krystyna Stanisławówna, trzymając w rękach ogromne pudełko przewiązane jaskrawoniebieską wstążką.
— O rany! Ciekawe, co jest w środku? — szepnęła podekscytowana Agnieszka do ucha Markowi.
— Nie mam pojęcia. Mama trzymała to w tajemnicy — odparł zakłopotany pan młody.
Postanowili, że prezenty rozpakują dopiero następnego dniu, gdy opadnie weselny kurz. Agnieszka zaproponowała, by zacząć od pudełka od teściowej. Rozwiązali kokardę, zdjęli pokrywkę… i oniemieli z wrażenia.
Agnieszka od dawna zauważała u Marka dziwną cechę: nigdy bez pozwolenia nie brał nawet najmniejszej drobiazgu.
— Mogę zjeść ostatniego cukierka? — pytał nieśmiało, spoglądając na wazonik z samotnym karmełkiem.
— Przecież nie musisz pytać! — dziwiła się Agnieszka.
— Tak już mam — uśmiechał się zawstydzony, szybko rozwijając papierka.
Dopiero po kilku miesiącach Agnieszka zrozumiała, skąd u narzeczonego wzięła się ta niepewność.
Pewnego dnia Marek zaproponował, by poznała jego rodziców – Krystynę Stanisławównę i Jana Kazimierza. Na początku teściowa wydawała się Agnieszce miłą kobietą. Pierwsze wrażenie rozwiało się jednak, gdy Krystyna Stanisławówna zaprosiła ich do stołu.
Przed gośćmi postawiła dwa talerze, na których położyła po dwie łyżki ziemniaków i malutką kotlet mielony. Marek szybko opróżnił swój talerz, po czym cicho poprosił o dokładkę.
— Wciąż byś jadł! Nie do wykarmienia jesteś! — oburzyła się głośno Krystyna Stanisławówna, wprawiając Agnieszkę w osłupienie.
Gdy o dokładkę poprosił Jan Kazimierz, teściowa z uśmiechem nałożyła mu pełny talerz. Agnieszka z trudem dojadła kolację, wstrząśnięta tak wyraźną niechęcią teściowej do własnego syna.
Później, przy przygotowaniach do wesela, Krystyna Stanisławówna pokazała swoje prawdziwe oblicze. Nie podobało jej się dosłownie wszystko: pierścionki, restauracja, menu.
— Po co tyle wydawać? Przecież można było znaleźć taniej! — mówiła z jawnym wyrzutem.
Agnieszka w końcu straciła cierpliwość.
— Dajcie nam samym o tym zdecydować! — wybuchnęła. — To nasze pieniądze i nasz wybór!
Urażona Krystyna Stanisławówna przestała dzwonić, a nawet zagroziła, że nie przyjdzie na wesele.
Dwa dni przed uroczystością Jan Kazimierz sam przyjechał do młodych.
— Synu, pomóż mi z prezentem — poprosił, wyprowadzając Marka do samochodu.
Okazało się, że ojciec kupił im pralkę – by nie być zależnym od kaprysów żony. Wyznał, że pokłócił się z Krystyną Stanisławówną, bo uznała nawet prezent dla syna za zbyt drogi.
W dzień ślubu teściowa jednak się pojawiła – w eleganckiej sukni, przyjeżdżając taksówką. Zachowywała się nienagannie, wręczyła duże pudełko z niebieską kokardą, a potem zniknęła w weselnym tłumie.
Następnego ranka Agnieszka z Markiem z niecierpliwością rozpakowali pudełko. Ekscytacja zamieniła się w rozczarowanie.
— Ręczniki? — wyszeptała Agnieszka, wyciągając pierwszy.
— I skarpetki — dodał Marek z ciężkim westchnieniem, podnosząc dwie pary frotte. — Ojciec miał rację… Mama dała, co pierwsze wpadło jej w ręce. Trudno uwierzyć, że stała się tak skąpa. Lepiej byłoby, gdyby w ogóle nie przyniosła prezentu.
Ale to nie koniec. Kilka dni później Krystyna Stanisławówna zadzwoniła do syna, by… wypytać, kto i co im podarował.
— No mów! Co dała twoja teściowa? A wujek Zbyszek? A koleżanki Agnieszki? — dopytywała się.
Nie chcąc omawiać prezentów, Marek odpowiedział krótko:
— Mamo, to nie twoja sprawa. My z Agnieszką jesteśmy zadowoleni.
Po czym po raz pierwszy w życiu odłożył słuchawkę bez wyrzutów sumienia.
Życie uczy nas jednego: dobroci nie mierzy się wartością prezentu. Ale szacunek, jak i miłość, widać w drobiazgach. A tych – niestety – Krystynie Stanisławównie zabrakło.



