Niespodzianka od byłego
Bartku, zaczekaj! krzyczałam przez otwarte okno.
On mnie nie słyszał.
Już wsiadał do swojej skody i odpalał silnik. W panice chwyciłam telefon i wybiegłam z mieszkania. Mieszkam na czwartym piętrze bez windy, więc zbiegałam po schodach łamiąc sobie oddech, jednocześnie wykręcając numer Bartka raz za razem. Bez skutku ignorował każdy mój sygnał.
Miałam tylko jedną myśl: Byle zdążyć!
Moje modlitwy dotarły do nieba kiedy wypadłam z klatki na podwórko niczym huragan, zobaczyłam, że Bartek jeszcze grzeje silnik.
Kiedy zobaczył mnie bez kurtki, zaskoczył się i opuścił szybę.
Co się stało? Wyglądasz jak śmierć!
Pod twoim autem… wydukałam.
Tak zadychałam, że nie umiałam się wysłowić. Padłam na kolana i wsunęłam się pod samochód, zupełnie nie patrząc, że kładę się na mokrym, brudnym śniegu i brudzę sobie spodnie. Złapałam podwozie, a potem wychynęłam z wyciągniętym, wychudzonym, przemoczonym kotem, którego futro przypominało raczej kłębek starych nitek.
Bartek stał osłupiały.
Anka, co ty wyprawiasz?! Co to za burdy?! Spieszę się do pracy!
Pod twoim samochodem siedział kot. Widziałam z okna. Bałam się, że ruszysz i… rozumiesz.
Kot pod autem? prychnął. To przez tego kota taki cyrk? Serio?
A co, sądzisz, że koty nie chcą żyć? zapytałam go zmęczona, patrząc prosto w jego oczy.
Wiesz… Gdyby ten kot chciał żyć, nie chowałby się pod samochodem. A nawet jak już, to uciekłby w sekundę, słysząc motor.
Tak ci się tylko wydaje, Bartek. Popatrz na niego nie ma siły nawet zamiauczeć. Ty mówisz uciekłby.
Dobra, Anka, uratowałaś kota gratulacje! Jak wrócisz do domu, weź sobie ptasie mleczko z wazony i pochwal się znajomym na fejsie. Muszę lecieć do roboty. Pogadamy wieczorem.
Patrzyłam, jak odjeżdża w siną dal, trzymając kota. I nie umiałam pojąć, skąd w Bartku tyle obojętności. Może nie chciałam tego widzieć wcześniej?
Spojrzałam na kota był słabiutki, patrzył na mnie spod przymkniętych powiek, ale… czy ja tam widziałam wdzięczność? Tak, dokładnie! Uratowałam go.
Wróciłam z nim do mieszkania, ubrałam coś cieplejszego, wzięłam torebkę i trochę gotówki, po czym zamówiłam taksówkę.
Dokąd jedziemy? zapytał taksówkarz, zerkając na mnie przez lusterko.
Do lecznicy weterynaryjnej, jak mówiłam przez telefon. Proszę jak najszybciej.
Aaa, jasne! Coś się stało z kotkiem?
Potrzebuje pomocy.
Rozumiem. Nie będę już męczył pytaniami. Znam taką jedną świetną klinikę zależy pani na jakości?
Najlepsza, jaka jest.
Tam panią zawiozę. Lekarze cuda robią, nawet z najgorszych przypadków wychodzą zwierzaki.
Piętnaście minut później siedziałam już na korytarzu w klinice, ściskając w ramionach transporter. Było pełno ludzi, każdy czekał ze swoim stworzeniem, każdy z własną historią.
A co się stało waszemu zwierzątku? zagadnęła mnie starsza pani z maleńkim pieskiem na ręku.
Nie wiem jeszcze, znalazłam go pod autem, chyba utknął tam całą noc. Na mrozie…
Ojej… Proszę, niech pani wchodzi pierwsza. My tylko na kontrolę z Gustawem widzę, że kotek potrzebuje pomocy pilnie.
Naprawdę? Dziękuję pani bardzo!
Swój do swego po swoje…
Lekarz długo oglądał kota, w końcu zlecił badania. Czekając na wyniki, byłam kłębkiem nerwów. Bartek co chwilę wydzwaniał, ale odrzucałam nie miałam głowy na rozmowy.
Proszę pani przerwał napiętą ciszę lekarz, wpatrując się we mnie z troską. Kot z objawami odmrożenia, do tego liczne choroby. Leczenie potrwa długo i nie będzie tanie. Zastanowić się pani musi, czy bierze pani za niego odpowiedzialność. Jeśli nie, może trzeba znaleźć mu inny dom?
Oczekiwałam leczenia, ale koszty i czas mnie przeraziły. Spojrzałam kotu w oczy. Nie prosił, nie błagał, po prostu patrzył cicho jeśli zrezygnujesz, ja zrozumiem.
Jestem gotowa! powiedziałam bez cienia wahania. Zajmę się nim, ile trzeba. Choćby całe życie.
Wspaniale uśmiechnął się lekarz. Zostawiamy go u nas na dwa tygodnie, potem dostanie pani rozpiskę leczenia na dłużej.
