Nie spodziewaliśmy się go zobaczyć Nasz tata, z Maszką, wyjechał kiedyś „za chlebem” i zniknął, gdy byłem w piątej klasie, a siostra w pierwszej. Wcześniej też często znikał na miesiące. Z mamą nigdy nie wzięli ślubu, był wolnym duchem. Jeździł to tu, to tam po Polsce, wracał niespodziewanie – zawsze z pieniędzmi i prezentami. Mama znosiła to wszystko, bo kochała go całym sercem. – Wróć szybciej, Włodeczku – prosiła. – No daj spokój, nie rób scen. Czekaj na prezenty. Całował ją niedbale i znikał znów. Gdy go nie było, pilnował nas jego brat, wujek Kola. Widać, mama mu się podobała, choć nigdy tego nie okazywał. Ale zawsze był dla nas wsparciem. – I jak tam, Taśka? – pytał, wchodząc. – Co dzieciaki? – Hurra, wujek Kola przyszedł! – wrzeszczałem i rzucałem mu się na szyję. – Cześć, Dennis – przytulał mnie krótko. Chciałbym, żeby to on był moim ojcem. W weekendy wujek Kola zabierał nas z Maszką na spacer. Mama odpoczywała, czasem wybierała się z nami, a czasem zostawała w domu, myśląc o swoim ciężkim losie. Gdy podrosłem, wujek Kola przyniósł do domu drabinkę gimnastyczną i zamontował ją w korytarzu. Ojca nie było już od pół roku. Pomagałem Koli mocować przyrządy. Maszka patrzyła, jak sprawnie uwija się z montażem. – Wujku, czemu się nie żenisz? Takie masz złote ręce, każda by cię chciała – rzuciła Maszka, mądrze jak na dziewczynkę. Mądrość czerpała z podsłuchanych rozmów mamy z koleżankami. – Nikt mi się nie podoba, Marysiu. Jak się spodoba – to się ożenię. – Nie chcesz własnych dzieci? – Wujek odłożył narzędzia i powiedział poważnie: – Na razie wy mi wystarczacie. Chcesz mnie wyprawić z domu? – Ja? – Maszka specjalnie się wydziwiła. – Zawsze chcę, żebyś był z nami. Wieczorem spytałem ją: – Po co go zaczepiasz? Jeszcze przestanie przychodzić. – A tata przywozi prezenty… – westchnęła Maszka. – Niedługo wróci. – Głuptas! A wiesz, ile kosztują te przyrządy, co nam wujek przyniósł? – A ja co z tego mam – odparła. – Ja chcę sukienki i lalki. Nie będę małpą, żeby się po drabinkach wspinać. Tym razem ojciec nie wrócił. Pewnego dnia wujek Kola przyszedł, zamknął się z mamą w kuchni. Coś jej tłumaczył, ona płakała. – Taja, nie rycz. Nie zostawię was. Znasz go… zawsze szuka, gdzie lepiej. Mama ryczała w niebogłosy, potem długo płakała. Wujek Kola dalej przychodził, pomagał, chodził z nami na spacery. W końcu się odważył, wyznał mamie swoje uczucia. Słuchałem pod drzwiami. – Kolu, ja nie dla ciebie jestem. Ty dobry, zasługujesz na prawdziwe szczęście. – Może to ja wiem najlepiej, kogo mi potrzeba – upierał się. – A jeśli on wróci? Kola nic nie odpowiedział. – I tak będę go czekać. Kocham go, Kolu! Nic nie mogę poradzić. Jeśli chcesz taką… bez serca. Odszedłem od drzwi na