Dwa dni w podróży pociągiem potrafią zbliżyć ludzi, nawet tych zupełnie obcych. Tego już nie pierwszy raz doświadczam wszyscy zdążyliśmy już się sobie przedstawić, napić się morza herbaty, rozwiązać niezliczoną ilość krzyżówek. W końcu nadszedł ten etap, gdy zaczynają się rozmowy o życiu: ciche zwierzenia, historie, których nie opowiedziałoby się nikomu poza przypadkowymi towarzyszami z przedziału.
Siedziałam na bocznym siedzeniu, a w sąsiednim przedziale trzy starsze kobietki Wiesława, Bronisława i Leokadia wymieniały się przepisami na ciasta i sposobami robienia skarpet na drutach. Za oknem pociąg właśnie wjechał na most, z którego rozpościerał się wspaniały widok; niebo pogodne, dzień słoneczny, Wisła szeroka i spokojna, a na wysokim brzegu, porośniętym łagodną łąką, górował biały kościół z pozłacanymi kopułami.
Kobiety na chwilę zamilkły. Jedna z nich przeżegnała się cicho.
A ja wam opowiem historię odezwała się Bronisława z powagą. Wierzycie, czy nie, to już wasza sprawa.
Zdarzyło się to kilka lat temu, wiosną. Mieszkam sama na wsi, dzieci nie mam, męża pochowałam dawno temu. Nasza wieś malutka, ale rozciąga się po obu stronach rzeki. Żeby dojść do sklepu czy na pocztę, trzeba przejść mostem na drugi brzeg. Tamtego dnia zadzwonił do mnie wcześnie rano brat jechał w delegację i miał nadłożyć drogi, żeby mnie odwiedzić. Nie widzieliśmy się od pięciu lat, bo mieszka daleko.
Szalenie się ucieszyłam! Myślę sobie, że powinnam pobiec do sklepu, kupić coś do jedzenia trochę mąki, cukru, upiec jakieś drożdżowe ciasto, gościa poczęstować czymś domowym. Narzuciłam na siebie kożuszek nawet nie zapięłam, tylko owinęłam się szybko i wskoczyłam w kalosze.
Dobiegam do rzeki i myślę: Po co nadkładać drogi do mostu, może przebiegnę po lodzie?. Choć w dzień robiło się ciepło, to nocami trzymał jeszcze lekki mróz. A i rybaków kilku siedziało na lodzie, kawałek dalej, przy moście to mnie ośmieliło. Przecież grubi chłopi z wiadrami i przeróżnym sprzętem siedzą i nie toną, to mnie na pewno się uda. Przecież jestem lekka i szybka.
Ostrożnie zeszłam na brzeg. Najpierw jeden krok, potem drugi lód się nie łamał. Myślę sobie: dam radę, miejsce wąskie, a ja zwinna.
Choćbyście nie wierzyli, nie od razu poczułam, że wpadłam pod lód mówiła Bronisława dalej, a jej głos mocno się zmienił. Jakby mnie coś sparzyło, dostałam krótki szok i koniec. Cioram się na powierzchnię, ale kożuch ciągnie na dno. Dobrze, że nie był zapięty! Zrzuciłam w wodzie, łatwiej było wypłynąć. To bardzo straszne uczucie: łapiesz się kawałka lodu, a on pęka z potwornym trzaskiem i znów wpadasz pod wodę. Krzyczeć nie mogłam, głos mi odebrało.
Widzę, że sąsiadka stoi na brzegu i patrzy na mnie jak zahipnotyzowana. Rękę podniosłam, macham do niej, myśląc, że może po rybaków pobiegnie. Ale ona, wystraszona, powoli się cofnęła i po prostu odeszła! No to już po mnie myślę utonę zaraz, brat przyjedzie, nie zastanie mnie żywej.
Jeszcze raz próbuję się wydostać znowu lód się łamie. Wtem widzę, dosłownie znikąd pojawia się mężczyzna. Nikogo przecież dotąd nie było, skąd się tu wziął?
Kładzie się na lodzie, wyciąga rękę, krzyczy:
Dawaj, dasz radę! Chodź tutaj!
Nie wiem, skąd miałam siły. Ale naraz pod nim samym lód również trzasnął. Pobiegł więc do brzegu, jednym zamachem wyrwał z ziemi młodą brzozę i wrócił szybkim krokiem. Podał mi gałąź:
Łap się za pień, za pień!
Złapałam się z całych sił, chociaż ręce ślizgały się po lodzie na mrozie. Mężczyzna przyciągnął brzozę, ustawił ją tak, żebym lepiej się trzymała. I dzięki temu wyciągnął mnie jak rzodkiewkę z ziemi. Leżę na lodzie, nie czuję nóg łzy mi płyną po twarzy. Pochylił się nade mną:
No to co, całe szczęście, że się udało, matko kochana mówi. Kiwnęłam tylko głową, nie mogąc wydusić słowa.
Dobrze, już po wszystkim. Wracaj do domu, nie bój się nic ci nie będzie.
Wytarłam łzy, wstałam. Odwracam się a po mężczyźnie ani śladu. Gdzie mógł zniknąć? Cały brzeg otwarty, do najbliższego zakrętu daleko widziałam, jak dopiero po chwili zaczynają biec w moją stronę rybacy.
Jeden z rybaków odprowadził mnie do domu. Przebrałam się, napiłam mocnej herbaty z cytryną. Ale co zrobić, do sklepu iść musiałam.
Przeszłam więc po moście na drugi brzeg. Dochodzę do sklepu, patrzę a pod wejściem stoi ta sama sąsiadka. Widzi mnie, jakbym ducha zobaczyła, żegna się gorączkowo.
Ty nie utonęłaś?! pyta.
A czemu ty pomocy nie zawołałaś? odpowiadam jej też pytaniem.
Pomyślałam, że jak cię ruszę, to razem do wody wpadniemy, a do rybaków i tak nie zdążę dobiec. Jakby ci było pisane utonąć, to byś utonęła. Ale ty jednak nie utonęłaś, widocznie tak miało być.
Brat był u mnie tylko jeden dzień. Nie opowiadałam mu o całym zdarzeniu. Kiedy wyjechał, poszłam po wsi pytać, czy może ktoś wie, do kogo wczoraj przyjechał ten obcy mężczyzna. Wszyscy goście znani, nawet dalekich krewnych się rozpoznaje a tego nikt nie widział, nikt o nim nie słyszał. Dziwnie ubrany był. Ani to płaszcz, ani to peleryna z kapturem.
Pojechałam więc do sąsiedniej wioski, do kościoła postawić świeczkę za cudowne ocalenie. Wchodzę i aż zaniemówiłam. Z obrazu patrzy na mnie ten sam mężczyzna święty Mikołaj. Uklękłam przed ikoną i łzy jak grochy poleciały. Potem długo rozmawiałam z księdzem.
Takie to właśnie cuda się zdarzają. I rzeczywiście, nie chorowałam nawet przez chwilę po tamtym dniu, choć wszyscy się martwili, że wrócę z zapaleniem płuc czy gorączką. Ot, życie! Można wierzyć albo nie każdy ma swój rozum i serce.



