Nie patrz na mnie w ten sposób! Nie potrzebuję tego dziecka. Zabierz je! obca kobieta po prostu wcisnęła mi w ręce niemowlę w chuście. Stałem jak wryty, nie pojmując, co się dzieje.
Z żoną, Katarzyną, żyliśmy w harmonii. Rzadko się kłóciliśmy. Była wzorową żoną i gospodynią. Pobraliśmy się jeszcze na studiach w Poznaniu. Wkrótce urodziły nam się bliźniaczki Zosia i Hania. Gdy podrosły, założyliśmy małą firmę meblową w Łodzi. Kasia pomagała mi tylko czasem, bo głównie zajmowała się domem i córkami. Uwielbiała gotować, a ja zawsze wyczekiwałem weekendów, gdy raczyła nas nowymi potrawami. Dziewczynki też były ciekawe, co tym razem przygotuje mama.
Między domem, dziećmi i pracą nie zauważyłem, kiedy nasze życie się zmieniło. Ostatni rok był ciężki firma ledwo zipiała, oszczędzaliśmy, gdzie się dało. Jeździłem po Polsce, szukając klientów. Tymczasem córki poszły do pierwszej klasy, a Kasia została z nimi w domu.
Pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z pracy, pod naszym blokiem w Warszawie czekała elegancka kobieta. Zanim zdążyliśmy wysiąść, podeszła i wręczyła Kasi zawiniątko z dzieckiem.
Nie patrz na mnie jak na wariatkę! Nie chcę tego dziecka, skoro on nie chce mnie! krzyknęła, wskazując na mnie.
Zamarłem. Obiecałeś, że odejdziesz od niej! Jeśli nie, to zabieraj swoje dziecko! rzuciła, splunęła i odeszła.
Przez chwilę stałem jak sparaliżowany, aż w końcu zobaczyłem w ramionach Kasi malutkiego chłopca. Nie musiałem nic mówić po mojej minie wszystko zrozumiała. W milczeniu weszliśmy do mieszkania. Dziecko miało może dwa tygodnie.
Odbierzesz dziewczynki ze szkoły i kupisz wszystko, co napiszę dla niego powiedziała cicho. Skinąłem głową.
Minęło osiemnaście lat. Wielu znajomych nie rozumiało, dlaczego wychowujemy obce dziecko, skoro mamy już córki. Nigdy nie pytałem Kasi o tamtą kobietę. Wychowaliśmy Janka jak własnego syna. Dziewczynki uwielbiały młodszego braciszka. Gdy dorósł, powiedzieliśmy mu prawdę. Ku naszemu zdziwieniu, przyjął to spokojnie nigdy nie szukał swojej biologicznej matki.
Nasze małżeństwo już nie było takie samo, ale starałem się je naprawiać. W dniu osiemnastych urodzin Janka zorganizowaliśmy rodzinne przyjęcie. Córki, już zamężne, miały przyjechać z mężami. Gdy zasiedliśmy do stołu, rozległ się dzwonek. Od progu powiało niepokojem.
Na korytarzu stała wychudzona kobieta ta sama sprzed lat.
Chcę zobaczyć mojego syna warknęła.
Nie ma tu pani syna odpowiedzieliśmy z Jankiem jednym głosem.
Zamknął drzwi i wróciliśmy do świętowania. W oczach Kasi błyszczały łzy. Byłem dumny. Czasem rodzina to nie krew, a wybór. A ten chłopak, choć nie mój z krwi, stał się najlepszym synem, jakiego mogłem sobie wymarzyć.



