**Dziennik osobisty**
“Nie zeszliśmy się charakterami”
— Na pewno się nie spóźnisz? O której wyjeżdżasz, Tomku?! Tomku… — Kinga ciągnęła męża za ramię, a on machnął ręką, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru jeszcze wstawać i nigdzie się nie spóźni.
Kinga spojrzała na ekran telefonu — dopiero siódma rano.
*”I po co ja się tak wcześnie zerwałam w sobotę?! Przecież nic nie mam do roboty, torbę Tomkowi spakowałam już wczoraj…”* — pomyślała Kinga i miała ochotę wrócić pod ciepłą kołdrę, gdy nagle…
Nagle znów ogarnęło ją to dziwne, niepokojące uczucie, które w ostatnich tygodniach pojawiało się coraz częściej. Teoretycznie nie było powodu do zmartwień: mąż obok, mieszkanie w centrum Poznania, remont na europejskim poziomie, designerskie meble, markowy sprzęt. Tomek miał swoje auto, Kinga — swoje. Niedawno kupili dom pod Wrocławiem na działkę rekreacyjną. Wszystko było, jednym słowem.
Wielu mogłoby tylko o takich rzeczach marzyć. Spróbuj żyć w wynajętym mieszkaniu, jeździć do pracy tramwajem, wieczorem odrabiać z dziećmi lekcje, gotować obiad dla całej rodziny, spłacać kredyt… Ledwo się położysz, a już budzik dzwoni i wszystko od nowa. *”Żebym ja miała twoje problemy! Jakieś tam przeczucia!”* Ale właśnie — TO przeczucie. Kinga już dawno nauczyła się je rozpoznawać. Bezpodstawny lęk, melancholia, wrażenie zbliżającej się katastrofy i nieodparte uczucie, że umyka coś ważnego. To przychodziło nagle i tak samo znikało. Czasem ucichało, by potem wrócić ze zdwojoną siłą.
Tego ranka znów pojawiło się bez zaproszenia. Kinga wstała z łóżka, raz jeszcze spojrzała na śpiącego męża i poszła do kuchni. Tomek dziś wyjeżdżał w delegację. Jakże ją ostatnio męczyły te wyjazdy! Półtora roku temu przyszedł nowy szef, podniósł pensję całkiem nieźle, firma, w której pracował Tomek, była duża i perspektywiczna. Był jednym z kluczowych pracowników, kierownikiem działu. Tylko że ta praca zabierała mu coraz więcej czasu! A do tego te weekendowe wyjazdy…
Kinga przygotowała śniadanie i wróciła do sypialni obudzić męża.
— Tomku, wstawaj już, czy jak?! Żebyś się nie spóźnił na tę swoją delegację. Mówiłeś, że wyjeżdżacie po południu?
— Tak, po… — odpowiedział Tomek śpiącym głosem i w końcu otworzył oczy.
— Chodź, zrobiłam śniadanie.
— Mhm. — znów mruknął i poszedł za nią do kuchni.
Przy stole od razu wbił wzrok w telefon. Kinga zauważyła, że ostatnio w ogóle mało ze sobą rozmawiali, stali się jakby obcy. Nie, nie kłócili się. Wszystko było idealne — czasem przynosił kwiaty, czasem Kinga namawiała go na wyjście do restauracji, a Tomek się zgadzał. Mogli pójść na spacer do parku, odwiedzić znajomych albo do kina, ale już nie było tak, jak kiedyś.
— Tomku, a może weźmiesz mnie na tę delegację? — niespodziewanie zapytała Kinga.
— Mhm. — odparł, nie odrywając wzroku od ekranu.
— No serio, co w tym złego? Przecież będziecie w hotelu? W dzień jesteś z zespołem, a wieczorem ze mną.
— Co?! Nie, jak to ze mną? — Tomek ocknął się dopiero, gdy zrozumiał, co mówi żona.
— No dlaczego? Co w tym złego? Jedziesz samochodem, prawda?
— Tak, ale po co ci tam? To weekend, odpocznij w domu. W poniedziałek albo wtorek wracam.
— No jak to po co? Nigdy nie byłam w tym mieście. Może zwiedzałabym, poszła do muzeum…
— Daj spokój! To zapyziałe miasteczko, tam nic nie ma! U nas w Poznaniu sklepów ci mało?! Na każdym rogu!
— Tomku, nudzę się tu sama! Wcale ci nie będę przeszkadzać… — jęknęła Kinga.
— Kinga, nie! Chcesz gdzieś wyjechać, to sobie kup wycieczkę! — odparł zirytowany.
— Sama? Przecież jesteśmy małżeństwem, chyba jeszcze o tym pamiętasz?
— Znowu zaczynasz? Mówiłem ci sto razy — w pracy teraz szaleństwo! Szef wariuje! To moja wina, że każe nam pracować w weekendy?!
— Mam wrażenie, że zawsze każe tylko tobie! W zeszłą sobotę widziałam waszego Nowaka z żoną i dziećmi w galerii. A ty niby pracowałeś! — Kinga nie chciała się kłócić, ale nie potrafiła się powstrzymać.
— A teraz będziemy liczyć, kto gdzie był?! Dziękuję za śniadanie! — Tomek wstał i poszedł do łazienki.
Kinga sprzątała, gdy Tomek oglądał telewizję. Potem spakowała mu kanapki i herbatę w termosie na drogę.
— Kinga, a gdzie torba? — dobiegł z przedpokoju głos Tomka.
— Na komodzie. — spokojnie odpowiedziała.
— No to jadę. Nie gniewaj się, tam naprawdę nie ma co robić.
— Skoro nie ma, to nie ma. Nie gniewam się. Pa.
Tomek wyjechał, a Kinga została. Sobota, mogłaby zadzwonić do którejś z koleżanek, spotkać się wieczorem w klimatycznej knajpce, pogadać.
Tylko do kogo? U Ani mąż i dwójka dzieci — odpada. Magda kupiła z mężem domek za miastem i teraz tam siedzi — w sobotę na pewno nie przyjedzie. Kasia wyjechała do Warszawy — dawno nic od niej nie słyszała. Wszyscy mają swoje sprawy, dzieci…
Kinga miała prawie trzydzieści osiem lat, a dzieci z Tomkiem nie było. A wszystko przez głupią decyzję z młodości — nieudaną aborcję. Dopiero co zaczęli razem mieszkać, wynajmowali pokój. Pracowali za grosze, jak świeżo upieczeni absolwenci.
Kinga zaszła w ciążę, powiedziała Tomkowi. On zaproponował, żeby nie rodzić. Kinga była przeciwna, ale nie protestowała — ich sytuacja była naprawdę kiepska. Co mogliby dać dziecku? Gdyby teraz zaszła — wszystko wyglądałoby inaczej! Nie byłoby tej pustki, znalazłaby sens życia, a relacje z Tomkiem na pewno byłyby lepsze.
A ich syn czy córka mogliby mieć już czternaście lat.
— Ciekawe, jakie by było nasze dziecko? — Kinga zapytała sama siebie na głos i rozpłakała się…
Poszła do łazienki, umyła twarz. Spojrzała w lustro na załzawione oczy.
— Nie**Dziennik osobisty**
Po latach samotnych weekendów i pustych nocy Kinga w końcu zrozumiała, że czasem trzeba stracić wszystko, by znaleźć to, co naprawdę ważne.



