Niech ten wieczór będzie ostatnim, spędzi go pięknie. Spojrzy na swoją miłość, życząc jej długiego życia. A potem zwinie się w kłębek przy jej oknie i odejdzie w swoje marzenia, by już nigdy nie wrócić…

Dziennik, 12 grudnia

Zanim noc odmieni się w ostatni oddech, chcę, by była piękna. Patrzę na swoją miłość, życzę jej długiego życia, a potem zwijam się w kłębek przy jej oknie i pozwolę, by marzenia zabrały mnie daleko, już nigdy nie wracając…

Przeżyłem trzy kolejno następujące zimy i to nie przesada. Na ulicy, w naszej kamienicy przy ul. Jana Pawła II, tak długie przetrwanie to niemal cud; nie ma wiele kotów dworskich, które wytrwają tak długo.

Urodziłem się w zwykłym mieszkaniu, obok matkikocury, której ufały ludzie. Los jednak poirytował nasze życie. Właściciele zginęli w wypadku, a ich dorosły syn, pan Marek Nowak, któremu nie podobały się koty, a do tego miał groźnego psastrażnika, postanowił pozbyć się zbędnych lokatorów. Bez zastanowienia wyrzucił całą kocą rodzinkę na podwórko.

Pierwszej zimy nie przeżył nikt ani matka, ani bracia, ani siostry. Jednych pożrął głód, innych zamroził mróz, jeszcze inne zgarnąły psy albo potrąciły samochody. Przeżył tylko ja rudy kot.

Znalazł mnie pan Kowal, którego spotkałem przy wózku na śmieci. Podszedł tak powiem szczerze: zauważył małą rdzawą kulkę, zabrał ją od matki, wciągnął do piwnicy i położył przy gorących rurach. Tam karmił mnie przez całą zimę.

Tak przeżyłem.

Nikt nie nadał mi imienia. Przez połamane okno piwnicy wyciskałem się na świat, ucząc się ulicznego przetrwania omijać psy, chować się przed ludźmi, szukać jedzenia w śmietnikach, oszukać głód.

Drugą zimę przeżyłem już sam. Starego piwnicznego zwolniono za picie, a nowy, surowy pan Staszek nie karmił, lecz przynajmniej nie trzaśnieł okna. Wystarczyło znów przetrwałem w piwnicy, nauczyłem się walczyć o jedzenie i o życie.

Trzecia zima okazała się najokrutniejsza. Wszystkie okna w piwnicy zaszklono. Gdzie iść? Gdzie się schować przed lodowymi nocami?

Musiałem szukać nowego schronienia. Piwnice zamknięte. W jednym z podwórek odkryłem zapomniany dół przy cieplej sieci grzewczej. Gorące rury przecinały ziemię, a dół ukryty był gęstymi krzakami, o którym nikt nie miał pojęcia.

Zgromadziłem tam szmaty, stare ubrania i zrobiłem rodzaj gniazda. Nad głową ciągnęły się balkony, a śnieg spadał wolniej choć ciepłe rury topiły go, a wilgoć i lodowaty wiatr wdzierały się w kości

Przeszedłem zimę, ale wyszło to na mnie jakby z cienia chudy, sierść wciąż w ręzach, oczy zawsze czujne. Na ulicy starość przychodzi wcześnie już jestem staruszkiem. Żywność przychodziła jedynie w postaci żałosnych resztek.

Pewnego dnia odkryto mój ukryty dół. Przed pierwszymi jesiennymi ulewami ktoś w końcu zobaczył tę brzydką dziurę i postanowił ją zasypać.

Przybyłem, jak zwykle, nocować na rurze i zobaczyłem świeżo wykopaną ziemię. Usiadłem naprzeciw małego wzgórza i patrzyłem. To był de facto mój wyrok. Wiedziałem od razu: takiego miejsca już nie znajdę, a te, które istnieją, są zajęte przez inne koty.

Znajduję schronienie w mokrej kupce opadłych liści, drżę z zimna, ale wciąż trwam. W takim stanie, na krawędzi, zakochałem się.

Tak, naprawdę zakochałem się.

Nie pozwalałem sobie na nadzieję. Była niesamowicie piękna: zadbana kocica, mieszkająca w mieszkaniu na parterze przy ul. Krakowskiej. Lubiła siedzieć przy parapecie i patrzeć na zewnątrz. A ja siedziałem na dole, patrząc na nią. W środku, wśród zimna, coś rozgrzewało się.

