Nie waż się ruszać rzeczy mojej mamy powiedział mąż.
Te ubrania należą do mojej mamy. Po co je zebrałaś? zapytał mąż głosem, który stał się nagle zupełnie obcy.
Wyrzucimy to. Na co nam te rzeczy, Przemek? Pół szafy zajmują, a ja chciałabym schować tutaj zimowe kołdry i zapasowe poduszki. Wszędzie w domu panuje rozgardiasz.
Jagoda z zupełnie praktyczną miną ściągała z wieszaków proste swetry, spódnice i sukienki zmarłej teściowej. Pani Zofia, mama Przemka, zawsze skrupulatnie odwieszała wszystkie ubrania na swoje miejsce, żeby były schludne. Tego nauczyła syna. U Jagody w szafach panował wieczny rozgardiasz: codziennie rano przekopywała się przez półki, narzekała, że nie ma w co się ubrać, po czym usiłowała rozprostować zmięte bluzki żelazkiem parowym z marnym skutkiem. Wyglądały jakby je przeżuła krowa.
Minęły zaledwie trzy tygodnie, odkąd Przemek ostatni raz odprowadził mamę na cmentarz. Pani Zofia wymagała leczenia w zasadzie już bez perspektyw i spokoju. Czwarty stopień raka nie dawał złudzeń. Przemek zabrał ją do siebie. Odeszła w miesiąc. Teraz, po powrocie z pracy, widząc jej rzeczy porzucone byle jak na środku korytarza, aż zaniemówił. Czy to wszystko, co zostało po jego mamie? Wyrzucone zapomniane?
Czego się tak gapisz na mnie, jak Jagiełło na Krzyżaków? obruszyła się Jagoda, cofając się lekko.
Nie ruszaj tych rzeczy wysyczał Przemek przez zaciśnięte zęby. Krew napłynęła mu do głowy tak, że przez moment zdrętwiały mu ręce i nogi.
Po co nam te stare łachy! warknęła Jagoda, zaczynając się unosić. Chcesz tu muzeum urządzić? Twojej mamy już nie ma, pogódź się! Lepiej byś się o nią tak troszczył za życia. Może byś wtedy wiedział, w jakim była stanie!
Przemka aż przeszył ten wyrzut, jakby ktoś raził go biczem.
Odejdź, póki nie zrobię czegoś, czego będę żałował powiedział ledwie łapiąc oddech.
Jagoda prychnęła:
A proszę cię bardzo. Wariat…
Dla Jagody każdy, kto miał inne zdanie niż ona, był wariatem.
Nie zdejmując butów, Przemek podszedł do szafy w przedpokoju i sięgnął po największą torbę podróżną jedną z tych siedmiu, które służyły im przy przeprowadzce do mieszkania. Starannie, skład po składzie, ułożył do niej wszystkie ubrania mamy. Złożył je równiutko, żadnego rzucania byle jak. Na wierzch położył kurtkę mamy i worek z jej butami. W tym czasie kręcił się przy nim młodszy syn, trzyletni Staś. Pomagał, wrzucając na koniec do torby swój plastikowy traktor. Przemek pogrzebał jeszcze w szufladzie w przedpokoju, znalazł klucz i schował go do kieszeni spodni.
Tatusiu, gdzie idziesz?
Przemek uśmiechnął się smutno, łapiąc za klamkę.
Zaraz wrócę, kochanie. Idź do mamy.
Czekaj! zabrzmiało zaniepokojenie Jagody, która pojawiła się w drzwiach salonu Wyjeżdżasz? A obiad?
Dzięki, twój stosunek do mojej mamy już mnie nasycił.
No przestań, czemu tak się pienisz o nic? Zdejmuj buty, gdzie pchasz się wieczorem?
Przemek, nie odpowiadając, wyszedł z mieszkania. Odpalił samochód, wyjechał z osiedla w stronę Warszawy. Pędził wśród świateł, nie zwracając uwagi na drogę i myśli wszystko inne: praca, plany na wakacje, memy w internecie, które czasem czytał dla poprawy nastroju, nagle przestało istnieć. W głowie miał jedną myśl, która niezmiennie zmieniała obraz całego jego życia wszystko, co błahe, spłonęło w tym ogniu sprawiedliwości. Z rzeczy najważniejszych pozostały tylko dzieci, żona… i mama. Obwiniał się za jej śmierć nie dopilnował, za późno się zorientował, ciągle był zajęty, a ona nie chciała być ciężarem. Rzadziej do niej jeździł, rzadziej dzwonił, skracał rozmowy.
