Nieproszeni goście w mieszkaniu
Pierwsza do drzwi podeszła Kasia. Zamarła w progu. Z mieszkania dobiegał dźwięk telewizora, jakieś rozmowy w kuchni i obcy zapach. Marcin, stojący za nią, niemal wypuścił walizkę z rąk.
Cicho wyszeptała Kasia i wyciągnęła rękę jak agent specjalny. Ktoś tu jest.
Na kanapie ich ukochanej beżowej kanapie z Ikei! rozpełzło się dwoje obcych ludzi. Facet w dresach przełączał kanały, a obok niego siedziała pulchna kobieta z robótką na drutach. Na stoliku: filiżanki, talerzyki z okruszkami, leki.
Przepraszam, ale kim państwo są? głos Kasi drżał niczym most Gdański podczas wichury.
Obcy nawet nie drgnęli.
A, już wróciliście kobieta nawet nie odłożyła drutów. My jesteśmy rodzina Lidki. Dała nam klucze, powiedziała, że gospodarzy nie ma.
Marcin pobladł jak ściana w łazience po remoncie.
Jaka Lidka?
Wasza mama odpowiedział facet wreszcie, podnosząc się z kanapy. Przyjechaliśmy z Białegostoku, z Michałem na badania. Lidka nas tu ulokowała, mówiła, że nie będziecie mieli nic przeciwko.
Kasia powoli weszła do kuchni. Przy kuchence stał na oko piętnastolatek i smażył parówki, a lodówka uginała się od obcych zakupów. Brudnych naczyń na stole było tyle, że można by urządzić festiwal gastronomiczny.
A ty kto jesteś? wydukała Kasia.
Michał. Co, nie wolno zjeść? Babcia Lidka mówiła, że można.
Kasia wróciła do przedpokoju, gdzie Marcin już wyjmował komórkę.
Mamo, oszalałaś? jego głos był ledwo kontrolowany, ale i tak wyraźnie w nim brzmiał sarkazm.
W słuchawce rozległ się wesoły głos teściowej:
Marcinku, już wróciliście? Jak urlop? Słuchaj, dałam klucze Swietce; przyjechała z Witkiem i Michałem do Warszawy, chłopak musi do lekarzy. Myślałam, że przecież nie ma was, pusto, szkoda żeby mieszkanie się marnowało. Tylko tydzień.
Mamo, a pytałaś nas?
Po co pytać? Was nie było! Najważniejsze, żebyście im powiedzieli, że ja za mieszkanie odpowiadam, niech wszystko potem posprzątają.
Kasia wyrwała mężowi telefon:
Pani Lidio, pani poważnie? Obcych ludzi do naszego mieszkania?
Jakich obcych? Przecież to moja kuzynka Swietka! Z nią w młodości pod jedną kołdrą spałam!
A mnie co do tego, z kim pani spała? To nasze mieszkanie!
Kasiu, no nie denerwuj się tak. Rodzina przecież. Spokojni ludzie, nic nie rozwalą. Michał chory, trzeba było pomóc, czy wy zawsze musicie być tacy drobiazgowi?
Marcin odzyskał telefon:
Mamo, masz godzinę, przyjedź i zabierz ich. Wszystkich.
Marcinku, no proszę cię! Do czwartku mieli być! Michał ma badania. Zaoszczędziłam im na hotelu.
Mówię poważnie: godzina, albo dzwonię na policję.
Odłożył telefon. Kasia usiadła na pufie, twarz zakryła dłońmi. Walizki nierozpakowane, z salonu leciała Dlaczego ja?, parówki skwierczały w kuchni. Jeszcze dwie godziny temu w samolocie wyobrażali sobie powrót do domu. Tymczasem siedzą na własnej podłodze jak nieproszeni goście.
