27 czerwca, wiersz w moim pamiętniku
W bibliotece miejskiej w Krakowie zawsze panuje cisza, choć przychodzą goście. Nie zwracam na nich uwagi, bo kiedy otwieram drzwi do sali, w której majestatycznie stoją wysokie regały pełne książek, ludzie od razu zwolniają krok, rozejrzą się i spokojnie podchodzą do mnie.
Dzień dobry zawsze przywitują się uprzejmie, a potem pytają o konkretną pozycję.
Dzień dobry odpisuję z uśmiechem, uważnie słuchając kolejnego czytelnika.
Jestem osobą życzliwą i uprzejmą, a praca w bibliotece jest dla mnie spełnieniem. Czasem łapię się na myśli:
Cóż za szczęście, że los skierował mnie na tę drogę. Nie wyobrażam sobie innego zajęcia, które dawałoby taką spokój i pasję. Kiedy goście są serdeczni, dzień staje się przyjemnością.
Oczywiście zdarzają się goście, którzy w pośpiechu domagają się książki, nerwowo zerkają, gdy przeszukuję półkę, a potem wypełniają kartę wypożyczenia. Zawsze jednak zachowuję cierpliwość, nie pozwalając sobie na frustrację.
Czytanie kocham od dziecka, więc wybór zawodu nie był dla mnie dylematem książki są moim żywiołem. Czuję się wśród nich pewnie, bo przeczytałam już setki tomów.
Gdy moje przyjaciółki biegały na randki, żonglowały pracą i domem, rodziły dzieci, przeprowadzały się, kłóciły i godziły, ja po prostu żyłam spokojnie, w swym własnym rytmie.
Zwykle mówię cicho, delikatnie poprawiam okulary, kiedy coś nie gra, patrzę ciepło szarymi oczami, włosy jasne zawsze splecione w kok na karku, ubieram się schludnie i elegancko.
Mam dwadzieścia siedem lat. Dwa dni po urodzinach do biblioteki wszedł przystojny młodzieniec w okularach. Spojrzałam na niego i pomyślałam:
Miły facet, ma chyba trzydzieści lat.
Zauważyłam, że nigdy nie zwracałam uwagi na mężczyzn przychodzących do biblioteki, a teraz coś mnie w nim przyciągnęło.
Dzień dobry przywitał się nieśmiało.
Dzień dobry odebrałam z uprzejmością.
Potrzebuję jednej książki zawahał się, chyba szukając tytułu, po czym pewnym głosem dodał Czy macie ją w zasobach? odwrócił się w stronę wysokich regałów i poprawił okulary.
Proszę chwilę poczekać, mam ją w górnym rzędzie odparłam i ruszyłam po półkę, a on obserwował czytelnię.
To był Tadeusz, nieśmiały inżynier pracujący w dziale architektury, który przeglądał stare projekty i tworzył nowe. Gdy wróciłam z książką, uśmiechnął się ciepło.
Usiadłem przy stole i wypełniłem kartę, wpisując jego imię Tadeusz. Podpisał się, ale stał nieruchomo, niepewny, co zrobić dalej.
Dziękuję nagle przypomniałem sobie, że nie podziękowałem.
Proszę odpowiedziałaś.
W tej ciszy coś się zmieniło; spojrzeliśmy na siebie, nie mogąc odejść. Czas płynął niepostrzeżenie, a ja w końcu odważyłam się zapytać:
Tadeuszu, potrzebuje Pan jeszcze jakiejś książki?
No czyli nie odpowiedział niezdecydowanie, po czym zebrał się i odważył:
Znam Pani imię, a czy mogę poznać Pani nazwisko?
Jadwiga odpowiedziałam nieśmiało.
Jadwiga piękne imię, naprawdę polskie. Myślałem, że to raczej rzadkość odrzekł, patrząc na mnie z rozbawieniem. Czułam, że obaj jesteśmy podobni w swojej nieśmiałości.
Dziękuję powtórzył Tadeusz zwrócę książkę w nienaruszonym stanie. Do widzenia.
Nie mam co wątpić, do widzenia odparłam grzecznie.
Miałam przeczucie, że zwróci książkę, bo wydawał się bardzo dbały o wszelkie przedmioty. Miał na sobie wyprasowane spodnie, czystą koszulę i krawat, a garnitur leżał na nim jak na manekinie. Obuwie błyszczało po dokładnym wypolerowaniu.
Tadeusz opuścił bibliotekę, a ja długo rozmyślałam o nim.
Jesteśmy jak dwie bratnie dusze pomyślałam, czując, że go rozumiem. Co to za ja? Nigdy nie przywiązywałam takiej uwagi do gości.
Po wyjściu Tadeusz wydawał się nie w pełni sobą.
Co za urocza Jadwiga, w bibliotece to jej miejsce, a ja nie potrafiłem jej pochwalić zadręczał siebie. Czemu jestem taki nieśmiały? Moja skromność tylko mi przeszkadza. Czy teraz nie będę mógł żyć spokojnie, bo nie mogę wyrzucić z głowy jej obrazu?
Po obiedzie ciężko mu szło w dziale, myśli błądziły, a ja wciąż widziałam jego twarz.
Co to za czar, pomyślał, próbując się skupić na rysunkach, lecz nie udawało mu się.
Następnego dnia podczas przerwy obiadowej wszedł znów do biblioteki, po pretekstach pod pretekstem kolejnej książki.
