W miejskiej bibliotece w Krakowie zawsze panował spokój, nawet kiedy przychodzili czytelnicy. Grażyna nigdy nie zwracała im uwagi, bo kiedy wchodziła do sali, gdzie majestatycznie ustawione były wysokie regały pełne książek, ludzie od razu zwalniali, rozglądali się, a potem podchodzili do niej spokojnie.
Dzień dobry zawsze grzecznie mówili przychodzący, po czym pytali o potrzebną pozycję.
Dzień dobry odpisywała z uśmiechem Grażyna, uważnie słuchając kolejnego gościa.
Grażyna była po prostu życzliwa i uprzejma, a praca w bibliotece była właśnie dla niej. Często myślała:
Jak dobrze, że los skierował mnie na tę drogę. Nie wyobrażam sobie miejsca, gdzie mogłabym pracować tak spokojnie i z pasją. To wspaniale, gdy praca sprawia radość, a goście są uprzejmi.
Oczywiście zdarzało się, że jakiś czytelnik wchodził pośpiesznie, niecierpliwie zerkał, kiedy Grażyna znajdowała książkę i wypełniała kartę, ale ona zawsze była cierpliwa i nie pozwalała sobie na złość.
Czytanie kochała od dziecka, więc wybór zawodu nie był dla niej żadnym dylematem książki to jej żywioł. Czuła się wśród nich pewnie, była dobrze obeznana, przeczytała już mnóstwo tomów.
Gdy jej przyjaciółki biegały na randki, targi, rodziły dzieci, przeprowadzały się, kłóciły się i godziły, Grażyna po prostu żyła spokojnie, w swoim rytmie. Była cicha, miała spokojny głos, zawsze poprawiała okulary, gdy coś nie grało, patrzyła ciepło szarymi oczami, a jasne włosy zawsze nosiła w koku na karku, ubrana schludnie i elegancko.
Miała dwadzieścia siedem lat, a dwa dni po urodzinach do biblioteki wszedł przystojny młody człowiek w okularach. Spojrzała na niego i pomyślała:
Ładny pan, chyba ma trzydzieści lat, nie mniej.
Złapała się na tym, że wcześniej nie zwracała uwagi na mężczyzn przychodzących do biblioteki, a teraz nagle przykuł jej uwagę.
Dzień dobry przywitał się nieśmiały czytelnik.
Dzień dobry odparła Grażyna.
Potrzebuję książki chwilę się zastanowił, jakby przypominał sobie autora lub tytuł, po czym pewnie powiedział: Czy macie taką, mam nadzieję? rozejrzał się po imponujących regałach i poprawił okulary.
Proszę chwilę poczekać, mam ją w górnym rzędzie Grażyna poszła po książkę, a gość przyglądał się sali czytelniczej.
To był Tadeusz, nieśmiały inżynier pracujący w dziale architektury, przeglądający stare plany i projektujący nowe. Kiedy wrócił z książką w ręku, uśmiechnął się ciepło. Grażyna usiadła przy stole i zaczęła wypełniać kartę, poznając jego imię Tadeusz. On podpisał, ale wahał się, jakby nie wiedział, co zrobić.
Dziękuję nagle powiedział, zdając sobie sprawę, że nie podziękował.
Proszę odpowiedziała.
W tej chwili w bibliotece zapaniała cisza, oboje patrzyli na siebie, nie mogli się ruszyć. Nie wiedzieli, ile minęło czasu. W końcu Grażyna przełamała milczenie.
Tadeuszu, potrzebuje Pan jeszcze jakiejś książki?
Tak czyli nie odpowiedział niepewnie, po czym zebrał się i wyznał:
Znasz moje imię, a jak brzmi Twoje, jeśli nie jest to tajemnica?
Grażyna odpowiedziała nieśmiało.
Grażyna piękne imię, bardzo popularne w Polsce. Myślałem, że to trochę po rosyjsku, ale to już nieistotne odrzekł, patrząc na nią zrozumiale.
Dziękuję powtórzył Tadeusz. Na pewno zwrócę książkę w całości. Do widzenia.
Nie wątpię odparła uprzejmie.
Grażyna wiedziała, że zwróci książkę, bo Tadeusz był staranny i dbał o wszystko, co miał. Był ubrany w wyprasowane spodnie, czystą koszulę z krawatem, garnitur leży na nim jak ulał, a buty błyszczały. Po wyjściu Tadeusza ona jeszcze długo myślała o nim.
Jesteśmy jak dwie bratnie dusze pomyślała, rozumiem go i czuję
Potem uśmiechnęła się, zaskoczona własnym zachowaniem.
Co ja? Nigdy nie zwracałam takiej uwagi na gości.
Tadeusz wyszedł z biblioteki z zawrotem głowy, myśląc:
Co za urocza Grażyna, w tej bibliotece musi pracować. Nie mogłem jej pochwalić, moje piękne słowa zamieniły się w milczenie. Dlaczego jestem taki nieśmiały? Moja skromność tylko mi przeszkadza. Teraz chyba nie będę mógł spokojnie pracować, bo nie mogę wyrzucić jej obrazu z głowy
Po lunchu ciężko mu szło w dziale, nie mógł się skupić, a myśl o Grażynie nie dawała mu spokoju.