palcach. Matkę miałem ochotę zadusić. Czekać na niego… z miłości. Życie się toczyło dalej. Maszka była cała w ojca – gdzie ją karmią, tam się przytula. Nie mogłem jej winić. W końcu zrozumiała, że czekać na prezenty nie warto. Wujek Kola dwoił się i troił. Mama urodziła mu syna, Wadzia. Kola był w siódmym niebie. Wzięli ślub i wszystko wróciło do normy. Skończyłem szkołę bez trójek, dostałem się na studia. Mama była dumna jak paw. – Będziemy mieli naukowca, Kolu! – A my co, gorsi? – Dajcie spokój! – czerwieniłem się. – Lepiej nalejcie mi szampana. – A niby nie piłeś nigdy – parsknęła Maszka. Wadzio wdrapywał się na stół, rozrabiał. Kola złapał go i posadził na kolana. – Synku, zachowuj się. Wadzio wziął łyżkę, przyłożył do nosa i zaczął się wygłupiać. Wszyscy śmiali się. – Ktoś dzwoni? – nadstawiła uszu Maszka. Mama otworzyła i cofnęła się do pokoju. W drzwiach stanął ojciec. Zapadła cisza. Rozejrzał się i powiedział: – No co? Świętujcie dalej. Milczeliśmy. Wadzio podszedł do niego, ojciec go zignorował, mama chwyciła dziecko jak tarczę. Wujek Kola podniósł się z miejsca. – Gdzie? – spytała mama dziwnym głosem. – Muszę… wyjść na powietrze. Przeszedł obok Koli. Ruszyłem za nim. Maszka też. – Marysiu, zobacz, jakie ci ciuchy modne przywiozłem – próbował zagadać ojciec. Maszka nawet nie popatrzyła. Dogoniła mnie, szepcze: – Ja pójdę za nim. Ty podsłuchaj co się dzieje. – Ale… – Dennis, ty lepiej podsłuchujesz! No i miała rację. Maszka pobiegła za Kolą, ja zostałem w korytarzu, z duszą na ramieniu myśląc, że mama się doczekała… miłości. Co z naszą rodziną? – Taja, co, za Kola wyszłaś? – kpił ojciec. Mama milczała. – Taja, co było, to było. Jestem, wróciłem! Słychać szamotaninę, trzask, płacz wystraszonego Wadzia. – Idź sobie, Wowa… – Taja, co ty? – Dość, powiedziałam! Nikt cię tu nie czekał. – Kłamiesz. Widzę po oczach. – Ale ja powiedziałam – zakończyła stanowczo mama. Ojciec wyszedł, zobaczył mnie w korytarzu: – Podsłuchujesz? Dobrze, wysoko zajdziesz. Nie obchodziło mnie jego zdanie. Wszedłem do pokoju, sądząc, że mama szlocha. A ona – uspokajała Wadzia, poprawiała fryzurę i sprzątała stół. Jak Juliusz Cezar. – Uff. Mało nam święta nie popsuł – krzywo się uśmiechnęła. – No, gdzie się wszyscy podziali? Wadzio dawno zapomniał o kłótni, przesuwał stołek. Wyszedłem na ulicę. Maszka siedziała z Kolą na ławce w parku. Trzymała go mocno za rękę i położyła głowę na jego ramieniu, jakby bała się go stracić. Podszedłem, popatrzyłem na nich. Powiedziałem to, co chciałem od dawna: – Bate, chodźcie do domu. Mama woła. Koli zadrżały ręce. Maszka położyła swoje dłonie na jego dłoniach. Podniosła głowę: – Prawda, chodźmy, tata? Poszliśmy. W końcu to był nasz dzień – skończyłem szkołę.

