Irena, co ty robisz? Temperatura czterdzieści stopni, a ty zamierzasz jechać na rocznicę u teściowej?
Sylwia chwyciła Irenę za ramiona, próbując odgarnąć ją z kanapy. Irena jednak upierała się, szarpiąc kurtkę, choć ręce drżały tak, że ledwo wsuwała je w rękawy.
Sylwusia, daj spokój! Muszę zdążyć do pracy, raport się pali!
Jaki raport? Stoisz na kołach! Zadzwoń do szefa i powiedz, że jesteś chora!
Nie mogę! Już dwa razy w tym miesiącu brałam zwolnienie lekarskie, zaraz mnie zwolnią!
Sylwia wyciągnęła kurtkę z rąk Ireny i rzuciła ją na fotel.
Siadaj natychmiast! Zaraz wezwę lekarza!
Irena opadła na kanapę. Naprawdę, sił brakowało. Głowa wirowała, wzrok zamglał. Pracowała jako księgowa w małej firmie w Warszawie. Pensja skromna, a stracić pracę nie wchodziło w grę rodzina żyła od wypłaty do wypłaty.
Dzwonię do Andrzeja powiedziała Sylwia, wybierając numer męża Ireny. Niech przyjedzie i zabierze cię do domu.
Nie, on na spotkaniu!
Mam to gdzieś! Żona w stanie krytycznym, a on siedzi na spotkaniu!
Andrzej przyjechał po pół godziny, wziął Irenę do łóżka, wezwał lekarza. Ten przepisał antybiotyki i szczytowy odpoczynek w łóżku.
Tydzień w łóżku. Zero pracy.
Ale ja
Zero ale. Czterdzieści stopni to nie żarty. Zaraz trafisz do szpitala.
Gdy lekarz odszedł, Andrzej usiadł na brzegu łóżka.
Irek, po co to? Powinnaś od razu powiedzieć, że źle się czujesz.
Praca
Praca poczeka. Zdrowie ważniejsze.
Irena zamknęła oczy. Zmęczona po prostu. Praca, dom, gotowanie, sprzątanie wszystko spoczywało na niej. Andrzej pomagał ledwo. Zawsze mówił, że sam w pracy się męczy.
Telefon wibrował. SMS od teściowej Jadwigi Petronelli: Irenko, nie zapomnij, że pojutrze mój roczek. Oczekuję o 14:00. Nie spóźnij się.
Irena westchnęła. Rocznik. Sześćdziesiąt lat. Jadwiga organizowała wielkie przyjęcie w restauracji w Krakowie. Goście, rodzina, przyjaciele, koledzy.
Andrzeju, wiadomość od mamy. Rocznik.
Tak, pojutrze. Pamiętasz?
Pamiętam, ale ja choruję. Nie dam rady pojechać.
Andrzej zmarszczył brwi.
Jak nie dasz rady? To przecież rocznica mojej mamy!
Andrzeju, mam gorączkę! Lekarz mówi tydzień w łóżku!
Za dwa dni spadnie. Weź przeciwgorączkowy i jedziemy.
Andrzeju, naprawdę jestem chora!
Mama się obrazi! Wiesz, jaka ona jest!
Irena znała Jadwigę kobietę dominującą i łatwo obrażającą się, gdy coś nie idzie po jej myśli. Nie darzyła zięcia szczególnie sympatią, uważała, że mógłby znaleźć lepszą żonę.
Niech się obraża. Ja i tak nie dam rady iść.
Irenko, postaraj się! Dla mnie!
Andrzeju, leżę jak umierająca, a ty myślisz o rocznicy!
Nie wyolbrzymiaj! To zwykłe przeziębienie!
Irena odwróciła się w stronę ściany, nie chciała już rozmawiać. Andrzej poszedł do kuchni, słysząc jak dzwoni do teściowej.
Mamo, cześć Tak, pamiętam Słuchaj, mamy problem. Irena jest chora, naprawdę. Nie wiem, czy zdąży przyjechać Mamo, nie krzycz, proszę Rozumiem Dobrze, spróbujemy.
Wrócił z przygnębioną miną.
Mamo mówi, że jeśli nie przyjedziesz, nie będzie chciała cię już widzieć.
Super, właśnie tego mi brakowało.
Irek!
Co, Irek? Jestem chora! A ona już wydaje ultimatum!
Jest rozczarowana. To jej rocznik. Ważny dzień.
