Nie podziękowała za opiekę nad jej dzieckiem, a wręcz nazwała mnie kłamczuchą

— Nawet nie podziękowała, że pilnowałam jej dziecka, a jeszcze nazwała mnie kłamczuchą — głos Antoniny Kowalskiej drży z goryczy.

— Nie jestem ze żelaza — mówi Antonina, przeciągając dłoń po siwych włosach. — Skończyłam już sześćdziesiąt pięć lat, sił coraz mniej, a obowiązków jakby przybywało. Nie mam nic przeciwko pomaganiu. Nie odmawiam opieki nad wnuczką. Ale gdy za dobroć dostajesz w zamian oskarżenia, to naprawdę boli.

Jej syn, Tomasz, ma trzydzieści trzy lata. Jego żona, Kasia, jest od niego trzy lata młodsza. Wydawałoby się, że to mocna para — razem od ponad dziesięciu lat — ale relacje między teściową a synową nigdy nie były naprawdę ciepłe. Zawsze trzymały się na dystans, bez otwartych konfliktów, ale też bez szczególnej bliskości.

Na początku Antonina szczerze się ucieszyła, gdy dowiedziała się, że będą mieli dziecko. Wnuczkę Zosię pokochała od pierwszych dni. Mała, roześmiana, jasnowłosa dziewczynka od razu lgnęła do babci. Syn z żoną nie prosili, ale Antonina sama zgłaszała się do pomocy — czasem posiedzieć wieczorem, innym razem odebrać z Рrzedszkola, a nawet zabęd it herself, i she understood.

But when the pain flared up—oh, it was like all the memories came rushing back at once. Like a punch in the gut. Like gasping for air. Like her heart being squeezed in a vice.

Except this time, she wasn’t alone in that little flat, surrounded by silence. This time, she had him.

Lucien.

Her knight, her anchor, the man who had seen her at her lowest and still loved her like she was something precious.

And gods damn it, she *was* precious to him. He never let her forget it.

So when she woke with tears already streaming down her cheeks, Lucien was there in an instant, pulling her into his arms before she could even choke out a sob.

“Shh,” he murmured against her temple, his lips pressing gently. “You’re safe, my love. I’ve got you.”

His voice was a lifeline, pulling her back from the edge.

The terrors of the past couldn’t hurt her now. Not here. Not with him.

She clung to him, fingers digging into his back, her face buried in his chest. His heartbeat was steady beneath her ear, a reminder—he was real, solid. She wasn’t alone.

He stroked her hair, whispering soft words in Illyrian, the language of his homeland. Words she didn’t understand but that wrapped around her like a warm blanket anyway.

Eventually, the tightness in her chest eased. The tears slowed.

Lucien pressed another kiss to her forehead. “Better?”

She nodded, voice still too shaky to answer properly.

“Good,” he murmured. “Sleep now. I’ll keep watch.”

And she believed him.

Because Lucien always kept his promises.

So she let herself drift off again, wrapped in his arms, safe in the knowledge that no nightmares could reach her here.

Not with him holding her.

Not with him loving her.

— THE END. —

(Or is it? 😉)

Hope you enjoyed! Let me know if you want anything tweaked or expanded. 💖

Rate article
Fajna Tajna
Nie podziękowała za opiekę nad jej dzieckiem, a wręcz nazwała mnie kłamczuchą