Dziękuję… miałam łzy w oczach.
To my dziękujemy, niewielu mamy takich ludzi jak pani.
Pogłaskałam kota, obiecując, że wrócę po niego. A on zebrał resztki sił i zamiauczał na pożegnanie.
Wróciłam do domu dopiero wieczorem, padnięta jak po maratonie. Następnego dnia miałam iść do pracy, marzyłam tylko o odpoczynku. Niestety, Bartek czekał na mnie w przedpokoju, wyraźnie wściekły.
Anka! Gdzie ty się szwendasz?! Dzwonię do ciebie co chwilę, nie odbierasz! Co to ma być?
Przepraszam, ciężki dzień miałam rzuciłam, zdejmując kurtkę i odstawiając jego buty w kąt (znowu zostawił je w przejściu).
W sumie masz wolne, więc niby z czego możesz być zmęczona? ironizował. Co robiłaś?
Cały dzień spędziłam z kotem w klinice.
Z jakim kotem? Nie rozumiem.
Tym, którego ranem spod twojego auta wyciągnęłam. Daj mi dzisiaj spokój, jestem wykończona. Pogadamy jutro.
Moment, moment! Cały dzień zmarnowałaś na bezpańskiego kota?! Dobrze zrozumiałem?
A jakie to ma znaczenie? Musiałam go ratować, inaczej by padł.
A ja tu głoduję! Nie ma cię, nie ma obiadu.
Bartek, już nie jesteś dzieckiem. W zamrażarce są pierogi, mogłeś sobie podgrzać. Wiem, że lubisz domowe jedzenie, ale jak aż tak cię ssie…
Pierogi?! Co ja jestem, żebrak, żeby jeść pierogi z zamrażarki? Ja harowałem dziś cały dzień, a mam jeszcze gotować?
Mimo zmęczenia poszłam do kuchni i przygotowałam Bartkowi obiad tak, jak najbardziej lubi. Nie zasłużył, ale nie miałam siły prowadzić kolejnej awantury. Nie podziękował.
Po dwóch tygodniach odebrałam kota z kliniki i przywiozłam do domu. Wszystko miałam przygotowane, tylko Bartkowi jeszcze nie mówiłam. Trochę się obawiałam, ale przecież mieszkanie jest moje, Bartek ani nie mąż, ani zaręczyn nawet nie było. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak źle zareaguje.
Kiedy zobaczył kota, zrobił mi dziką awanturę.
Ty wzięłaś tego kota z ulicy do domu?! Anka, oszalałaś?! Poraziło cię, jak się pod to auto wczołgiwałaś?
Bartek, spokojnie. To ja za niego odpowiadam.
Ile wydałaś na leczenie? Ile jeszcze wydasz?!
Moje pieniądze, moja sprawa! Ty akurat ostatnio nic nie dokładasz, nawet na zakupy chodzę sama!
Samochód mam, inwestować muszę. Problemy w pracy. O co ci chodzi, teraz wyjeżdżasz z takim tekstem? Nie o mnie tu mowa!
Kot nazywa się Feliks.
Już nawet imię wymyśliłaś? Może psychiatra, co?
Tej nocy spałam osobno, dobrze, że mam dwa pokoje. Leżałam i myślałam o Bartku i naszych relacjach. Mieszkamy razem od niespełna roku, ale atmosfera jest trudna wciąż wymagania, poniżanie, podnoszenie głosu. Zaczęłam rozumieć, że to nie jest zdrowy układ. Postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę, każdy ją zasługuje. Niestety, Bartek wcale nie chciał się zmieniać.
Ciągle kłócił się o kota, twierdził, że powinien siedzieć na śmietniku. Słuchałam go coraz ciszej, a w głowie układałam już plan: koniec z tym. W końcu powiedziałam wprost:
Bartek, nie kocham cię już. Ty mnie też nie. Po co się męczyć?
Co to ma znaczyć?
Jutro masz się wyprowadzić. Mam dość awantur. Chcę spokoju w swoim domu.
Wzięłaś kota, nie pytając mnie, a ja jestem ten zły?
Jeśli nie możesz zaakceptować kota, znajdź kogoś, kto nie ma kota. Albo kup własne mieszkanie i rób tam co chcesz.
Następnego dnia miałam wolne, więc lepszego momentu nie było. Bartek przez pół dnia krzątał się po domu, zwlekając z opuszczeniem mieszkania, wciąż liczył, że zmienię zdanie. Ja popijałam herbatę w kuchni, kiedy zadzwoniła moja szefowa.
Aniu, wiem, że prosiłaś o wolne, ale sytuacja wyjątkowa, bardzo cię proszę!
Pani Urszulo, naprawdę mam kiepski moment…
Spojrzałam na Bartka, który wściekle pakował swoje rzeczy do torby i zabierał komputer oraz narzędzia z balkonu.
To tylko godzinka, błagam, bez ciebie się nie da.
Westchnęłam, dokończyłam herbatę i zaczęłam się zbierać. Bartkowi rzuciłam przez ramię, by klucze wrzucił do skrzynki pocztowej. Skinął głową i spojrzał na mnie z taką złością, że ciarki przeszły mi po plecach.