Ważny dla niej, a co mnie to obchodzi?
Andrzej usiadł na krześle, dłonie przyciskając twarz.
Wiesz co, zróbmy tak. Pojeżdżę sam, powiem, że jesteś naprawdę chora. Mama to zrozumie.
Nie uwierzy. Pomyśli, że to wymówka.
Niech sobie myśli! Najważniejsze, że zachowasz zdrowie!
Irena spojrzała na męża z wdzięcznością. Przynajmniej ktoś coś zrozumiał.
Następnego dnia temperatura nieco spadła, do trzydziestu ośmiu. Irena wstała, dotarła do kuchni, ugotowała rosół. Sił niewiele, ale przynajmniej nie wirowało w głowie.
Zadzwoniła Sylwia.
Jak?
Lepiej. Gorączka spadła.
Dzięki Bogu! Ja się martwiłam. Jutro nie idziesz do pracy?
Nie, lekarz dał tydzień zwolnienia.
Dobrze. Odpoczywaj.
Sylwusia, jutro rocznik u teściowej.
No i?
Andrzej chce, żebym pojechała.
Z gorączką? On co, szalony?
Mówi, że mama się obrazi.
A ona na twoje zdrowie nie patrzy?
Najwyraźniej tak.
Sylwia chwilę się zamyśliła.
Naprawdę chcesz jechać? Czy zostaniesz w domu?
Zostanę. Nie mam sił. Nie chcę.
Dobrze. Niech jedzie sam.
Teściowa zrobi scenę.
Niech robi. Nie jesteś winna, że zachorowałaś.
Irena zgodziła się, że przyjaciółka ma rację, ale wciąż czuła niepokój. Jadwiga potrafiła wymierzać kary, nie rozmawiać miesiącami, namawiać Andrzeja przeciwko żonie.
Wieczorem Andrzej wrócił z pracy z kwiatami.
Kupiłem. Zawożę mamę jutro.
Ładne.
Irek, naprawdę nie jedziesz?
Na pewno nie. Nie dam rady.
Andrzej westchnął.
Dobrze, powiem mamie, że jesteś chora. Bardzo chora.
Dzięki.
I tak się obrazi. Znam ją.
Następnego ranka gorączka podskoczyła do trzydziestu dziewięciu. Irena wzięła lek przeciwgorączkowy, położyła się z powrotem w łóżku. Nie było sił, by wstać.
Andrzej ubrał się na rocznicę, wypolerował buty.
Jedziemy. Ty sobie radzisz sama?
Dam radę.
Zadzwoń, jak coś. Wezmę telefon.
Dobrze.
Kiedy mąż odjechał, Irena poczuła ulgę. Nie musiała nikogo widzieć, nie musiała udawać uśmiechu. Mogła po prostu leżeć.
Zadzwoniła Sylwia.
Jak w domu?
Andrzej pojechał sam.
Brawo! A teściowa?
Jeszcze nie wiem. Andrzej obiecał wyjaśnić.
Wyjaśni. One wszystkie są takie kochają syna, a zięcie to drugie niższe.
Irena uśmiechnęła się. Sylwia miała rację. Jadwiga kochała syna, a zięcie traktowała jak niechcianego gościa. Krytykowała każdy posiłek, każdy fałsz w sprzątaniu, każdy kurz w mieszkaniu.
Telefon zadzwonił.
Halo? odebrała Irena.
Irenko, to ja, Jadwiga Petronella.
Dzień dobry.
Andrzej powiedział, że jesteś chora i nie przyjedziesz.
Tak, niestety. Mam wysoką temperaturę, lekarz nie pozwala wstać.
Cisza.
Rozumiem. Czyli w dniu mojego sześćdziesięciolecia postanowiłaś zostać w domu?
Jadwigo, jestem naprawdę chora!
Wszyscy chorują, ale na ważne wydarzenia znajdą siłę.
Nie znalazłam.
Czyżbyś się poddała? Wiesz co? Mam już dość udawania, że jesteśmy jedną rodziną. Mam dość twojej kwaśnej miny na rodzinnych przyjęciach.
Irena wstała.
Widać, że nic tu nie ma do zrobienia.
Dokładnie. Nie wracaj.
Irena opuściła mieszkanie, a na schodach nie powstrzymała łzy. Przyszła po pojednaniu, a dostała kolejną porcję trucizny.
W domu opowiedziała Andrzejowi.
Jechałam do twojej mamy, chciałam przeprosić.