Pewnego dnia zebrałem odwagę: wspiąłem się po drzewie, przeskoczyłem na szeroki metalowy daszek pod oknem. Właściciele tej kocicy kiedyś zamontowali go zimą, by przechowywać jedzenie, a teraz stał pusty. Odtąd częściej przychodziłem tam, siadałem, patrzyłem na kocicę za szkłem i wzdychałem.

Nic nie prosiłem. Po prostu podziwiałem. Czasem ona skakała do miski z jedzeniem, a ja przełykałem ślinę nie z zazdrości, lecz z czystej zwierzęcej tęsknoty.

Postanowiłem: jeśli los i tak zabierze mnie tej zimy, niech to stanie się przy jej oknie. Zwińę się w kłębek, będę patrzył na nią i odejdę nie w strachu, a w cieple.

Śmiałem się przy tej myśli: chudy rudy kot, cicho umierający przy ukochanym parapecie.

Pewnego dnia właścicielka pani Ania zauważyła mnie i krzyknęła, machając rękami. uciekłem. Potem wróciłem. I jeszcze raz.

Mężczyzna pan Marek zobaczył i nie wypędził mnie. Spojrzał mi w oczy i zobaczył w nich wszystko: nadzieję, ból, zmęczenie i uwielbienie ich pięknej kocicy. Nie mógł mnie wyrzucić.

Zamiast tego zaczął potajemnie zostawiać pod oknem kawałek mięsa, kotlet, kiełbasę. Jadłem. Pewnego dnia pan Marek podszedł do szyby, a ja, lekko drżąc, podniosłem łapę, dotknąłem szyby i zamiauczałem.

Kocica najpierw spojrzała na człowieka, potem na mnie. W jej spojrzeniu było zdziwienie.

Wiesz, szepnął pan Marek, ona nie chce drugiego kota. Prosiłem o kociaka odmówiła.

Odłożył ręce. Zrozumiałem. Nie obraziłem się. Dom nie jest dla takich jak ja. Dom jest dla czystych, rasowych, młodych, przytulnych.

Tamtej nocy było wyjątkowo zimno. Zamokłem, zmarzłem i nagle poczułem, że już nie ma sensu. Nie w liściach, nie w szukaniu kąta, nie w niekończącym się przetrwaniu.

Gdy koniec jest nieunikniony niech będzie tutaj, przy oknie, z którego patrzy moje małe cudowne stworzenie.

Postanowiłem: niech ta noc będzie ostatnia. Chcę odejść godnie, po raz ostatni spojrzeć na tę, której serce biło dla mnie, cicho zamiauczeć coś ciepłego w jej stronę, jakby życzyć szczęścia i długiego życia i zniknąć. Najpierw zjem to, co zostawił pan Marek, a kiedy ona pójdzie spać do swojego przytulnego gniazdka, zwijam się w kłębek przy oknie i odjadę tam, gdzie nie ma ani chłodu, ani głodu, tylko sen, z którego nie trzeba się budzić.

Niespodziewanie spadł śnieg, a kocica z zadowoleniem patrzyła, jak białe płatki wirują za szkłem i osiadają na mojej rudzie, siedzącej na zewnątrz. Śmiech w jej oczach bawił się z tańcem płatków. Nie wiedziała, że ta piękność powoli ją zabija. Nie znała mrozu, nie znała, co to znaczy zamarznąć od środka.

Ja, rudy kot, stopniowo zamierałem. Kiełbasa zjedzona jeszcze przed chwilą dawała ostatnie ciepło, ale topniała wraz z moimi siłami. Wiatr palił, mróz wdzierał się w kości, a nawet siedzenie prosto stało się ciężkie. Wciąż patrzyłem na nią, ale rozumiałem, że nie wytrzymam dłużej.

Przygotowywałem się do pożegnania, jakby to był najważniejszy moment w moim życiu. Chciałem odejść pięknie: jeszcze raz spojrzeć na ukochaną, cicho zamiauczeć coś dobrego przed odejściem, w myślach życzyć jej długich lat i ciepłego losu. Plan był prosty: zjeść ostatni przysmak od pana Marka, poczekać, aż ona wróci do domu, a potem, zwinięty w mały kłębek przy lodowatej szybie, wkroczyć w sen, z którego nie wróci.

Zaczęło się śnieżne szaleństwo, a kocica, siedząca przy cieple wnętrza, patrzyła z zachwytem na powolny taniec płatków. Lubiła, jak biały puch pada na moją rudą grzbiet. Dla niej to był piękny widok, prawie zabawa. Nie wiedziała, że w tej białej kołderce kryje się śmierć. Nie rozumiała, że śnieg to mróz, wiatr to ból, a głód to tortura. Nie znała ulicy.