Nie spodziewaliśmy się

Nasz tata wyjechał kiedyś do pracy gdzieś daleko i zniknął, gdy byłem w piątej klasie podstawówki, a siostra, Magda, chodziła dopiero do pierwszej. Tak naprawdę zniknął bez śladu. Wcześniej tylko wyjeżdżał co kilka miesięcy, wracał, jak i kiedy mu się podobało always z pieniędzmi i prezentami. Rodzice nigdy nie byli małżeństwem, tata był takim wolnym ptakiem, ciągle w trasie po Polsce, tu Warszawa, tam Białystok. Mama znosiła to, bo kochała go całym sercem.

Włodku, wróć proszę szybko prosiła.

Daj spokój, nie płacz. Czekaj na mnie z prezentami.

Obdarzał ją niedbałym pocałunkiem i znikał. Gdy go nie było, opiekował się nami jego brat, wujek Jerzy. Myślę, że mama mu się podobała, lecz nigdy o tym nie mówił, ani nie okazywał szczególnego zainteresowania. Po prostu zawsze można było na niego liczyć.

I jak tam, Teresa? pytał, wchodząc wieczorem. Co u dzieciaków?

Hurra! Wujek Jerzy przyszedł! krzyczałem i rzucałem mu się na szyję.

Witaj, Krzysiek przytulał mnie krótko.

Gdybym mógł wybrać, wolałbym, żeby to on był moim ojcem. W weekendy zabierał nas z Magdą do Łazienek czy do zoo. Mama czasem szła z nami, lecz często zostawała w domu, rozmyślając pewnie nad swoim losem.

Kiedy trochę podrosłem, wujek Jerzy przyniósł rurę gimnastyczną i zamontował ją w korytarzu. Taty nie było w domu już pół roku. Pomagałem przy mocowaniu, a Magda z boku patrzyła, jak sprawnie wujek montuje drążek, linę i kółka.

Wuju, czemu nie masz żony? Złotą masz rękę, każda by się za tobą oglądała rzuciła Magda, z tą dziecięcą życiową mądrością, którą podsłuchała od mamy i jej koleżanek.

Nie zakochałem się jeszcze, Magdo. Jak się zakocham, to będzie inaczej.

A dzieci nie chciałbyś mieć swoich?

Magda śmiesznie rozłożyła ręce.

Wujek odłożył narzędzia i odpowiedział poważnie:

Na razie wy mi wystarczacie. Chyba chcesz się mnie pozbyć, co?

Magda tylko przewróciła oczami.

Ja? Nigdy! Zawsze się cieszę, jak przychodzisz.

Wieczorem, gdy już siedzieliśmy sami, zapytałem Magdę:

Po co zaczepiasz go tak? Jeszcze się obrazi i przestanie wpadać.

Tata zawsze przywozi prezenty… marzyła Magda. Może niedługo przyjedzie…

Oj, głupia! Nie doceniasz tych rzeczy, które nam zostawił? Widzisz, ile te przyrządy kosztują?

Ale ja wolę sukienki i lalki. Nie będę się przecież wspinać jak małpa!

Tym razem Magda czekała na powrót ojca na próżno. Nie wrócił. Pewnego dnia wujek Jerzy zamknął się z mamą w kuchni. Coś tłumaczył, a ona bardzo płakała.

Teresa, przestań płakać. Przecież was nie zostawię. Znasz go… zawsze szuka łatwiejszego życia.

Mama wyła tak, że serce się krajało. “O Boże, o Boże…”, miotała się i płakała dalej.

Wujek Jerzy przychodził jak dawniej: pomagał, naprawiał, wychodził z nami, urwisami, na spacery. Po kilku tygodniach zebrał się na odwagę. Rozmawiał z mamą o swoich uczuciach. Przysłuchiwałem się temu z czystym sumieniem.

Jerzy, przecież ja nie jestem ci potrzebna! Taki z ciebie porządny facet. Zasługujesz na prawdziwe szczęście.

Wiem, czego chcę odpowiedział uparcie.

A jak on wróci?

Jerzy nie odpowiedział.

I tak będę na niego czekać. Kocham go! Jerzy, nie umiem inaczej. Jeśli jesteś pewien, że chcesz właśnie takiej bez serca…

Odszedłem na palcach. Chciałem wykrzyczeć mamie, jak bardzo się myli! Głupia! Taka miłość, takie czekanie…

Życie zaczęło toczyć się swoim rytmem. Magda, podobna do ojca, lgnęła tam, gdzie coś można dostać. Czy mogłem ją za to winić? Chyba już rozumiała, że tata i prezenty to przeszłość. Wujek Jerzy się starał. Pracował ciężko dla naszej rodziny. Mama urodziła mu syna, Wojtka. Radości nie było końca. W końcu z mamą wzięli ślub i wszystko się ustabilizowało.