Dzień dobry, Jadwigo podniosłaś wzrok, a on zaskoczony zobaczył w moim spojrzeniu coś więcej.
Dzień dobry uśmiechnęłam się, jak do starego przyjaciela potrzebuje Pan jeszcze jakiejś książki?
Z czerwonymi policzkami i nieśmiałością Tadeusz odważył się w końcu:
Nie, właściwie przyszedłem po coś innego przyznał szczerze muszę przyznać, że bardzo mi się Pani podobacie przepraszam
Moje oczy rozbłysły, a policzki zrumieniły się razem ze szczęśliwym rumieńcem jego twarzy.
Po co przepraszać? Podobno i ja odwzajemniłam Pani sympatię wczoraj. Nie spałam tej nocy spokojnie.
Cieszył się, powiedział:
Ja też. Nie zamknąłem oczu od tamtej chwili.
Zapanowała krótka cisza. Czekałam na jego słowa, a on w końcu odważył się:
Jadwigo, mogę po pracy odprowadzić Panią do domu?
Mogę odpowiedziałam skromnie i uśmiechnęłam się.
Od tego dnia nasze spotkania płynnie zamieniły się w spacery po Plantach, gdzie Tadeusz z zapałem opowiadał o swojej pracy, a ja snułam opowieści o książkach.
Tadeuszu, wiesz, że książki, podobnie jak ludzie, mają własne dusze mówiłam, a on rozumiał, jak bardzo kocham tę pracę, spędzając dni wśród tomów. Przyszła chłodna jesień, a my spędzaliśmy długie godziny przy herbacie w mojej kuchni, patrząc na siebie w milczeniu i przytakując słowami:
Dobrze nam razem, nawet w ciszy.
Marzyłam o Wenecji, o której czytałam w przewodnikach, a Tadeusz wyobrażał sobie, że płyniemy gondolą po wąskich kanałach, otoczeni jedynie szmerem wody.
Pewnego weekendu przyniósł mi bukiet czerwonych róż.
To dla Ciebie, Jadwinko, chciałbym się z Tobą ożenić. Czy zgodzisz się?
Zgoda odparłam prosto, bez zbędnych ceregieli.
Ślub odbył się skromnie, nie dlatego że nie lubiliśmy hałasu, ale bo nie mieliśmy pośpiechu. Żyliśmy powoli, spokojnie, szczęśliwi, choć po latach razem nie udało nam się mieć potomstwa.
Nie poddaliśmy się rozpaczy, nie obwinialiśmy losu. Adoptowaliśmy czarnego kota, nazwałeśmy go Borys, kupiliśmy domek letniskowy. Tak toczyło się nasze życie: praca, domek, wieczorne czytanie, rozmowy przy herbacie, mruczenie Borysa. Na wsi Tadeusz budował budki dla ptaków, ja robiłam skarpetki, pielęgnowałam rabaty z kwiatami. Sąsiedzi rzadko zaglądali i szeptali, patrząc na nasz spokojny rytm.
Nudni, każdy dzień taki sam mawiali.
My nie odczuwaliśmy nudy. Tadeusz codziennie parzył kawę w starej brązowej zaparzaczu, nalewał ją do pięknych filiżanek, a ja podawałam okruchy chleba wiewiórkom przy oknie. Lato spędzaliśmy na wsi, zimą wracaliśmy, słuchając trzasku drewna w kominku. Mówiliśmy mało po co słowa, gdy wszystko jest jasne?
Mijały lata, starzejemy się razem. Nie spieszyliśmy się w miłości, bo kochaliśmy się od zawsze. Nadszedł czas przejścia na emeryturę, częściej mieszkaliśmy na wsi. Kochaliśmy ciszę, dom przy lesie, śpiew ptaków, letnie grzyby. Sąsiedzi szanowali nas za spokojne życie.
Pewnego dnia Tadeusz wrócił z sklepu z piękną butelką wina i owocami. Byliśmy zwykle trzeźwi, więc zaskoczyło mnie to. Wyjął dwa kieliszki z kredensu, przetarł je ściereczką, którą zawsze używałaś do wycierania naczyń, gdy myłam je ręką. Usiadł przy stole i nalał wino.
Podnosząc kieliszek, zapytałam:
Za nas?
Nie odpowiedział Tadeusz, wyciągając z kieszeni dwa bilety lotnicze za Wenecję.
Zamarłam. Marzyliśmy o tym całe życie, wciąż odkładając: praca, domek, choroba kota.
Ale my już jesteśmy starzy rzekłam niepewnie.
Nie starzy, a seniorzy odparł z uśmiechem dlatego lecimy.
Poleciliśmy razem. Cieszyliśmy się wąskimi kanałami, płynąc gondolą pod mostami, śmiejąc się jak nastolatkowie. Spacerowaliśmy: ja w słomkowym kapeluszu, on z aparatem w ręku. Pewnego wieczoru, gdy słońce zachodziło nad laguną, wyznał mi:
Jakże szczęśliwy jestem, Jadwinko, kocham Cię
Dziękuję Ci za ten moment, za to, że się oświadczyłeś. Wiem, jak ciężko było Cię przekonać Dziękuję za spełnienie mojego marzenia. Nie potrzebuję nic więcej, tylko Twojej obecności.
Śmialiśmy się radośnie, bo to była nasza wspólna decyzja. Żyliśmy dalej, nie spiesząc się.
Koniec wpisu.