Zaraz się pozbieramy kobieta z salonu pojawiła się w przedpokoju z miną zbitego psa. Lidia myślała, że się nie obrazicie. Nawet byśmy zapytali, ale nie mieliśmy kontaktu. Lidia zaproponowała, to wpadliśmy na tydzień na te badania.
Marcin stał przy oknie, cicho wściekły. Kasia już wiedziała: jak tak stał, to gniew na matkę sięgał zenitu, ale nie umiał go nazwać.
A gdzie nasz kot? wyrwało się Kasi.
Jaki kot?
Rudy. Felek. Dla niego zostawialiśmy klucze.
Nie wiemy, nie widzieliśmy Swietka uniosła brwi. Może się schował?
Kasia rzuciła się na poszukiwania. Felek siedział pod łóżkiem, wzrok przerażony, futro strzeliło w każdą stronę świata. Kiedy Kasia chciała go wyciągnąć, prychnął niczym mały tygrysek.
Felku, to ja, wszystko dobrze
Kot patrzył nieufnie. W pokoju czuć było obcy zapach, na jej szafce leki, pościel równo nie tak, jak zwykle. W kącie czyjeś kapcie.
Marcin przycupnął obok:
Przepraszam.
Ty za nic nie odpowiadasz.
Za matkę. Za to, że taka jest.
Zawsze ma rację.
Bardziej: zawsze tak się zachowuje. Pamiętasz, jak się tu przeprowadziliśmy, ciągle wpadała bez uprzedzenia? Myślałem, że zrozumiała, że tak się nie robi. Ale nie
W przedpokoju zrobił się gwar. Przyjechała Lidia. Kasia poprawiła włosy i wyszła.
Lidia teściowa stulecia stanęła w progu, oburzona:
Marcin, ty już całkiem zgłupiałeś?
Mamo, usiądź, pogadamy.
Nigdzie nie siadam! Świetka, Witek, zbierać się, nas wyganiają. Jedziemy do mnie.
Siedź, proszę rzucił Marcin, jakby próbował opanować stadko dzikich gęsi.
Dopiero gdy zobaczyła minę syna, Lidia skuliła ramiona. Poszli we trójkę do kuchni, gdzie Michał dokonywał resztek parówek.
Mamo Marcin usiadł naprzeciw. Jak mogłaś w ogóle wpaść na pomysł, żeby bez pytania wpuścić tu kogokolwiek?
Przecież pomagałam! Swietka płakała, Michał chory, do Warszawy muszą, hotel drogi, myślę sobie: pusto u was
To nie twoje mieszkanie.
Ale mam klucze!
Dla kota, nie hotelik tu urządzać.
Marcin, o czym ty mówisz? Przecież rodzina! Swietka siostra, Witek porządny chłop, Michał chory, a ty chcesz ich na ulicę?
Kasia nalała sobie wody ręce jej się trzęsły.
Pani Lidio, nie zapytała nas pani.
Nie było was.
Właśnie wtedy powinno się pytać Marcin już nie wytrzymał Telefony komórkowe istnieją. Można napisać SMSa, messengera, zadzwonić! Wtedy decydujemy wspólnie.
A co byście zadecydowali? Odmówilibyście?
Może. Albo zgodzilibyśmy się na dwa dni, z zastrzeżeniami. Ale wiedzielibyśmy. To się nazywa szacunek.
Lidia wstała.
Zawsze to samo. Pomagam, staram się, tylko niezadowolenie! Swietka zbieraj się, jedziemy do mnie.
Mamo, masz kawalerkę sami mówiłaś, że w czwórkę się nie zmieścicie.
Zmieszczą się burknęła byleby nie widzieć tej “wdzięczności”.
Kasia odstawiła szklankę:
Pani Lidio, dobrze pani wie, że zrobiła źle. Inaczej by nas pani wcześniej poinformowała.
Teściowa zamilkła.
Wiedziała pani, że się nie zgodzimy. Dlatego postawiła nas pani przed faktem. Myślała pani, że skoro już tu zamieszkali, to co, wygnać ich? Przemkniemy? Tak?