Ja, rudy kot na zewnątrz, topniałem. Kiełbasa zjedzona godzinę temu pozostawiła w moim ciele ostatnie ciepło, które powoli gasło. Każdy oddech stawał się cięższy, łapki drżały, ogon zamarzał. Wciąż patrzyłem na nią, ale ciało traciło siłę.

Kocica nadal obserwowała swojego tajemniczego adoratora, a ja nie mogłem już dłużej trzymać się prosto. Plecy drżały, oczy zamykały się. Spojrzałem na nią po raz ostatni, przycisnąłem zimny nos do szklanej szyby i zwijałem się w mały, sztywny kulę.

Drżałem. Zimno żuło każdą kość. Dusiłem się, próbując wydobyć choć odrobinę ciepła, ale mróz był silniejszy. Poczucie, że nie czuję już zimna, przeszło mnie nagle: senność otuliła mnie niczym koc, i postanowiłem nie walczyć. Koniec już blisko.

Otworzyłem oczy po raz ostatni i zobaczyłem ją tę samą, dla której wspinałem się na daszek, dla której przetrwałem wszystkie te dni. Jak pięknie pomyślałem. Co może być lepszego? Jak lekka śmierć

Głowa opadła, oczy się zamknęły. Miałem wrażenie, że okno otworzyło się, a dobre ręce podniosły mnie, delikatnie trzymały, głaskały i szepnęły coś kojącego. Obok była ona, serce której biło w rytmie mojego, i razem szliśmy ku ciepłej misce z jedzeniem.

Jaki piękny sen przemyślałem.

Kocica wciąż patrzyła na biały dywan śniegu, który spadł na mnie. Zmiauknęła cicho, pytając. Chciała, żebym się ruszył. Pukała łapką w szybę. Brak reakcji. Miauła głośniej, uderzała łapką w szybę, jakby krzycząc: Dlaczego nie odpowiadasz?!

Lód już ściskał moje ciało. Nie słyszałem już. Topniałem w bezgłosie.

Śnieg otulił mnie w biały pułap, jakby płaszczem.

Co ona tu krzyczy? mruknęła sąsiadka z okna. Na śnieg patrzy?

Mężczyzna pan Marek podniósł głowę od kanapy, spojrzał na szybę. Kocica waliła łapką w szkło. Nagle przypomniał sobie jej oczy. Jego oczy spotkały moje.

Rzucił się do okna, otworzył je gwałtownie. Co robisz?! wykrzyknęła żona, Czy ty szalejesz?! Zamknij natychmiast!

On nie słyszał. Kocica pomagała, skakała, wyjąc.

Okno otworzyło się, a do domu wpadły wiatr i śnieg.

Zamknij! krzyczała żona, ale on nie słuchał. Przeszedł do rogu, znalazł mały kulisty bałagan pod oknem.

Wziął ten zamrożony, lekki jak puste powietrze kawałek ciała i zaniósł do łazienki. Kocica podążyła za nim, żona za nimi.

Łazienka wypełniła się parą i wodą. Pan Marek mył mojego zamrożonego, rudego kota ciepłą wodą. Kocica siedziała na brzegu, patrzyła w jego twarz i płakała po kocie.

Robię, co mogę szeptał, masując małe ciało, próbując wciągnąć w nie życie. Żona stała w drzwiach, milcząco obserwując.

Modlił się: Proszę wróć

Kocica krzyczała razem z nim.

Nagle usłyszałem daleki głos, jakby z innego świata, który wzywał mnie z powrotem. Zastanawiałem się: Po co? Tam jest tak spokojnie. Po co wracać tam, gdzie ból?

Ale usłyszałem jej głos ten, dla którego codziennie zbierałem siły. Ten, co kazał mi żyć.

Nie może być ona tak blisko? Muszę zobaczyć. Chociaż jednym okiem

Oczy otworzyły się powoli, jakby powieki ważyły tonę. W końcu je podniosłem i zobaczyłem. Pan Marek z czerwonym od emocji twarzą, obok niej żywa, radosna.

Jest! krzyknął, przytulając mokrego rudego kota.

Kocica skoczyła na podłogę, kręciła się, mrucząc radośnie.

Ręcznik! Suszarka! Szybko! krzyknął do żony. Długo go suszyli,Teraz, leżąc w ciepłym kocu, patrzę na Anię i wiem, że moje serce wreszcie odnalazło dom.

Rate article
Fajna Tajna
Niech ten wieczór będzie ostatnim, spędzi go pięknie. Spojrzy na swoją miłość, życząc jej długiego życia. A potem zwinie się w kłębek przy jej oknie i odejdzie w swoje marzenia, by już nigdy nie wrócić…