Skończyłem liceum bez żadnej trójki i miałem szansę na studia dzienne za darmo. Mama świeciła dumą, jak choinkowa bombka.

Jerzy, będziemy mieć uczonego w rodzinie, co?

A my niby gorsi? Nie jemy zupki chlebem jak frajerzy.

Dajcie spokój! Jaki tam uczony. Peszyłem się. Lepiej nalejcie mi trochę szampana na spróbowanie.

Jasne, przecież już nie raz piłeś śmiała się Magda i patrzyła na mnie groźnie, gdy udawałem obrażonego.

Wojtek rozrabiał, próbując wspiąć się na stół. Wujek Jerzy posadził go sobie na kolanach.

No już, synku, zachowuj się. Nie jesteś przecież niemowlakiem!

Wojtek zaraz wziął łyżkę, przyłożył do nosa i zezował. Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Ktoś chyba dzwoni do drzwi? Magda nastawiła uszy.

Mama poszła otworzyć, a po chwili cofnęła się do pokoju. W progu stanął tata. Zapanowała cisza. Rozejrzał się obojętnie i powiedział:

No co? Zabawa trwa, bawcie się dalej.

Zamilkliśmy. Wojtek zszedł z kolan wujka Jerzego i ruszył w stronę nieznajomego. Tata jednak nie zwrócił na niego uwagi, a mama chwyciła Wojtka i przytuliła, jakby chroniła go przed ojcem. Wujek Jerzy wstał, lekko się zachwiał.

Gdzie idziesz? spytała mama nieswoim głosem.

Muszę się przewietrzyć…

Wyszedł, omijając ojca ramieniem. Wstałem, gotów ruszyć za nim. Magda podążyła za mną.

Córciu, patrz ile ci modnych ciuchów przywiozłem zaoferował tata.

Ku mojemu zdziwieniu, Magda nawet na niego nie spojrzała. Dogoniła mnie w korytarzu i szepnęła do ucha:

Ja pójdę za Jerzym. Ty podsłuchaj, co się tu będzie działo.

Ale…

No Krzysiek! Tobie lepiej idzie podsłuchiwanie!

Cóż, miała rację. Chyba mogłem zostać szpiegiem.

Magda wybiegła, ja zostałem w korytarzu, pełen lęku co będzie dalej, skoro mama… doczekała się. Miłości życia. Co teraz z nami będzie?

Tereska, co to? Wyszłaś za Jerzego? rzucił złośliwie tata.

Mama milczała.

No już, stało się. Kto nie zbłądził w życiu… Ważne, że wróciłem!

Usłyszałem szamotaninę, dźwięk policzka, potem płacz przestraszonego Wojtka.

Idź sobie stąd, Włodek… przepadnij…

Tereska, co ty…

Powiedziałam wszystko! Wynoś się. Nikt na ciebie nie czekał.

Kłamiesz. Widziałem w oczach! Oczy nie kłamią.

Skończone. zakończyła mama.

Tata wyszedł po chwili, zobaczył mnie w korytarzu.

Podsłuchujesz? No, no. Daleko zajdziesz.

Nie obchodziło mnie już, co myśli. Wszedłem do pokoju, wyobrażając sobie, że mama jest rozbita. Tymczasem ona uspokajała Wojtka, poprawiała fryzurę i porządkowała stół jak cała Teresa z mojego dzieciństwa.

Uff… Mało nam święta nie popsuł, co? uśmiechnęła się blado. Gdzie oni wszyscy?

Wojtek już zapomniał, że mama się denerwowała, przestawiał sobie krzesło.

