„Ola, nie trzeba tego wszystkiego. Jestem żonaty i kocham swoją żonę” – powiedział wyuczoną frazę.
Wojciech i Jadwiga spędzili razem dwadzieścia dwa lata. Namiętność nieco przygasła, związek stał się stabilny i spokojny, bardziej przypominający głęboką przyjaźń. Córka studiowała na drugim roku medycyny. Poszła w ślady rodziców. Jakżeby inaczej, skoro od dziecka słyszała tylko rozmowy o chorobach, lekach i skargach pacjentów. Już jako mała dziewczynka uwielbiała przeglądać atlasy anatomiczne.
Poznali się na praktykach w szpitalu. To on pomógł jej pierwszy raz zbadać pacjenta – młodego mężczyznę, który bezczelnie się do niej przymilał. Dwa lata później, tuż przed egzaminami końcowymi, wzięli ślub.
Po studiach trafili do tej samej placówki. Jadwiga do kardiologii, a Wojciech został ortopedą. Tego dnia zdarzyło się rzadkie zbiegi okoliczności – ich dyżury skończyły się o tej samej porze, więc wracali razem do domu.
„Wstąpimy do sklepu? W domu nie ma warzyw na sałatkę”.
„Może odpuścimy dziś sałatkę? Jeden dzień bez niej przeżyjemy. Jestem wykończony. Operacja była trudna” – odparł Wojciech, pewnie prowadząc samochód przez zatłoczone ulice Warszawy.
„Dobrze, ale jutro i tak trzeba będzie zrobić zakupy. Wysadź mnie przy sklepie, a sam jedź do domu” – zaproponowała Jadwiga.
„Aha, a potem będziesz taszczyć ciężkie siatki, a ja będę się czuł winny. Chodźmy razem” – zdecydował i skręcił na parking przed supermarketem.
Wojciech prowadził wózek między półkami, a Jadwiga wkładała do niego produkty.
„Miałem rację” – mruknął, patrząc na przepełniony wózek stojąc w kolejce do kasy.
„Ale za to nie trzeba będzie chodzić do sklepu przez cały tydzień” – odparła, posyłając mu figlarne spojrzenie. „Ojej, zapomniałam chleba!” – dodała i pobiegła po zapomniany produkt.
Wojciech westchnął i zaczął wykładać towary na taśmę. Miejsca było mało, a paczka makaronu spadła na stos produktów poprzedniej klientki.
Kobieta przed nim rzuciła mu pełne wyrzutu spojrzenie. Wojciech przeprosił, podniósł opakowanie i niepewnie je trzymał, nie wiedząc, gdzie je odłożyć.
Kobieta odwróciła się i wpatrywała się w niego intensywnie. Była niemal jego wzrostu, miała brązowe oczy i smutno opadające kąciki ust. Rozjaśnione włosy z odrastającymi ciemnymi korzeniami były niechlujnie spięte gumką. Brązowy płaszcz zwisał luźno na jej wąskich ramionach.
Wojciech uśmiechnął się przepraszająco i odwrócił, wypatrując Jadwigi. *Gdzie się podziała? Nie zdziwię się, jeśli wróci nie tylko z chlebem*. Znów spojrzał na kobietę. *Dlaczego tak na mnie patrzy? Moja pacjentka? Nie pamiętam.*
„Wojtek, to ty?” – nagle zapytała, a w jej oczach błysnęła iskra radości.
„Znamy się? Była pani u mnie na wizycie? Przepraszam, nie przypominam sobie…” – wydukał.
„Więc jednak zostałeś lekarzem, jak marzyłeś?” – spytała. „Jestem Ola. Olga Sokołowska.” – Te same oczy, które przed chwilą błyszczały, znów zgasły.
Wojciech przyjrzał się uważniej. Gdy się przedstawiła, coś znanego przemknęło w jej rysach… Ola… Olga…
„Sokołowska?!” – w końcu przypomniał sobie szkolne boisko, dziewczynę biegnącą przed nim. Ciemne, rozpuszczone włosy falowały za nią. A on wtedy ledwo łapał oddech, zauroczony, ale niezdolny ją dogonić…
„Zmieniłam się bardzo, co?” – zapytała ze smutkiem kobieta, która nazywała się Olgą Sokołowską, ale wcale nie przypominała tamtej dziewczyny. „A ty… dojrzałeś, wyglądasz nawet lepiej niż wtedy.”
Wróciła Jadwiga i spojrzała na nich z ciekawością. Wojciech był tak zdezorientowany, że nawet nie zauważył, co żona przyniosła oprócz chleba. To wcale nie było do niego podobne. Jadwiga rozglądała się, gdzie położyć dodatkowe produkty, ale taśma była już pełna. Wtedy kasjerka nacisnęła przycisk, a taśma ruszyła.
Pierwszy ocknął się Wojciech.
„To moja dawna koleżanka ze szkoły, Olga Sokołowska. A to moja żona, Jadwiga.” – Przedstawił je sobie.
Jadwiga spojrzała na Olgę z zainteresowaniem, ale tamta niegrzecznie odwróciła się w stronę kasy. Kasjerka właśnie kończyła skanować jej zakupy. Olga zapłaciła, wzięła torbę i odeszła w stronę wyjścia, ale nie wyszła – zatrzymała się przy drzwiach.
*Czyżby na mnie czekała? Tego mi tylko brakowało. Dowiedziała się, że jestem lekarzem, i chce się poskarżyć na zdrowie?* Zawsze, gdy ludzie dowiadywali się, kim on i żona pracują, od razu zasypywali ich pytaniami.
„Wojtek, masz kartę?” – oderwała go od myśli Jadwiga.
Wojciech przyłożył kartę do terminala, chwycił ciężkie torby i ruszył w stronę wyjścia. Olga uprzejmie otworzyła przed nim drzwi. *Absurdalna sytuacja. Po co to robi?* – pomyślał, czując się niezręcznie.
Wyszli przed sklep.
„Gdzie mieszkasz?” – zwróciła się Olga do Wojciecha, ignorując jego żonę. „W mieszkaniu rodziców?”
„Nie, w bloku obok. Kupiliśmy celowo, żeby częściej ich odwiedzać. A ty?” – zapytał.
„Ja…” – machnęła ręką w nieokreślonym kierunku. Rozmowa ewidentnie się nie kleiła. „Cieszę się, że cię spotkałam. Może już pójdę?” – Patrzyła na niego, jakby czekała na pozwolenie.
Ale on milczał. Olga odwróciła się i odeszła.
„Była w tobie zakochana?” – spytała Jadwiga, gdy wsiadali do samochodu. „Nigdy mi o niej nie mówiłeś.”
„Nie, to nie ona była we mnie.”
„Serio? A patrzyła na ciebie, jakby wciąż żyła tą miłością” – nalegała Jadwiga.
„To ja byłem w niej zakochany” – przyznał. „Ale wybrała gwiazdę szkolnej drużyny piłkarskiej, Darka Nowaka.”
„Myślę, że kiedy cię zobaczyła, zrozumiała swój błąd. Jestem zazdrosna” – zażartowała półserio Jadwiga.
„Daj spokój. Zrozumiała czy nie, wszystko mi jedno. NieAle minął rok, gdy pewnego dnia, przeglądając lokalne wiadomości, Wojciech natrafił na nekrolog – Olga Sokołowska odeszła w samotności, a jej pogrzeb miał się odbyć następnego dnia w małym kościele na obrzeżach miasta.