Po godzinie jazdy zatrzymał się przy barze na trasie, zjadł coś na szybko i ruszył dalej bez przystanków. Zauważył zachód słońca: szary dach nieba pękał od zachodu czerwonymi smugami, jakby słońce ostatkiem sił trzymało się horyzontu. Już po ciemku dotarł na rodzinną wieś, błądził po bocznych drogach aż do domu mamy tam, gdzie spędził dzieciństwo i młodość.
W ciemnościach ledwo coś było widać. Przemek grzebał przy zasuwie furtki, rozświetlając sobie telefonem. Pięć nieodebranych od żony. Dziś nie miał siły już z nikim rozmawiać. Ciężki, wilgotny zapach przekwitającej czeremchy wabił ćmy, a w oknach matowy blask odbijał niebo. Przemek otworzył kluczem drzwi, zapalił w korytarzu słabą żarówkę.
Przy progu stały domowe kapcie mamy, te, w których chodziła po podwórku. Obok, przy drzwiach do mieszkania zużyte już, granatowe pantofle z czerwonymi królikami na noskach. Przemek kupił jej je osiem lat temu. Stał i patrzył na nie, po czym włożył klucz do zamka.
Cześć mamo, czekałaś na mnie?
Nie, już nikt tu na niego nie czekał.
W powietrzu unosił się zapach starych mebli i lekkiej wilgoci, która zawsze ciągnęła od piwnicy. Dom szybko łapał wilgoć trzeba było regularnie go ogrzewać, by nie zarósł grzybem. Na komodzie leżał grzebień i kosmetyczka, a na wieszaku przezroczysty worek z makaronem najniższa cena. W salonie nowoczesnością wyróżniała się kanapa i telewizor kupił je mamie. Otwarta lodówka na kuchni straszyła pustką. A w sypialence naprzeciw łóżko z górą poduszek pod narzutą. Przemek usiadł na brzegu.
Dawniej to był jego pokój, a rodzice spali w drugim, większym. Przy ścianie stało wtedy drugie łóżko, brata. Biurko przy oknie. Teraz, pod ścianą maszyna do szycia mama kochała szyć i haftować. Drugie łóżko zastąpiła szafa na jej rzeczy.
Przemek siedział w ciszy, patrząc jak na widmo na szafę z rzeczami mamy, bez ruchu, z pustym wzrokiem. Zanurzył dłoń we włosach, objął głowę, pochylił się i ukrył twarz w kolanach. Ramiona zaczęły mu drżeć, aż padł na białą narzutę mamy… i zapłakał.
Płakał, bo nie zdążył już jej nic odpowiedzieć, kiedy w ostatni dzień ściskała jego dłoń. Milczał nad nią jak posąg, widział jak gaśnie, a tysiąc niewypowiedzianych słów dławiło się w gardle. Matka szepnęła: Nie patrz tak na mnie, Przemku… Byłam z wami szczęśliwa. A on tak chciał! Chciał podziękować za beztroskie dzieciństwo, za miłość, wyrzeczenia, domowy spokój, poczucie bezpieczeństwa, za to miejsce, do którego zawsze można wrócić. Za wszystko.
Ale wtedy siedział w milczeniu. Nieraz najtrudniej dobrać te najprostsze słowa. Wszystko wydawało się zbyt patetyczne i staromodne, aż wstyd było mówić na głos. Jakby te słowa nie pasowały do dzisiejszych realiów nasze czasy specjalizują się raczej w cynizmie i udawaniu, niż w szczerych gestach.
Wyłączył światło i położył się w ubraniu, starając się nie zmiąć pościeli. Na krześle znalazł wełniany koc, okrył się. Sam się zdziwił, że spał tak dobrze. Rano, równo o siódmej, wstał jak zawsze. Organizm człowieka to dziwna sprawa nieważne o której zaśnie, zawsze budzi się o tej samej porze.
Wyszedł do auta po torbę. Brzozy, tuż za płotem, ze świeżą zielenią liści, wyglądały jak młode dwórki wiosny. Słońce łapało na ich gałęziach więcej siły, aby ogrzać wszystko pod sobą. Przemek stanął na ganku. Śpiew ptaków, czyste powietrze… Jak dobrze, że wychował się na wsi, nie w betonowym blokowisku. Przeciągnął się, rozprostował i wrócił do domu, wdrapując się z torbą do szafy mamy.