Wyszedłem na podwórko. Magda i wujek Jerzy siedzieli przez ulicę w parku. Magda rozpaczliwie trzymała go za rękę i głowę opierała o jego ramię jakby bała się, że jeśli puści, to on zniknie. Podszedłem z tyłu, popatrzyłem na nich. Chciałem to powiedzieć od dawna. Obszedłem ławkę, spojrzałem Jerzemu w twarz:

Tato, przestań siedzieć. Wróćmy do domu. Mama woła.

Jerzemu trzęsły się dłonie. Magda położyła swoje na jego. Podniosła głowę i spytała:

Prawda, wrócisz, tato?

Poszliśmy razem. W końcu mieliśmy święto ukończyłem szkołę.

Rate article
Fajna Tajna
Nie spodziewaliśmy się go zobaczyć Nasz tata, z Maszką, wyjechał kiedyś „za chlebem” i zniknął, gdy byłem w piątej klasie, a siostra w pierwszej. Wcześniej też często znikał na miesiące. Z mamą nigdy nie wzięli ślubu, był wolnym duchem. Jeździł to tu, to tam po Polsce, wracał niespodziewanie – zawsze z pieniędzmi i prezentami. Mama znosiła to wszystko, bo kochała go całym sercem. – Wróć szybciej, Włodeczku – prosiła. – No daj spokój, nie rób scen. Czekaj na prezenty. Całował ją niedbale i znikał znów. Gdy go nie było, pilnował nas jego brat, wujek Kola. Widać, mama mu się podobała, choć nigdy tego nie okazywał. Ale zawsze był dla nas wsparciem. – I jak tam, Taśka? – pytał, wchodząc. – Co dzieciaki? – Hurra, wujek Kola przyszedł! – wrzeszczałem i rzucałem mu się na szyję. – Cześć, Dennis – przytulał mnie krótko. Chciałbym, żeby to on był moim ojcem. W weekendy wujek Kola zabierał nas z Maszką na spacer. Mama odpoczywała, czasem wybierała się z nami, a czasem zostawała w domu, myśląc o swoim ciężkim losie. Gdy podrosłem, wujek Kola przyniósł do domu drabinkę gimnastyczną i zamontował ją w korytarzu. Ojca nie było już od pół roku. Pomagałem Koli mocować przyrządy. Maszka patrzyła, jak sprawnie uwija się z montażem. – Wujku, czemu się nie żenisz? Takie masz złote ręce, każda by cię chciała – rzuciła Maszka, mądrze jak na dziewczynkę. Mądrość czerpała z podsłuchanych rozmów mamy z koleżankami. – Nikt mi się nie podoba, Marysiu. Jak się spodoba – to się ożenię. – Nie chcesz własnych dzieci? – Wujek odłożył narzędzia i powiedział poważnie: – Na razie wy mi wystarczacie. Chcesz mnie wyprawić z domu? – Ja? – Maszka specjalnie się wydziwiła. – Zawsze chcę, żebyś był z nami. Wieczorem spytałem ją: – Po co go zaczepiasz? Jeszcze przestanie przychodzić. – A tata przywozi prezenty… – westchnęła Maszka. – Niedługo wróci. – Głuptas! A wiesz, ile kosztują te przyrządy, co nam wujek przyniósł? – A ja co z tego mam – odparła. – Ja chcę sukienki i lalki. Nie będę małpą, żeby się po drabinkach wspinać. Tym razem ojciec nie wrócił. Pewnego dnia wujek Kola przyszedł, zamknął się z mamą w kuchni. Coś jej tłumaczył, ona płakała. – Taja, nie rycz. Nie zostawię was. Znasz go… zawsze szuka, gdzie lepiej. Mama ryczała w niebogłosy, potem długo płakała. Wujek Kola dalej przychodził, pomagał, chodził z nami na spacery. W końcu się odważył, wyznał mamie swoje uczucia. Słuchałem pod drzwiami. – Kolu, ja nie dla ciebie