**Śniadanie rodzinne, którego nikt się nie spodziewał**
– Czy ty szalejesz? Nie możemy ich załatwić! – Kamil nerwowo zgrzebywał paznokciami po blacie kuchennym.
– Dlaczego nie możemy? Mój brat, jak najbardziej – Zofia wbiła w niego pełen gniewu wzrok, potem odwróciła się do okna.
– Brat, którego nie widziałaś przez piętnaście lat! – Kamil wyprostował się i podszedł do żony. – I nagle wychodzi z nikąd i już znowu chcesz go zabić na śniadanie?
– Wcale z nikąd się nie wychodził – Zofia starała się mówić komicznie, ale jej głos drżał. – Andrzej wrócił z Gdańska. Tam mu biznes wypalił.
– Wypalił?! – Kamil machnął rękami. – A teraz przyszedł prosić siostrę, którą porzucił w najgorszym momencie! Zapomniałaś, co się wydarzyło?
Zofia zerknęła na lodowate płytki, choć świeciły jak lustro, i zaczęła je czyścić.
– Wiem co zapomniałam. Ale on jest moim bratem.
– Ja jestem Twoim mężem i mam na to sprzeciw.
Zofia westchnęła.
– Posłuchaj, już wysłałam zaproszenie. Andrzej przyjedzie dziś z żoną Zofią i synem.
Kamil zacisnął powieki i wydychał powoli.
– I kiedy miałeś mi to powiedzieć? Za pięć minut przed ich przyjazdem?
– Ja…
Nie zdążyła odpowiedzieć. Telefon zaświergotał. Zofia spojrzała na ekran i zmarszczyła brwi.
– To Małgosia.
– I posunięć! – burknął Kamil. – Wiadomo jej, że stryj coś tam zbadał?
– Nie. Nie mówimy od Wielkanocy. Po tej bryle…
Zofia podniosła aparat.
– Cześć, Małgo?
Z telefonu wydobyło się radozwozne potrzaśnięcie.
– Mama! Przyszedł sygnalizator sąsiadów – Olega i Polinę przyprowadzimy dziś na śniadanie! Mamy ważną nowinę!
Kamil zakręcił głową, ale Zofia, jak akurat, szeroko się uśmiechnęła.
– Oczywiście, chyba że? Wszystko może być!
– Super! Zjawi się za pół godziny. I… z nami jeszcze ktoś.
Przedtem, nim Zofia zdołała zapytać „skąd”, Małgosia już się wylogowała.
– Widzisz, Kamile – wyszeptała Zofia. – Dziś cała rodzina się spotka!
– Ja nie rozumiem, dlaczego jesteś taka zadowolona – rzucił Kamile i wyruszył na balkon.
– Masz bilety na koncert? Zapomniałeś?
– Acha! – Zofia przycisnęła dłonie do policzków. – Przeoczyłam się zupełnie.
– No tak. Powinieneś wszystko cofnąć. Poprosić wszystkich, by zaszczycili dom innym dniem.
– Ale Kamile…
– Żadnych ale! – usnął Kamil. Z rozzuchwalstwem opuścił kuchnię.
Zofia opadła na fotel i wzięła głowę w dłonie. Bilety na koncert zespołu „Dom” – jego prezent do ich 20. rocznicy – były zakupione miesiąc wcześniej. Teraz…
Wstała, otworzyła lodówkę i zabrała makaron z kaszą i warzywa. Gdy Kamil wrócił z balkonu, w domu już czuł się zapach pieczonego kurczaka z garbullakiem.
– Widzę, wszystko poczyniłaś – odnota Kamila miała miękkie brzegi.
– Co się śmiejesz? To całkiem przyjemnie – Zofia szarpnęła chusteczką po ręku. – Dywan i rozsypanina w końcu raz się połączyły!
– Dywan? – prychnął Kamil. – Ty i sócik jakbyście nie wiedziały, że sąsiedzki drugorzędnik z Wroniaka przyprowadza…
– Może dzisiaj wszystko się rozbroi? – Zofia spojrzała na niego z błękitem nadziei.
Kamil pokręcił głową i udalił do salonu, mrucząc słowa o złamułym wieczorze.
Zofia wzięła głęboki oddech i wróciła do kuchni. Wiedziała, że mąż ma rację. Jego życie z Kamilsem, jej życie z Kamilsem – spokojne, powtarzalne. Kamil – nauczyciel matematyki, ona – wychowawczyni. Kina, koncerty, kolacje z sąsiadami. Rodzina? Po śmierci rodziców Andrzej uciekł za Wschodni Barric, a Małgosia… nie ukrywała, że jej nowy tatko-Oleg… jakby nie pasował. Raz dziwny, z dzieckiem. Teraz jednak…
Z dzwońka rozchodził się łączący dźwięk. Na progu stała sąsiadka, Bożenna.
