Nie swoja ona im, tym pięciu… Ale czy powiesz…

Nie była im matką, tej piątce Ale któż by to powiedział

Eugeniusz stracił żonę. Nie udało jej się wyjść z ostatniego porodu.

I tak zostało mu pięciu synów. Najstarszy, Staś, miał dziewięć lat. Wojtkowi siedem. Bliźniacy Kuba i Tomek po cztery. A najmłodsza, Justynka, długo wyczekiwana córeczka, ledwie trzy miesiące

Nie ma czasu na smutek, gdy dzieci proszą o jedzenie. A gdy już wszystkich ułoży spać, sam siedzi w kuchni po północy, pali papierosa za papierosem

Na początku Eugeniusz radził sobie, jak mógł. Ciotka przyjeżdżała, trochę pomagała. Innej rodziny nie mieli. Chciała zabrać Kubę i Tomka, mówiąc, że będzie mu lżej. Potem przyszli ludzie z opieki społecznej.

Proponowali oddać wszystkie dzieci do domu dziecka. Eugeniusz nie zamierzał nikomu oddawać swoich dzieci. Jak to swoje rodzone komuś oddać? I jak potem żyć? Ciężko, oczywiście, ale co robić? Rosną powoli, w końcu wyrosną.

Starszym czasem zdążył sprawdzić lekcje. Z Justynką było najwięcej kłopotu, oczywiście, ale Staś i Wojtek jakoś pomagali.

I pielęgniarka środowiskowa, pani Halina, często przychodziła, doglądała. Któregoś dnia obiecała Eugeniuszowi znaleźć pomoc. Mówiła, że jest taka dziewczyna, pracowita, w szpitalu jako opiekunka pracuje.

Własnych dzieci nie ma, jeszcze niezamężna. Ale rodzeństwo wychowywała z dużej rodziny była, z sąsiedniej wsi. I tak pojawiła się w ich domu Ania.

Niska, krępa, o okrągłej twarzy i niemodnym warkoczu sięgającym pasa. I cicha. Nie mówiła wiele. A jednak wszystko się zmieniło. Dom zajaśniał wszystko umyte, wysprzątane.

Ubrania dziecięce zaszyte, wyprane. I za Justynką zdążyła, i ugotować, i usmażyć. W szkole i przedszkolu od razu zauważono różnicę. Dzieci czyste, zadbane, guziki przyszyte już nie czarną nitką na bieli, łokcie nie przetarte.

Pewnego razu Justynka zachorowała, gorączkowała. Lekarka powiedziała, że wyzdrowieje, byle był dobry opiek. Ania noce przy niej przesiedziała, sama ani razu nie położyła się spać. Wychowała dziewczynkę. I tak jakoś niezauważenie została w domu Eugeniusza

Młodsi zaczęli nazywać ją mamą, stęsknieni za matczyną czułością. A Ania nie skąpiła im ciepła. Pochwali, pogłaszcze po głowie. Przytuli. No bo dzieci, jakże inaczej

Starsi, Staś i Wojtek, początkowo byli nieufni, nie nazywali jej wcale. Potem mówili po prostu Ania. Ani niania, ani mama tylko Ania. Żeby pamiętać, że mieli swoją mamę No i wiekiem ledwie mogłaby być ich matką.

Rodzina Ani była przeciw.

Po co sobie taki ciężar na kark wieszasz? Chłopców w wsi mało?

Chłopcy są odpowiedziała ale żal mi Eugeniusza A dzieci już przywykły, teraz szukać

I tak żyli. Piętnaście lat minęło jak sen Dzieci uczyły się, rosły. Nie zawsze gładko zdarzały się wybryki. Eugeniusz gniewał się, po pasek sięgał. A Ania go powstrzymywała ojcze, poczekaj, najpierw trzeba sprawę wyjaśnić

I pokłócili się, i pogodzili, bywało. Tak że nikt już na wsi nie nazywał jej Anią. Mówili pani Ludmiła, z szacunkiem. Staś w tym roku już był żonaty, pierwszego dziecka oczekiwali.

Młodzi mieszkali osobno, Stanisław w PGR-ze pracował. I nie byle jakim mechanizatorem był co rok to nagroda, to pochwała. Wojtek w mieście kończył studia, Ania szczególnie się nim chwaliła syn będzie inżynierem.

Wszystko razem robili i psocili w dzieciństwie, i stawali za sobą murem, gdy trzeba. Justynka do dziewiątej klasy przeszła, też dumna Ani. I śpiewa, i tańczy mistrzyni, żadne święto bez niej się nie obędzie.

A Eugeniusz po raz kolejny myślał, jak dobrze pani Halina żonę mu wybrała Tego lata Ania poczuła, że coś jest nie tak z jej ciałem, coś niedobrego. Nigdy nie chorowała, a tu nagle w oczach się ćmi, mdłości

Eugeniusza z jego papierosem wyrzucała na ganek, bo źle się czuła. Myślała, że przejdzie, ale nie. Musiała w końcu do lekarza iść.
Wróciła cicha, zamyślona. Na pytania Eugeniusza machnęła ręką głupstwa, mówiła, wszystko w porządku.

Ale wieczorem, gdy wszyscy zasnęli, zawołała go na ganek.

Usiądź, ojcze, trzeba pogadać Wiesz, co mi lekarz powiedział? Dziecko będzie Za późno już cokolwiek robić, trzeba zostawić Zakryła twarz dłońmi. Wstyd, taki wstyd

Eugeniusz tylko się zdziwił. Tyle lat nie było dzieci i teraz proszę!

Jaki wstyd, matko, starsi już prawie się rozlecieli, we dwoje zostaniemy? Widzisz, natura dobrze wszystko ułożyła! Więc przygotujemy się!

Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu jeszcze

Jaka stara? Trzydzieści dziewięć, jakie to lata?

Oj, sama nie wiem, co robić, co robić Wstyd

Dobrze. Ja sam powiem. Jutro powiem, akurat wszyscy będą.

I powiedział. Gdy zebrali się przy stole, tak im oznajmił. Że, kochani, niedługo będzie mi

Rate article
Fajna Tajna
Nie swoja ona im, tym pięciu… Ale czy powiesz…