**3 stycznia 1985, Warszawa**
— Jadwiga Stanisławska, jak mogłaś na to pozwolić? — krzyczała sąsiadka Bronisława, wymachując rękami w ciasnym korytarzu kamienicy. — Jesteś matką! Jak można być tak obojętnym na to, co dzieje się z własną córką?
— Cicho bądź! — syknęła Jadwiga, zerkając nerwowo na drzwi innych lokatorów. — Obudzisz pół klatki!
— Niech się budzą! Niech wszyscy wiedzą, jaka z ciebie matka! Kinga od trzech miesięcy nie wychodzi z pokoju, ledwo je, a ty udajesz, że nic się nie dzieje!
Jadwiga zacięła usta i weszła do swojego mieszkania, trzasnąwszy drzwiami. Bronisława jeszcze chwilę postała na korytarzu, po czym odeszła, głośno prychając.
W pokoju było duszno. Kinga leżała na łóżku, zwrócona twarzą do ściany, udając, że śpi. Matka podeszła do okna i szeroko je otworzyła. Chłodne, jesienne powietrze wdarło się do środka, poruszając firankami.
— Kinga, wstawaj. Obiad gotowy — powiedziała cicho.
Córka nie poruszyła się. Jadwiga usiadła na brzegu łóżka.
— Wiem, że nie śpisz. Porozmawiajmy.
— O czym? — odparła Kinga głucho, nie odwracając się. — Wszystko się już stało.
— Stało się, co się stało. Życie toczy się dalej. Trzeba coś postanowić.
Kinga gwałtownie odwróciła się do matki. Miała twarz bladą, oczy zaczerwienione od płaczu.
— Co postanowić, mamo? Co? On żeni się z tamtą za tydzień! Z tą swoją Kasią z uczelni! A ja głupia czekałam, aż skończy studia!
— Kochanie, po co się tak męczysz? — Jadwiga pogładziła córkę po włosach. — Widocznie nie było wam pisane. Znajdziesz kogoś lepszego.
— Lepszego? — Kinga usiadła, patrząc na matkę pustym wzrokiem. — Mamo, ty nie rozumiesz. Ja…
Zawahała się i znowu odwróciła do ściany.
— Co, córeczko? Mów.
— Nic. Po prostu bardzo boli.
Jadwiga westchnęła i wstała.
— Odpocznij sobie. Ale wieczorem zjesz kolację. Schudłaś strasznie.
Matka wyszła do kuchni. Kinga leżała, wpatrzona w sufit. W brzuchu coś ją ciągnęło i kłuło. Położyła dłoń na nocnej koszuli.
— Co my teraz zrobimy? — szepnęła.
Z kuchni dobiegał stuk garnków i zapach smażonej cebuli z ziemniakami. Kingę trochę mdliło, jak każdego dnia od tygodni.
Wieczorem przyszła ciocia Halina, młodsza siostra Jadwigi. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu.
— No jak tam nasza chora? — zapytała, wieszając płaszcz w przedpokoju.
— Leży, nic nie je. Zmarnowała się całkiem — odpowiedziała Jadwiga.
— Była u lekarza?
— Gdzie tam! Nie chce nawet wstać.
Ciocia Halina weszła do pokoju Kingi.
— Witaj, siostrzenico. Co u ciebie?
— Normalnie — burknęła Kinga.
— Obróć się do mnie — powiedziała stanowczo. — Niech ci się przyjrzę.
Kinga niechętnie się odwróciła. Ciocia zbadała jej puls, przyjrzała się cerze.
— Kiedy ostatnio jadłaś porządnie?
— Nie pamiętam.
— A okres kiedy miałas?
Kinga drgnęła i spojrzała na ciocię.
— Dawno. Dwa miesiące… może trzy.
Ciocia Halina zmarszczyła brwi.
— Wstawaj. Idziemy do łazienki.
— Po co?
— Sprawdzimy coś.
W łazience krótkie badanie, po którym wróciły do pokoju. Ciocia usiadła na krześle i patrzyła na Kingę długo.
— Kinga, powiedz szczerze. Było coś między tobą a tym chł— Tak — przyznała Kinga cicho, a ciocia Halina westchnęła ciężko i powiedziała: — Jesteś w ciąży.