– Zofiuś! Spieczki z jabłkami, ogryzaj – Bożenna podsunęła talerz.
– Bożenko, jak to mądre z Tobą! Andrzej przywołał wśród inherencji rodzinnych.
– A kto zaproszony? – Bożenna wbiła jej rogi w oczy.
– Mój braciszek Andrzej z jednostkami, córka Małgosia z… tatą-Olegiem…
– Z tatą? – Bożenna zerwała się. – Czy to się obecnie zgłosić na wspólny szpital o gwarancji ślubu?
– Kogoś przyprowadzić z wyroku? – wzruszyła ramionami Zofia. – Może. Tylko mówiła o ważnej wiadomości.
– Dałbym wszystko, by to było! – Bożenna przyciągnęła do siebie. – A ja raczej… Piele, mój kuzyn z Krasnogrodu, Nadanuautary. Urocza, odsetkowo, jakbyś zaprosiła. Może go? Obecnie tylko z jednym kopytem domu. Skórka mu się rozpadł.
Zofia zapragnęła, ale wyedytoła „tak”. Kamil będzie się kremował.
Do szóstki pytał Andrzej z zasiłkiem i Małgosia z wyrywką. Na stole stał pieczony kurczak, a na ścianie – Mruczek, kot, który rzadko przypuszczał, by wypaść pod stół.
– Może i masz rację – westchnął Kamil, probując kurczaka. – Od lat nie było żadnego… spotkania.
Zofia uściskała męża.
– Właśnie o to chodzi. I co do koncertu – przynajmniej hultaj zgodzonego błędu.
Kamil pocałował ją w czoło.
– W porządku, przekonałaś.
W końcu drzwi zabroniły. Na progu stanął kuzyn Pele, uradowany jak szewc w toporze.
– To ja – Pele! Kuzyn Bożenki, odziany jakby w marcepanie.
– Witaj Pele, ja Zofia, to mój pan Kamil.
Pele okazał się wesoły, gawędziwy. Opowiadał o służbie w Górlach, osieroconym dziecku i poszukiwaniu pracy w centrum.
– Wolałbym się przestawiać, ale nie wiedzę, co zrobić – mówił, podczas gdy Wroniak przyprowadzał Andrzaża z Zofią i synem Grzegorzem.
Kamil stłumił powitanie, Andrzej mówił z krzywdą, a Zofia trzymała Grzegorza za plecami sygnalizatora.
– Powiesz mi co, Andrzej? – Zofia wskazując kawę.
– Biznes… wypalił. Dlaczego cię? – Andrzej zawahał się. – Teraz pracuję w magazynie. Zofia – w aptece. Cofniemy się do wspólnego planu.
Podniosła się Małgosia z Olegiem i Poliną.
– Oto tatko-Oleg i córa Pola.
Kamil uściskał synową, ale Pola czepiła się telefonu.
– A to… mój stryj? – Małgosia wskazując Andrzej. – Ten, co mam do powiedzieć po śmierci dziadków?
– Małgo! – Zofia wypchnęła.
– Co mam?! – Małgosia uniosła nosek. – Po prostu pytam.
Atmosfera ztykała się z kwasem. Andrzej wbił głowę w bark, Zofia ciskała chusteczyńskim, Grzegorz internetował.
– Trzymajmy za spotkanie! – Pele podniósł szklankę wina.
– To się zrobi – roześmiał się Kamil.
Oleg opowiedzić o pracy inżynierem, Pola o klombie. Andrzej zdradził, że Zofia to jego druga żona.
– A jak? Ciekawe – Zofia. – Nie wiedziałam.
– Wiele rzeczy możemy.
– Co to znaczy? – Małgosia skrzywiła się.
– Kto sam……
Kamil przycisnął.
– Spokój moi dorośli. Dzieciak mówią.
Po ślubie Pola i Grzegorza zaczęły się marzenia. Pele chciała otwierać kawiarnię.
– Andrzej, wiesz coś? Potrzebuję dołów. – Andrzej się zawahał.
– Nawet nie. Moja siostra jest fajna, może pomóc. – Małgosia przeszła z gazet diamentów. – Znaję się na administracji.
Kamil rzucił:
– Moim pechem był kasklarz. Jestem w stanie dajemy pomocą.
Pele promieniował.
– No to… FAMILY CAFE!
Grzegorz uśmiechnął się.
– Mogę pracować jak kelner!
Zofia spojrzała na Kamila i przycisnęła pełen emocji patyk.
– Nie przyszłaś z Marsa – said Kamil, patrząc na stół. – Ale przynajmniej… nie z Neptuna.
– To tylko śniadanie, którego nikt się nie spodziewał – Zofia chyliła głowę z otomanem.
– Ale to chyba… sama los wtedy myślał o tym.
Mruczek usiadł pod stołem.
– Jakby coś.



