Nie zdążył zasadzić drzewa. Zrobiłam to za nas.

Nie zdążył posadzić drzewa. Zrobiłam to za nas.

Katarzyna siedziała przy starym drewnianym stole w salonie, trzymając w dłoniach kieszonkowy zegarek męża. Był ciężki, z wytartym srebrnym kopertą i popękanym szkłem. Wskazówki zatrzymały się na wpół do szóstej — godzinie, która nic nie znaczyła. Albo znaczyła zbyt wiele. Obracała go w palcach, jakby próbowała tchnąć w niego życie.

— Co przede mną ukrywałeś, Wojtku? — wyszeptała, wpatrzona w cyferblat. — Nosiłeś go nawet wtedy, gdy przestał działać. Dlaczego?

Wojciech odszedł trzy miesiące temu. Atak serca, nagły jak uderzenie pioruna. Katarzyna miała trzydzieści dwa lata, on trzydzieści pięć. Dopiero zaczynali snuć plany na przyszłość: o dzieciaku, podróżach, małym ogrodzie za domem. Ale czas się zatrzymał. Tak jak ten zegarek.

Westchnęła i odłożyła go. Chciała posprzątać rzeczy męża, ale każdy sweter, każda książka przywoływały jego obraz. Zegarek był ostatnią zagadką. Wojtek nigdy nie mówił, skąd go ma. Tylko powtarzał: „To ważne, Kasia”. I tyle.

Wstała, podeszła do okna. Ich dom na przedmieściach tonął w jesiennych liściach. Sąsiedzkie dzieci ganiały za piłką, gdzieś szczekał pies. Życie toczyło się dalej, ale dla Katarzyny zdawało się zamarłe.

— Dość — powiedziała do siebie. — Trzeba żyć dalej. Chociażby dla niego.

* * *

Katarzyna nie była z tych, którzy się łatwo poddają. Przed ślubem pracowała jako florystka w miejskim salonie, układała bukiety, które wywoływały uśmiechy. Wojtek żartował, że „zaklina kwiaty”. Sam był inżynierem, cichym, ale o ciepłych oczach. Poznali się przypadkiem: Katarzyna upuściła doniczkę z fiołkami przed wejściem do kawiarni, a Wojtek, który właśnie przechodził, pomógł pozbierać resztki.

— Nie martw się, kwiat przeżyje — powiedział wtedy, uśmiechając się. — Ale ty, zdaje się, jesteś w szoku.

— To była moja ulubiona doniczka! — oburzyła się Katarzyna, ale zaraz parsknęła śmiechem. Jego spokój był zaraźliwy.

Tak zaczęła się ich historia. Po roku wzięli ślub, kupili dom na przedmieściach, wzięli kota o imieniu Dymek. Marzyli o dziecku. Ale los zadecyduał inaczej. Półtora roku temu Katarzyna straciła malucha w piątym miesiącu. Wojtek był przy niej, trzymał ją za rękę, milczał, ale jego milczenie mówiło więcej niż słowa. Nie rozmawiali o tym bólu, po prostu żyli dalej. A teraz jego zabrakło.

Zegarek leżał na stole jak nieme wyrzut sumienia. Katarzyna wzięła go i zdecydowanie wyszła z domu. W mieście był stary zegarmistrz, o którym Wojtek kiedyś wspominał. Może on będzie wiedział, co z nim jest nie tak.

* * *

Zakład zegarmistrzowski mieścił się w wąskiej uliczce. Szyld głosił: „Czas i zegary. Naprawa”. Za ladą siedział starszy mężczyzna o gęstych brwiach i życzliwym spojrzeniu. Nazywał się Stanisław Pawłowicz.

— Dzień dobry — powiedziała Katarzyna, kładąc zegarek na ladzie. — Nie chodzi. Może pan go naprawić?

Stanisław Pawłowicz założył okulary i przyjrzał się uważnie.

— Hm, stary kawałek — mruknął. — Niemiecki, początek XX wieku. Skąd go pani ma?

— To męża. On… bardzo go cenił.

Starszy mężczyzna skinął głową, jakby zrozumiał więcej, niż powiedziała. Otworzył tylną pokrywę i zmarszczył brwi.

— Coś tu jest — powiedział, wyjmując złożony kawałek papieru. — Wygląda na list.

Katarzyna zamarła.

— List? Jaki list?

— Nie wiem — wzruszył ramionami zegarmistrz. — Ale mechanizm zardzewiał. Naprawię, ale to zajmie kilka dni. A list… należy do pani.

Podsunął jej pożółkłą kartkę. Katarzyna wzięła ją drżącymi dłońmi, ale nie zdecydowała się rozwinąć.

— Dziękuję — wyszeptała. — Wrócę po zegarek później.

* * *

W domu Katarzyna długo siedziała z listem w dłoniach. Dymek ocierał się o jej nogi, mruczał, ale nie zwracała na niego uwagi. W końcu, nabrawszy powietrza, rozwinęła kartkę. Pismo było Wojtka — staranne, z lekkim pochyleniem.

„Do mojego malucha, którego nigdy nie zobaczę.

Przepraszam, że nie umiałem cię ochronić. Obiecałem twojej mamie, że będziemy rodziną, ale życie zdecydowało inaczej. Wiesz, zawsze chciałem posadzić dla ciebie drzewo. Klon, jak ten, który rósł u mojego dziadka. Mówił, że drzewo to życie, które trwa. Jeśli to czytasz, znaczy, że nie zdążyłem. Ale mama zrobi to za mnie. Ona jest silna, moja Kasia. Zaopiekuj się nią, dobrze?

Twój tata, Wojtek”.

Łzy spływały po policzkach Katarzyny. Przycisnęła list do piersi, jakby mogła przytulić przez te słowa Wojtka. Napisał to po ich stracie, ale nie pokazał jej. Dlaczego? By nie rozdrapywać rany? A może by zostawić jej nadzieję?

— Zawsze musiałeś robić wszystko po swojemu — szepnęła, uśmiechając się przez łzy. — Dobrze, posadzę twój klon.

* * *

Następnego dnia Katarzyna pojechała do szkółki. Wybrała młody klon o jaskrawozielonych liściach. Sprzedawczyni, starsza kobieta o imieniu Wanda, zauważyła jej zamyślone spojrzenie.

— Dla kogo drzewko? — spytała, owijając korzenie w jutę.

— Dla synka — cicho odpowiedziała Katarzyna. — I dla męża.

Wanda spojrzała na nią ciepło.

— Dobra rzecz, córeczko. Drzewo to pamięć. Mój mąż też kochał klony. Co wiosnę sadził nowy, póki mógł. Teraz ja o nie dbam.

— A on… gdzie teraz jest? — spytała Katarzyna.

— Odszedł pięć lat temu. Ale widzę go w każdym liściu — uśmiechnęła się Wanda. — Sadź, nie bój się. Przyjmie się.

Katarzyna skinęła głową, czując, jak w piersi robi się cieplej. Wróciła do domu, wzięła łopatę i zaczęła kopać dziKatarzyna patrzyła, jak wiatr kołysze liśćmi młodego klonu, i poczuła, że Wojtek jest tu, teraz, w każdym drżącym listku i w każdym promieniu słońca, które ogrzewało jej twarz.

Rate article
Fajna Tajna
Nie zdążył zasadzić drzewa. Zrobiłam to za nas.