Nie przestawaj wierzyć w szczęście
Kiedyś, w młodzieńczych latach, Elena wpadła na gwarliwy jarmark. Romanka z oczami jak nocna przepaść chwyciła ją za rękę i, nucąc, rzekła:
Ty piękna, zamieszkasz w słonecznej krainie, gdzie powietrze pachnie morzem i winogronami.
Elena wybuchła śmiechem:
Co za bzdury! Nigdy nie opuścię mojego miasta!
Życie toczyło się dalej. Małżeństwo z wielkiej miłości, narodziny córeczki Kasi, plany o drugie dziecko. Lecz zanim wzięła stałą pracę, by nie wypaść z rynku i nie stracić umiejętności, pomyślała: Pracuję pięćsześć lat, a potem mogę się zająć synkiem.
Wszystko poszło gładko, dopóki nie przyjechała delegacja, która wywróciła wszystkie plany do góry nogami. Zadzwoniła do niej sąsiadka, pielęgniarka:
Elu, twojego Sierża przywieziono do szpitala! Karetka zjawiła się pod nieznanym adresem po drugiej stronie ulicy.
No cóż, nigdy nie wiadomo, gdzie wytrącią rodzinne tajemnice.
Powrót do domu przypominał kiepski thriller. Już pierwszego wieczoru Elena ruszyła do szpitala, serce waliło w gardle. Mąż, blady, z bandażem na ręce, unikał jej wzroku.
Skąd cię zabrali? zapytała cicho.
Milczenie mówiło więcej niż słowa. Szybko okazało się, że w tej kamienicy mieszka samotna kobieta, koleżanka męża, której przyjaźń trwa już ponad rok.
Każdy ma swój charakter. Ktoś zamyka oczy, ktoś wywołuje scenę, a potem, trzymając zaciśnięte zęby, podaje zmiennikowi talerz zupy. Elena była z innego ciasta. Nie czekała, aż mąż wyjdzie ze szpitala była po to, by przytulić rannego.
Spakowała stary walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami, wzięła za rękę przestraszoną Kasię i wyszła z ich wspólnego mieszkania, nie odwracając się ani razu.
Zaczynamy nowe życie od czystej kartki, córeczko rzekła, mocno ściskając małą dłoń.
***
Mama przyjęła ich pod swój dach na jakiś czas, potem Elena wzięła rozwód, podzieliła kwadraty z byłym mężem i wzięła kredyt hipoteczny. Żyła na autopilocie, starając się zapewnić sobie i przyszłości córki.
Lata później, wyczerpana pracą i samotnością, Elena poleciała do Włoch, do przytulnego domu przyjaciółki mamy, Oliwii, oddalonego o godzinę jazdy od Rzymu. Długo planowała wyjazd, żałowała groszy na wakacje, ale nagle kupiła bilety już nie dało się dłużej czekać. Liczyła, że włoskie słońce roztopi lód w jej sercu.
Oliwia, słuchając gorzkich wyznań Już nigdy nie nauczę się ufać, Miłość mnie nie istnieje nie wytrzymała. Po cichu zadzwoniła do znajomego, właściciela lokalnej winnicy:
Giovanni, znajdź mi Luca. Pilnie! Powiedz, że mam dla niego narzeczoną.
Elena nie myślała o romansie. Już kładła się spać w miękkim szlafroku, czytając książkę, by odgonić smutne myśli. Za oknem panowała bezgwiezdna, południowa noc.
Nagle zapukał ktoś w drzwi. Po minutę do sypialni wpadła olśniewająca Oliwia:
Elena, wstawaj! Twój narzeczony już przyjechał!
Co za bzdury? roześmiała się Elena, ale przywdziała szlafrok i wyszła do salonu.
Na progu stał on wysoki, z siwym przybranym przy czole, śmiejącymi się oczami. Luca. W ręku trzymał kask, a za plecami, oparty o ścianę domu, stał podniszczony motocykl. Przebył dwadzieścia kilometrów górską wąską drogą pod gwiazdami, by spotkać nieznajomą.
Oliwia mówiła że jesteś rosyjską księżniczką? wymamrotał po łamanej angielsku, akcent brzmiał jak melodia.
Elena, oszołomiona, wyciągnęła rękę na powitanie. Luca objął ją ciepłymi, dużymi dłońmi i nie puścił. Usiedli razem na kanapie, nie rozłączając się. On ledwo mówił po angielsku, ona nie znała ani słowa po włosku, a ich rozmowa złożona z gestów, uśmiechów i spojrzeń była tak intensywna, że Oliwia uśmiechnęła się i odszedła, zostawiając ich w rosnącym cudzie.
Rano Luca odleciał, ponownie siadając na swoim stalowym rumaku. Później Elena dowiedziała się, że jego życie przed tą nocą było serią niepowodzeń dwa małżeństwa, które zostawiły gorycz, brak dzieci, brak domu. Mieszkał w małym mieszkaniu nad garażem brata i prawie przestał wierzyć w szczęście.
Na dziesięć dni przed wyjazdem Elena i Luca uzgodnili wszystko. Wrócę odpowiedziała na jego propozycję. Będziemy razem.
***
Kilka miesięcy w Polsce minęło w szalonym wirze: zwolnienie z pracy, pakowanie, trudne rozmowy z krewnymi, którzy nie rozumieli jej szaleństwa. Telefon codziennie wybuchał od wiadomości.
Moje słońce, co u Ciebie? Tęsknię. Luca
Nasze nowe okno wychodzi na oliwnik. Twój pokój czeka. Twój Luca.
Nie martwiło go nic ani siedmioletnia różnica wieku (Elena była starsza), ani dwunastoletnia córka, którą miał pokochać.
Pewnego popołudnia, siedząc już na tarasie ich nowego domu, oświetlonym słońcem, Elena objęła go ramieniem i zapytała:
Luca, dlaczego od razu w nas uwierzyłeś? Dlaczego się nie przestraszyłeś?
Obrócił się do niej, a w jego oczach mieniło się całe Tycjanie:
Dawno temu stary winiarz powiedział mi, że spotkam kobietę ze wschodu. Kobietę z duszą burzy i sercem szukającym spokoju. Powiedział, że przyniesie mi szczęście, którego nie mogę znaleźć w moich winoroślach. To jesteś Ty, Elena.
I co? szepnęła, czując łzy w oczach. Czy znalazłeś to szczęście?
Luca nie odpowiedział słowami. Przyciągnął ją do siebie i pocałował, jakby był to ich pierwszy i ostatni pocałunek. Następnie, uśmiechając się słoneczną buzią, rzekł:
To Ty mnie sama odnalazłaś! Jestem nieskończenie szczęśliwy.
I życie naprawdę się ułożyło. Znalazła świetną pracę, wzięli kredyt hipoteczny na domek z widokiem na wzgórza. Luca kochał swoją pasierbicę Kasię, która z zapałem uczy się włoskiego. Rano przynosi Elenie do łóżka kawę z cynamonem, wieczorami dom wypełnia zapach makaronu, który gotuje niczym niebiański szef. Jego miłość jest wszędzie w bukietach polnych kwiatów na stole, w delikatnych dotknięciach, w troskliwym spojrzeniu, którym codziennie żegna żonę.
Elena rozkwitła. Nie wierzyła, że tak długo myślała, iż wspólne szczęście nie istnieje. Teraz wie: szczęście nie jest mitem. Przechadza się po świecie, uparta szukając połówki, i kiedy ją znajdzie, łączy ją z taką siłą, że żadne życiowe burze nie są już straszne.