Wyjmował powoli wszystkie rzeczy, układał na półkach albo wieszał na wieszakach. Pantofle i buty ustawił na dole. Gdy skończył, cofnął się i spojrzał na wszystko z boku czy wystarczająco schludnie. Przed oczami miał twarz mamy, gdy paradowała w tych ubraniach. Uśmiechała się. Zawsze uśmiechała się tym ciepłym, matczynym uśmiechem, umiejąc bez słów powiedzieć: kocham. Przemek pogładził rząd wiszących bluzek i sukienek, objął je i wciągnął znajomy zapach… Stał tak jeszcze chwilę bez sensu. Co dalej zrobić z tym wszystkim, nie miał pojęcia. Nagle przypomniało mu się o pracy i wyjął telefon.
Dzień dobry, panie Adamie. Dziś mnie nie będzie. Sprawa rodzinna, pilna. Poradzicie sobie beze mnie? Dziękuję.
A Jagodzie napisał: Przepraszam za wczoraj, wrócę wieczorem. Ściskam.
Przy ścieżkach w ogrodzie kwitły kwiaty. Żonkile pełne, a tulipany dopiero rozchylały pąki. Przemek nazbierał i jednych, i drugich, zerwał jeszcze konwalie przy starym agreście. Trochę dziwny bukiet, pomyślał, ale podzielił go na trzy na cmentarzu czekało na niego troje. Po drodze zatrzymał się jeszcze w sklepie przypomniał sobie, że nic nie jadł. Wziął mleko, świeżą bułkę i czekoladę.
O, Przemek! Co ty znów u nas robisz? zdziwiła się pani sklepowa.
Wpadłem do mamy… odmruknął, patrząc w bok.
Rozumiem. A nie chcesz twarogu? Świeżutki, od rolnika. Twoja mama zawsze kupowała.
Przemek spojrzał na nią żartuje? Nie, prosta kobieta z niej.
Daj pani. A jak tam, pani Ireno?
Ech… machnęła ręką Lepiej nie pytaj. Mój Serek ciągle pije.
Śniadanie zjadł na cmentarzu, przed grobami. Kwiaty różne, po kolei: żonkile, konwalie, tulipany. Brat, ojciec i mama. Brata stracił pierwszy spadł z dachu podczas napraw. Wysokość żadna, a kręgosłup chrupnął i koniec. Miał zaledwie dwadzieścia lat. Potem, pięć lat temu, odszedł ojciec. Teraz mama. Przemek każdemu rozłożył kawałek czekolady, mamie jeszcze twarogu. Uśmiechali się do niego z fotografii na nagrobkach. Przemek w myślach z nimi rozmawiał.
Wspominał, jak broili z bratem.
Przypominał sobie w najdrobniejszych szczegółach, jak o świcie chodził z tatą na leszcze i szczupaki. Ojciec zarzucał wędkę z rozmachem prawdziwego kowboja.
A mama! Potrafiła wrzasnąć na całe podwórko: Przeeemek! Choooodź jeeeeść! Głos miała taki, że słychać ją było dwa kilometry dalej. Wtedy aż się wstydził przed kolegami. Tylko, żeby dziś tak zawołała…
Przemek podszedł i pogłaskał tymczasowy krzyż mamy. Ziemia była świeża, nie zdążyła osiąść. Czarna górka w blasku słońca.
Mamusiu, przepraszam… Nie dopilnowałem cię. Niby żyliśmy osobno, a bez ciebie taka pustka. Tyle chciałbym ci teraz powiedzieć, i tobie, tato. Jakimi byliście cudownymi rodzicami, jak wam dziękuję… Jak wy to robiliście? A my z Jagodą… tylko siebie mamy na głowie, egoiści. Dziękuję wam za wszystko. I tobie, Krzysiek, bracie, też.
Czas było wracać. Przemek szedł polną dróżką, przeżuwając młode źdźbła trawy. Na pierwszej ulicy natknął się na Sławka, syna pani Ireny. Już dobrze podpity, wyglądał fatalnie.
O! Przemek! Znów jesteś? zamamrotał Sławek rozmazanym głosem.
Tak… odwiedziłem rodzinę. A ty dalej pijesz?
A jak, świętuję!
Co niby?
Nagle Sławek wyjął z kieszeni kalendarzyk ścienny z wyrywanymi kartkami, został na wczorajszym dniu. Przełożył kartkę.
Światowy dzień żółwia! O, proszę! oznajmił, dumny jak paw.
Mhm skrzywił się Przemek. Sławek… szanuj swoją matkę. Skarb masz, nie będzie żyła wiecznie. Pamiętaj.
Ruszył dalej zostawiając kolegę w milczeniu. Tamten dopiero po chwili mruknął mu za plecami:
Dobra, Przemek… trzymaj się.
No, trzymaj się rzucił Przemek, nie oglądając się za siebie.