W pracy nie poszło długo, po czterdziestu minutach wracałam już taksówką.
Jak tam kotek? zapytał znajomy już kierowca ten sam, który kiedyś wiózł mnie pod lecznicę.
Całe szczęście dobrze. Proszę mnie jak najszybciej zabrać do domu.
Gdy weszłam na swoje piętro, od razu zajrzałam do skrzynki kluczy nie było. I auta Bartka też już nie było.
Pewnie jeszcze się krząta, auto przestawił pomyślałam.
Podeszłam do drzwi, były zamknięte. Otworzyłam je, weszłam do środka rzeczy Bartka nie było. Komputera, narzędzi też. No trudno, trzeba będzie zmienić zamki.
Poszłam do sypialni i… stanęłam jak wryta.
Na łóżku brakło Feliksa. Nie było też jego transportera.
Zaczęłam wołać, przeszukiwać wszystkie kąty, ale już wiedziałam: Bartek zabrał kota. Tylko po co?
Bartek, powiedz, po co zabrałeś Feliksa?! wykrzyczałam w słuchawkę, gdy odebrał połączenie.
Taka niespodzianka! Wrócisz do mnie na kolanach, to pomyślę, czy ci go oddam!
Zwariowałeś?! On potrzebuje leków i specjalnej diety!
Krzyczałam jeszcze chwilę, zanim rozłączył się, śmiejąc mi się w twarz.
Gdzie go teraz szukać? siedziałam na podłodze zapłakana. Bartek wynajmował mieszkanie zanim zamieszkaliśmy razem, nie mówił nigdy skąd pochodzi, nawet nie zaprosił mnie nigdy do siebie. Skąd go znajdę…
Nie spałam całą noc, a rano pojechałam na jego firmę.
Wziął kilka dni wolnego rzucił szef a co się stało?
W skrócie opowiedziałam, a on obiecał, że jeśli Bartek się pojawi, pogada z nim ostro.
Chwyciłam za telefon i znów próbowałam dzwonić wyłączony.
Może panią podwieźć? usłyszałam nagle znajomy głos. To mój taksówkarz.
Tak… Proszę mnie zabrać do domu.
Byłam już bliska rozpaczy, nie mając pojęcia, co dalej.
Po drodze zadzwonił obcy numer.
Słucham?
Anna? usłyszałam kobiecy głos.
Tak, a kto mówi?
Wie pani, wczoraj Bartek, pań partner, koleguje się z moim mężem z pracy, przyjechał do nas na kilka dni…
A kot? Przyjechał z kotem?!
Tak… Dlatego dzwonię. Bartek pił, gadał, że przez tego kota wróci pani do niego. Kotek wygląda nieszczęśliwie, siedzi w transporterze i miauczy. Jest w złym stanie.
Proszę go niczym nie karmić, on jest na specjalnej diecie.
Próbowałam dać coś, ale nie chciał. Dzwonię, bo mąż w pracy, a Bartek wyszedł, pewnie do pubu. Może zabierze pani tego kota? Szczerze nie znoszę takich ludzi. Zwierzę nie jest winne.
Oczywiście, już jadę! Proszę podać adres!
Taksówkarz słuchał cicho, potem tylko skinął, przyspieszył i po kilku minutach byliśmy na miejscu.
Wbiegłam na piętro, zapukałam, kobieta wręczyła mi transporter z kotem, podziękowała i wróciłam na dół taksówkarz już otwierał drzwi. Kiedy dom, w którym Bartka przetrzymywał Feliksa został za zakrętem, mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą.
Całą drogę płakałam, myśląc, że na świecie są jeszcze dobrzy ludzie. Babcia z kliniki, taksówkarz, kobieta, która mi pomogła… Tak długo dobro będzie silniejsze od zła, jak tacy ludzie będą obok.
Może zostanę z panią? Gdyby ten były się zjawił… spytał taksówkarz.
Bardzo bym prosiła zgodziłam się bez wahania.
Jeszcze tego dnia zadzwoniłam po ślusarza, by wymienić zamki; kierowca już wiem, że ma na imię Wiktor został z Feliksem i pogłaskał go na kolanach.
Byłam ogromnie wdzięczna Wiktorowi. Za wszystko. Za wsparcie, obecność i za to, że był wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebowałam. Tak skończyła się ta historia.
Nie muszę pewnie pisać, że moja znajomość z Wiktorem z czasem przerodziła się w piękne uczucie zwane miłością.
A Bartek? Wyrzucony został z mieszkania tamtej pary zaraz po aferze. Gospodarz przyłożył mu w oko po tym, jak Bartek podniósł głos na jego żonę. Potem, z takim oczkiem, został zmuszony do odejścia z pracy sam szef kazał mu napisać wypowiedzenie.
Nie pozostało mu nic innego niż wrócić do siebie, gdziekolwiek to było.
Dostał dokładnie to, na co zasłużył bo tak nie wolno postępować ani z ludźmi, ani ze zwierzętami. Nawet jeśli się nie kocha, to trzeba być po prostu człowiekiem.