jestem. Ty dobry, zasługujesz na prawdziwe szczęście. – Może to ja wiem najlepiej, kogo mi potrzeba – upierał się. – A jeśli on wróci? Kola nic nie odpowiedział. – I tak będę go czekać. Kocham go, Kolu! Nic nie mogę poradzić. Jeśli chcesz taką… bez serca. Odszedłem od drzwi na palcach. Matkę miałem ochotę zadusić. Czekać na niego… z miłości. Życie się toczyło dalej. Maszka była cała w ojca – gdzie ją karmią, tam się przytula. Nie mogłem jej winić. W końcu zrozumiała, że czekać na prezenty nie warto. Wujek Kola dwoił się i troił. Mama urodziła mu syna, Wadzia. Kola był w siódmym niebie. Wzięli ślub i wszystko wróciło do normy. Skończyłem szkołę bez trójek, dostałem się na studia. Mama była dumna jak paw. – Będziemy mieli naukowca, Kolu! – A my co, gorsi? – Dajcie spokój! – czerwieniłem się. – Lepiej nalejcie mi szampana. – A niby nie piłeś nigdy – parsknęła Maszka. Wadzio wdrapywał się na stół, rozrabiał. Kola złapał go i posadził na kolana. – Synku, zachowuj się. Wadzio wziął łyżkę, przyłożył do nosa i zaczął się wygłupiać. Wszyscy śmiali się. – Ktoś dzwoni? – nadstawiła uszu Maszka. Mama otworzyła i cofnęła się do pokoju. W drzwiach stanął ojciec. Zapadła cisza. Rozejrzał się i powiedział: – No co? Świętujcie dalej. Milczeliśmy. Wadzio podszedł do niego, ojciec go zignorował, mama chwyciła dziecko jak tarczę. Wujek Kola podniósł się z miejsca. – Gdzie? – spytała mama dziwnym głosem. – Muszę… wyjść na powietrze. Przeszedł obok Koli. Ruszyłem za nim. Maszka też. – Marysiu, zobacz, jakie ci ciuchy modne przywiozłem – próbował zagadać ojciec. Maszka nawet nie popatrzyła. Dogoniła mnie, szepcze: – Ja pójdę za nim. Ty podsłuchaj co się dzieje. – Ale… – Dennis, ty lepiej podsłuchujesz! No i miała rację. Maszka pobiegła za Kolą, ja zostałem w korytarzu, z duszą na ramieniu myśląc, że mama się doczekała… miłości. Co z naszą rodziną? – Taja, co, za Kola wyszłaś? – kpił ojciec. Mama milczała. – Taja, co było, to było. Jestem, wróciłem! Słychać szamotaninę, trzask, płacz wystraszonego Wadzia. – Idź sobie, Wowa… – Taja, co ty? – Dość, powiedziałam! Nikt cię tu nie czekał. – Kłamiesz. Widzę po oczach. – Ale ja powiedziałam – zakończyła stanowczo mama. Ojciec wyszedł, zobaczył mnie w korytarzu: – Podsłuchujesz? Dobrze, wysoko zajdziesz. Nie obchodziło mnie jego zdanie. Wszedłem do pokoju, sądząc, że mama szlocha. A ona – uspokajała Wadzia, poprawiała fryzurę i sprzątała stół. Jak Juliusz Cezar. – Uff. Mało nam święta nie popsuł – krzywo się uśmiechnęła. – No, gdzie się wszyscy podziali? Wadzio dawno zapomniał o kłótni, przesuwał stołek. Wyszedłem na ulicę. Maszka siedziała z Kolą na ławce w parku. Trzymała go mocno za rękę i położyła głowę na jego ramieniu, jakby bała się go stracić. Podszedłem, popatrzyłem na nich. Powiedziałem to, co chciałem od dawna: – Bate, chodźcie do domu. Mama woła. Koli zadrżały ręce. Maszka położyła swoje dłonie na jego dłoniach. Podniosła głowę: – Prawda, chodźmy, tata? Poszliśmy. W końcu to był nasz dzień – skończyłem szkołę.