Co to za ułuda? zastanawiał się, patrząc w plany.
Następnego dnia, podczas przerwy obiadowej, znów poszedł do biblioteki pod pretekstem wziąć kolejną książkę.
Dzień dobry, Grażyno podniosła wzrok i on poczuł się zaszczycony takim spojrzeniem.
Dzień dobry uśmiechnęła się, jakby znała go od lat potrzebuje Pan jeszcze książki?
Zaczerwieniony i nieśmiały, Tadeusz w końcu odważył się:
Nie, chciałem po prostu przyjść do Ciebie i powiedzieć szczerze podoba mi się bardzo przepraszam
Oczy Grażyny rozbłysły, jej policzki zaróżowiały się.
Po co przepraszać? Ty też mi się podobałeś wczoraj, szczerze mówiąc, nie spałam tej nocy dobrze.
Tadeusz odetchnął, odpowiedział:
Ja też. Nie zamknięte oczy.
Zapanowała niezręczna cisza, oboje milczeli. Grażyna czekała na słowa, a on w końcu zebrał się:
Grażyno, mogę odprowadzić Cię po pracy do domu?
Mogę odpowiedziała nieśmiało, uśmiechając się lekko.
Od tego dnia ich spotkania płynnie przerodziły się w spacery po parku, gdzie Tadeusz z zapałem opowiadał o swojej pracy, którą też kochał, a ona mówiła o książkach.
Tadeuszu, wiesz, książki to jak ludzie, każda ma swoją duszę mówiła, a on nie był zdziwiony takim porównaniem, rozumiał, jak bardzo kocha swoją pracę. Zima nadeszła, a oni spędzali długie godziny przy herbacie w jej kuchni, czasem patrząc na siebie w milczeniu i zgadzając się:
Dobrze nam razem, nawet w ciszy
Dzielili się marzeniami i radościami. Grażyna zawsze marzyła o Wenecji, czytała o niej wiele i opowiadała Tadeuszowi, który wyobrażał sobie, jak płyną razem w gondoli po wąskich kanałach.
Pewnego weekendu Tadeusz przyszedł z bukietem czerwonych róż.
To dla Ciebie, Grażynko, chcę się ożenić, od dawna to planuję Zgadzasz się?
Zgadzam się odpowiedziała, beztrosko i radośnie.
Ślub zorganizowali skromnie, nie dlatego, że nie lubią hałasu, ale bo nie mieli pośpiechu. Ich życie płynęło wolno, spokojnie, byli szczęśliwi, choć po latach nie mogli mieć dziecka. Nie zrażali się i nie obwiniali losu. Adoptowali czarnego kota, nazwali go Borsik, kupili domki na wsi. Tak wyglądało ich codzienne życie: praca, domek na wsi, książki wieczorem, rozmowy przy herbacie, mruczenie Borsika. Na wsi Tadeusz robił budki dla ptaków, ona dziergała skarpety, pielęgnowała rabaty kwiatowe. Sąsiedzi rzadko przychodzili, szepcząc za plecami:
Żyją nudno, codziennie to samo.
A oni się nie nudzą. Tadeusz codziennie parzył kawę w starej kawiarki, nalał ją do pięknych filiżanek, Grażyna karmiła ziarniaki na oknie. Latem więcej czasu spędzali na wsi, wiosną sadzili kwiaty, zimą przyjeżdżali, słuchając trzasku drewna w kominku. Mówili mało po co słowa, gdy wszystko jest jasne?
Mijały lata, stali się starsi. Nie spieszali się z miłością, bo kochali się od zawsze. Kiedy nadszedł czas przejścia na emeryturę, częściej przebywali na wsi, lubili ciszę, dom pod lasem, śpiew ptaków, w lecie grzyby. Sąsiedzi szanowali ich spokojny rytm życia.
Pewnego dnia Tadeusz wrócił z sklepiku z piękną butelką wina i owocami. Grażyna była zaskoczona nie pili alkoholu. Wyjął dwa kieliszki z kredensu, przetarł je ręcznikiem, którym zawsze wycierał naczynia, kiedy Grażyna je myła. Usiadł z nią przy stole i nalał wino.
Za nas? podniosła kieliszek i uśmiechnęła się.
Nie odparł Tadeusz, wyciągając z kieszeni dwa bilety lotnicze za Wenecję.
Grażyna zamarła. Marzyli o tym całe życie, ale ciągle odkładali: praca, domek, choroba kota.
Ale my już starzy zaczęła.
Nie starzy, a seniorzy, więc jedziemy odpowiedział.
Polecieli więc razem, ciesząc się wąskimi kanałami, pod mostami, śmiejąc się jak nastolatkowie. Spacerowali: ona w słomkowym kapeluszu, on z aparatem w ręku. Wieczorem, gdy słońce zachodziło nad laguną, Tadeusz znów wyznał:
Jak szczęśliwy jestem z Tobą, Grażynko, kocham Cię
Dziękuję, że mnie oświadczyłeś, wiedziałam, jak trudno Ci było Dziękuję za spełnienie marzenia. Nie potrzebuję nic więcej, tylko byśmy zawsze byli razem.
Śmiali się radośnie, bo to było ich wspólne pragnienie. I tak żyli dalej, nie spiesząc się.