I?
Wypędziła mnie.
Pewnie coś nie tak powiedziałaś.
Andrzeju, po prostu przeprosiłam! A ona zaczęła mnie fałszować!
Mama nie potrafi bez powodu oskarżać.
Może! Co innego!
Andrzej milczał.
Wiesz co? Rozwiedźmy się.
Irena zamarła.
Co?
Rozwód. Nie idziemy już razem.
Bo nie pojechałam na rocznicę?
Nie tylko. Po prostu nie szanujesz jej.
Nie szanuję ją?! Andrzeju, ona właśnie mnie wyrzuciła! Nazywa mnie kłamczyną i obłudnikiem!
No cóż, może się na to zasłużyła.
Irena chwyciła torbę.
Nie musimy się rozwodzić. Po prostu wyjadę. Żyj ze swoją mamą, bo ona jest dla ciebie ważniejsza niż żona.
Irenko, nie bądź dramatyczna!
To nie dramat, to świadomość, że pięć lat życia zmarnowałam!
Udała się do Sylwii. Sylwia otworzyła drzwi, wciągnęła płaczącą Irenę i wciągnęła ją do mieszkania.
Co się stało?
Rozwiodłam się z Andrzejem.
Jak?
On chciał rozwodu, a ja się zgodziłam.
Sylwia objęła przyjaciółkę.
Na szczęście! Nie zasługiwał na ciebie.
Przez lata włożyłam w niego serce, troskę!
A on wybrał mamę. To jego wybór.
Irena płakała całą noc. Sylwia parzyła herbatę, pocieszała, obiecywała, że wszystko się ułoży.
Minął tydzień, Andrzej nie dzwonił. Irena mieszkała u Sylwii, chodziła do pracy, wracała wieczorem.
Sylwia kiedyś powiedziała:
Wiesz, Irka, może to wcale nie było złe. Teraz jesteś wolna. Znajdziesz faceta, który cię doceni, a nie będzie słuchał matki co pięć minut.
Teraz nie zależy mi na facetach. Chcę po prostu odpocząć.
Odpoczywaj. Zasłużyłaś.
Pewnego wieczoru zadzwonił Andrzej.
Irenko, musimy pogadać o rozwodzie. Kiedy możemy to załatwić?
Jutro po pracy, w kawiarni.
Spotkali się przy stoliku.
To koniec? zapytała Irena.
Tak. Myślę, że tak będzie lepiej dla wszystkich.
Dla twojej mamy, na pewno.
Andrzej zmarszczył brwi.
Nie.
Co nie? Mówić prawdę? Wybrałeś ją zamiast mnie. To fakt.
Nie wybierałem! Po prostu zrozumiałem, że jesteśmy różni.
Różni. Szanuję rodziców, ale nie pozwalam im rządzić moim życiem. Ty zaś jesteś mamusińskim synkiem.
Andrzej wstał.
Idę. Załatwimy dokumenty przez pełnomocników.
Idź.
Kiedy odszedł, Irena płakała, ale nie ze smutku, a z ulgi. W końcu to się skończyło.
Rozwód został załatwiony szybko, nie było majątku do podziału. Irena wzięła swoje rzeczy, a Andrzej został w mieszkaniu.
Zamieszkała w małym kawalerce, dostała lepszą pracę z wyższą pensją, zaczęła chodzić na siłownię, spotykać się z przyjaciółmi, podróżować.
Sylwia była zachwycona.
Widzisz, jak fajnie ci się układa! Rozkwitasz!
Czuję się o wiele lepiej.
A Andrzej dzwonił?
Nie. I nie potrzebuję.
Po pół roku Irena poznała nowego faceta Aleksandra. Był rozwodnikiem, nie miał dzieci, pracował jako inżynier, mieszkał sam. Spotykali się w kinie, w kawiarni, w teatrze. Aleksander nie gadł co pięć minut o mamie, mówił: Moja mama mieszka w innym mieście, odwiedza nas raz w roku, rozmawiamy przez telefon, ale nie wtrąca się w nasze sprawy.
To dobrze przyznała Irena.
A jak jest z rodzicami? zapytał Aleksander.
W porządku. Szanują mnie, nie mieszają się w codzienność.
Świetnie.
Rok później pobrali się skromnie, tylko najI tak, szczęśliwa i wolna, Irena witała nowy rozdział życia z uśmiechem, filiżanką kawy i pewnym przymrużeniem oka.



