Dzisiaj znów pukała do moich drzwi.
Krzysiu, wpuść mnie. Wpuść! Jestem twoją matką! Musisz dać mi pieniądze, inaczej mnie nie przyjmą z powrotem! jej głos był jednostajny, uporczywy, jak uderzenia w drewno. Masz obowiązek!
Przywarłem plecami do drzwi, zamknąłem oczy. Nie, nie otworzę. Wystarczy, że całe dzieciństwo nosiłem piętno innego.
Wszedłem do pokoju, rzuciłem się na łóżko, wcisnąłem słuchawki i podkręciłem muzykę.
Wczesne dzieciństwo pamiętam jak przez mgłę. Na piąte urodiny dostałem zdalnie sterowane auto, był tort, koledzy z przedszkola. Ojciec wtedy jeszcze był z nami.
Potem do naszego domu wprowadzili się ludzie z tej dziwnej organizacji. I wtedy skończyły się dla mnie święta.
Mama szybko dała się wciągnąć w sidła bractwa. Ojciec, widząc jej obłęd, odszedł, wziął rozwód i zgodził się płacić na mnie jakieś grosze.
Ale te pieniądze nie szły na ubrania czy buty dla dziecka. Już wtedy bractwo wydawało mi się jak ośmiornica spokojna, dziwaczna z zewnątrz, ale gdy raz cię złapie, nie uwolnisz się z jej macek.
Szóstych urodzin nie świętowaliśmy. Ani kolejnych dziesięciu, bo w organizacji to nie było święto.
Były za to dni łaski, kiedy można było zjeść coś lepszego. Resztę czasu mama i ja chodziliśmy od domu do domu, głosząc nauki bractwa razem z innymi nawróconymi.
Mieszkanie sprzedała szybko, pomogli prawnicy organizacji. Zostałem praktycznie bez dachu nad głową, z meldunkiem w jakiejś ruderze na odludziu. Pieniądze, oczywiście, poszły do wspólnoty.
Przez całą podstawówkę żyliśmy w jednym pokoju z innymi kobietami i ich dziećmi. Ubieraliśmy się w pomoc humanitarną z Zachodu. I bez końca nawracaliśmy innych.
W szkole śmiali się ze mnie, biłem się, a potem dostawało mi się podwójnie najpierw od rówieśników, potem w bractwie, za podarte ubrania i za to, że nie głosiłem nauk z odpowiednią gorliwością.
W końcu uznali mnie za stracony przypadek, zbędny balast. Wykorzystałem to. W wieku szesnastu lat uciekłem do miasta tysiąc kilometrów od rodzinnego Kielc.
Poszedł