Ja chciałam dobrze.
Nie. Chciała pani tak, jak pani chce, a nie jak powinno być.
Po raz pierwszy odkąd ją znała, Lidia wyglądała na niepewną.
Swietka płakała. Michał miał ataki bólu. Żal mi ich było.
To zrozumiałe powiedział Marcin Ale nie twoje mieszkanie. Wyobraź sobie, że jestem u ciebie, a podczas twojej nieobecności przyjmuję do mieszkania kolegów. Co czujesz?
Byłabym wściekła.
Voilà.
W kuchni zrobiło się cicho. Z pokoju dobiegały odgłosy pakowania. Swietka cicho łkała, Witek pakował torby. Michał stał w progu i patrzył w podłogę.
Przepraszam wymamrotał nastolatek. Babcia powiedziała, że wolno.
Kasia spojrzała na niego z politowaniem. Ot, zwykły chłopak, przestraszony, nie jego wina, że dorośli nie potrafią się dogadać.
Ty niczemu nie zawiniłeś powiedziała zmęczona. Idź pomóż rodzicom.
Lidia sięgnęła po chusteczkę:
Myślałam, że dobrze robię. Nie przyszło mi do głowy zapytać. Przecież dla was zawsze wszystko załatwiałam, więc…
Ale nie jesteśmy dziećmi, mamo. Mamy trzydzieści lat. Mamy swoje życie.
Rozumiem Lidia wstała. Klucze wam oddać?
Tak Kasia skinęła głową. Przykro mi, ale zaufanie zostało naruszone.
Rozumiem.
Swietka z rodziną zebrali się błyskawicznie, przepraszali ze dwa razy nieporadnie i bardzo polsko. Lidia odjechała z nimi do swej kawalerki, zarzekając się, że jakoś ich upchnie. Marcin zamknął drzwi i oparł się o nie z ulgą.
Obeszli mieszkanie w milczeniu. Pościel do zmiany. Lodówka przegląd. Na każdym kroku ślady obcego bytowania: talerzyki, przestawione fotele, mydełko innego zapachu. Felek nadal pod łóżkiem, odmawia wyjścia.
Myślisz, że zrozumiała? spytała Kasia, otwierając okno w kuchni.
Chciałbym. Ale nie wiem.
A jak nie?
To będzie twardsza rozmowa. Już nie dam więcej kluczy.
Kasia przytuliła męża. Oboje stali pośrodku cudzego bałaganu we własnym mieszkaniu, milcząc.
Wiesz, co mnie najbardziej boli? Kasia oderwała się. Kot. Tyle zachodu dla niego, a on biedny, głodny, przestraszony.
Ciekawe, czy go w ogóle karmili?
Po jego wyglądzie raczej nie. Miska pusta, woda brudna. Zapomnieli o nim.
Marcin przyklęknął przy łóżku:
Felku, wybacz. Kluczy już babci nie damy, obiecuję.
Kot wystawił pyszczek, powąchał powietrze, w końcu podczołgał się do nóg Marcina. Kasia przyniosła mu jeść, rzucił się na jedzenie jak wygłodniały lis.
Zabrali się za sprzątanie: lodówka, talerze, pościel. Felek najedzony rozłożył się na parapecie i drzemał. Powoli dom wracał do siebie.
Wieczorem zadzwoniła Lidia. Głos miała skruszony, cichszy niż zwykle:
Marcin, przemyślałam. Miałeś rację. Przepraszam.
Dzięki, mamo.
Kasia się na mnie gniewa?
Marcin spojrzał na żonę. Skinęła głową:
Gniewa. Ale wybaczy. Z czasem.
Jeszcze długo siedzieli potem w kuchni nad herbatą, w ciszy. Za oknem powoli zapadał wieczór. W mieszkaniu znowu było czysto, spokojnie, ich. Urlop się skończył brutalnie i z przytupem.



