Nielubiana
Halina od dziecka nienawidziła swojego imienia. Przestarzałe, staroświeckie. Gdy podrosła, mama wyjawiła, że ojciec w młodości miał słabość do pewnej Haliny – pięknej, pełnej życia dziewczyny. Kochał ją, lecz ona odrzuciła jego uczucia i wyszła za innego.
– A potem spotkał mnie. Gdy urodziłaś się, nadał ci jej imię. Nigdy nie zapomniał o swojej młodzieńczej miłości – mówiła spokojnie matka.
– I ty mu nie zazdrościsz?
– Nie. Kocha ciebie i mnie. Ale pierwszą miłość pamięta się zawsze. I ty kiedyś taką poznasz. – Mama pogłaskała Halinę po głowie.
– A tamta Halina też była taką brzydulą? – oburzała się dziewczynka.
– Co za bzdury opowiadasz? Pamiętasz bajkę o brzydkim kaczątku? A jeśli tak bardzo nie podoba ci się imię, możesz je zmienić, gdy dorośniesz. Jakie byś chciała? – uspokajała ją matka.
Halina stała przed lustrem i przymierzała różne imiona jak sukienki. Żadne jednak nie pasowało. Westchnęła, uznając, że nowe imię nie uczyni jej piękniejszą. W końcu to nie imię zdobi człowieka. Przyzwyczaiła się do niego.
Ale wątpiła, by ktokolwiek pokochał ją tak, jak ojciec tamtą Halinę. Matowe włosy nieokreślonego koloru, wąskie oczy, spiczasta broda. Jednym słowem – brzydula.
Ojciec kochał Halinę niemal tak mocno, jak lubił wypić. Wracając z pracy, często wpadał do taniej knajpy. Po drinku stawał się czuły. Zawsze przynosił córce coś słodkiego – czekoladkę, cukierki, zabawkę. Jeśli nie zdążył kupić, dawał pieniądze. Halina zbierała je i kupowała, co chciała.
Gdy kończyła szkołę, ojciec zginął. Szedł do domu, nad rzeką bawiły się dzieci. Piłka wpadła do wody, więc ruszył ją wyłowić. Był pijany – utonął.
Matka złorzeczyła, że zostawił je same. Jak mają żyć? Halsia powinna się uczyć, ale za co? Jaka przyszłość czeka ją w małej wiosce?
Halsia rozpaczała po stracie ojca. Nie chciała wyjeżdżać, lecz matka nalegała.
– Co tu robić? Wyjedź, może wyjdziesz za mąż – mówiła ze smutkiem.
Halina wyjechała. Marzyła o medycynie, ale po wiejskiej szkole trudno było się dostać. Złożyła papiery do szkoły pielęgniarskiej. Podobały jej się białe fartuchy.
W akademiku dzieliła pokój z piękną Kingą. Tej Bóg hojnie rozdał urody – kruczoczarne loki, migdałowe oczy, śniadą cerę i pełne usta. Do tego zgrabna figura. Jakże tu rywalizować z niezdarną Haliną?
Patrzyła na Kingę z zazdrością. Tamta zaś czuła się przy niej jak królowa piękności. Mimo to żyły w zgodzie, dopóki Kinga nie poznała studenta z politechniki.
Halina straciła głowę na jego widok. Trudno się dziwić – przystojny jak królewicz. Czasem przychodził po Kingę, lecz ta, skupiona na nauce, odsyłała go z kwitkiem.
– Idź z Haliną do kina. Ja muszę się uczyć – machała ręką.
Halina marzyła, by siedzieć z nim w ciemnej sali, lecz on nie zapraszał. Czekał, wzdychał i odchodził.
– Dlaczego go odtrącasz? Gdyby ktoś tak na mnie czekał, byłabym w siódmym niebie! – oburzała się Halina.
– Po co ci on? To przecież zwykły podrywacz. Zakochaj się w kimś prostszym – radziła “życzliwa” Kinga.
Pewnego dnia królewicz przyszedł, ale Kinga była w bibliotece. Na stole stała patelnia z ziemniakami smażonymi na smalcu – specjalnością Haliny, który przywoziła jej matka. Zapach roznosił się po całym akademiku, wabiąc głodnych studentów.
– Może zjesz ze mną? Kinga zaraz wróci – zaproponowała, widząc, jak połyka ślinę.
Nie trzeba było długo namawiać. Jadł łapczywie, a Halina wpatrywała się w niego, marząc, by Kinga wróciła jak najpóźniej.
– Z ciebie byłaby dobra żona – rzucił w końcu, odsuwając krzesło jak komar, który się opił.
Pewnej soboty królewicz przyszedł po Kingę, ale ta wyjechała do rodziny.
– Powiedz mu, że przepraszam – rzuciła przed wyjściem.
Halina przygotowała kolejny kulinarny cud.
– A ja kupiłem bilety – zmartwił się, gdy dowiedziałHalina westchnęła głęboko, patrząc na niego przez łzy, i w końcu powiedziała: “Zostań, ale pamiętaj – to twoja ostatnia szansa”.



