Trzy lata po rozwodzie nagle zostałem ojcem dwóch noworodków! Sam sobie winien, trzeba było urzędowo zakończyć małżeństwo! Wyszło jednak na dobre…
Z Jadwigą byliśmy małżeństwem dziesięć lat. Mieliśmy córki – Kalinę i Jadwigę, niemal rówieśniczki. Życie jak u ludzi: dzień praca, wieczór rodzina. Tylko że mama zaczęła gdzieś znikać. Do koleżanki, kolejka w sklepie, zaległości w pracy… W końcu życzliwi donieśli, że Jadwiga ma kochanka.
Oczywiście nie czekałem i przedstawiłem pretensje. A najlepszą obroną, jak wiadomo, jest atak. Więc zaczęło się: nie poświęcam jej uwagi, nie czuje się kobietą, codzienność pożera jej czas, córki podobno kochają tylko mnie… Wykrzyczała to wszystko i oświadczyła, że odchodzi. I odeszła naprawdę, zostawiając dziewczynki ze mną.
Kalina i Jadwinia długo nie mogły pojąć, gdzie podziała się mama, ale w końcu przywykły. Dostałem propozycję przeniesienia się do Poznania, by poprowadzić nowy oddział. Skorzystałem. Pakowaliśmy się szybko, więc przed wyjazdem nie zdążyłem urzędowo rozwodu sfinalizować.
W Poznaniu poznałem Agnieszkę. Była w moim wieku i też samotnie wychowywała dwie córki. Nie zastanawiając się długo, zamieszkaliśmy razem jako wielka rodzina. Dziewczyny były w podobnym wieku, więc wieczorami dom huczał od śmiechu, kłótni i zabaw – istny jarmark! Cieszyliśmy się z Agnieszką na ten wir, ale potajemnie próbowaliśmy spłodzić synka. Bez skutku.
W dniu tego dziwnego telefonu wspólnie z Agnieszką żyliśmy już dwa lata i dawaliśmy za wygraną z marzeniem o synu. No, trudno, wychowamy dziewczyny. A więc o telefonie…
Rozpoznałem numer ze stacjonarnego z mojego rodzinnego miasta:
– Mikołaj Piotrowicz?
– Słucham.
– Niestety zła wiadomość… Pani żona, Jadwiga Pawłówna, nie odzyskała przytomności i dziś zmarła. Prosimy przyjechać po dzieci. Wypisujemy je jutro. W sprawie Jadwigi Pawłówny szczegóły załatwimy jutro.
– Żarty? Nie widziałem Jadwigi trzy lata, a nasze córki są teraz ze mną.
– Nie mam pojęcia, według metryki ojcem dzieci jest Pan, więc zabiera Pan bliźniaki!
Po drugiej stronie słuchawka cichła. Oszołomiony sprawdziłem numer: rzeczywiście rejestracja miejskiego szpitala.
Agnieszka patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, też nie rozumiejąc sytuacji. Całą rozmowę słyszała. Spakowaliśmy się szybko, zawieźli dziewczynki do babci i dziadka i ruszyliśmy wyjaśniać sprawę mojej byłej.
Pod szpitalem spotkaliśmy koleżankę Jadwigi, Danutę. To ona wyjaśniła, że kochanek zostawił ją, gdy tylko dowiedział się o ciąży. Ciąża była ciężka – w końcu bliźniaki! – a pod koniec stało się coś bardzo złego… Dzieci odratowano od razu, ale matka zapadła w śpiączkę i po kilku dniach odeszła. Bliźniaków trzeba było zarejestrować, a matka nie mogła podać danych, więc wpisano je z Urzędu Stanu Cywilnego… gdzie ciągle byłem jej mężem. Automatycznie zostałem ojcem.
Danuta, opowiadając to przez łzy, obiecała pomoc i odeszła. Agnieszka stała obok, ściskając moją dłoń niezwykle mocno.
– Agnieszko, co jest?
– Mikołaju… przecież zabierzemy je do domu? Tak?
Widać było, że Agnieszka za wszelką cenę stara się ukryć radość i uśmiech.
– Kogo? Bliźniaki?
– Tak, tak, tak! Proszę! Może własnych nigdy nie doczekamy, a tu gotowe, dwa w jednym…
– Agnieszko, to nie zabawki, żeby tak… nie wiem…
– Mikołaju, mówię poważnie! A nasze dziewczyny jak się ucieszą! Twoim córkom to w ogóle przyrodni braciszkowie… Proszę…
Krótko mówiąc – nie oprzeć się. Zabraliśmy bliźniaków. Jadwigę pożegnaliśmy, jak wypada.
Dziewczyny wprost wściekały się z radości, że przywieźliśmy im braci. Wciąż się dziwiły, jak to przegapiły, że mamie Agnieszce urósł brzuszek! Teraz i synek się przyplątał – całkiem nieźle jak na tę papierologię z USC!



