**Dziennik – Nie otwieraj**
Jadwiga Nowak stała przy oknie, dłonią przyciśniętą do szyby, patrząc, jak woźny Stanisław zgrabia ostatnie żółte liście. Październik był wyjątkowo deszczowy, a w jej sercu panowała równie szara i przejmująca szarość.
— Mamo, znowu stoisz przy oknie? — do pokoju weszła Magda, córka, już nie pierwszej młodości, pod czterdziestkę. — Herbaty zrobisz?
— Zrobię — odparła Jadwiga, nie odwracając się. — Madziu, a co to u nas w schowku stuka? Wczoraj wieczorem słyszałam, dziś rano znowu.
Magda skrzywiła się, postawiła czajnik na kuchence.
— Pewnie mysz. Albo stare rury. Mamo, nie wymyślaj. Dom z lat sześćdziesiątych, wszystko tu skrzypi i jęczy.
— Nie, to nie mysz. Myszy szeleszczą inaczej, a tu wyraźnie ktoś stuka. Jakby od środka. — Jadwiga odwróciła się do córki. — Może zajrzymy?
— Mamo, przecież wczoraj sprawdzałyśmy! Tam są stare graty, narzędzia taty, słoiki z przetworami. Nic więcej. Po prostu denerwujesz się po szpitalu.
Jadwiga ciężko westchnęła. Miesiąc temu trafiła do szpitala z sercem, a teraz Magda kręci się wokół niej jak kwoka, boi się zostawić samą. Wyprowadziła się od męża, wzięła urlop. A Jadwiga czuła się jak kulą u nogi.
— Madziu, wracaj do domu. Czuję się dobrze. A Tomek za tobą tęskni.
— Tomek sobie poradzi. Ale jeśli coś ci się stanie, sobie tego nie wybaczę — Magda zaparzyła herbatę, podała matce kubek. — Pij, póki gorąca.
Usiadły przy kuchennym stole, gdy nagle znów rozległo się stukanie. Wyraźne, rytmiczne — raz, dwa, trzy, przerwa, i znów raz, dwa, trzy.
— Słyszysz? — Jadwiga chwyciła córkę za rękaw. — Znowu się zaczęło.
Magda zmarszczyła brwi, nasłuchiwała. Stukanie powtórzyło się.
— Chodźmy sprawdzić — zdecydowała, wstając.
Schowek znajdował się za kuchnią, mała, ciemna klitka pełna domowych rupieci. Magda zapaliła światło, rozejrzała się. Półki ze słoikami, stare pudła, skrzynka z narzędziami ojca. Wszystko na miejscu.
— Widzisz? Nikogo tu nie ma — powiedziała matce.
— A to co? — Jadwiga wskazała na głęboką półkę, gdzie stała nieznana szkatułka.
Magda podeszła bliżej. Była staroświecka, z ciemnego drewna, z mosiężnymi okuciami. Na wieku widniały tajemnicze znaki, podobne do pisma.
— Skąd się tu wzięła? — zdziwiła się Magda. — Nie pamiętam takiej.
— Ja też nie. Dziwne… — Jadwiga sięgnęła po szkatułkę, ale córka ją powstrzymała.
— Nie dotykaj. Może sąsiedzi coś podrzucili? Albo administrator? Zapytamy Stanisława, on wie wszystko o tym domu.
Wyszły ze schowka, ale Jadwiga co chwilę oglądała się za siebie. Coś ją niepokoiło. A stukanie ucichło, gdy tylko przekroczyły próg.
Wieczorem Magda zadzwoniła do męża.
— Tomku, jak tam? Zostanę jeszcze kilka dni, mama coś nerwowa. Mówi, że w schowku coś stuka. Znajdujemy tam jakąś dziwną szkatułkę.
— Może do lekarza? — zaproponował Tomek. — Po zawale czasem ludzie mają halucynacje.
— To nie halucynacje. Ja też słyszałam. I szkatułka jest prawdziwa. Jutro spytam woźnego.
— Madziu, a otwierałaś ją?
— Nie, mama nie pozwoliła. I jakoś strach. Piękna, ale upiorna.
— Dobrze robicie. Kto wie, co tam…
Nad ranem Jadwigę obudził stukot. Głośniejszy, natarczywszy. Jakby ktoś domagał się uwagi. Narzuciła szlafrok, wyszła do kuchni. Magda spała jeszcze na kanapie w salonie.
Stukanie narastało. Jadwiga podeszła do drzwi schowka, przytknęła ucho. Dźwięk dochodził właśnie stamtąd, z głębi, z tej półki.
— Kto tam? — szepnęła.
Stukanie ustało. Cisza. A potem — jeden, głośny uderzenie.
Jadwiga odskoczyła, serce waliło jak młot. Pobiegła obudzić córkę.
— Madziu! Wstawaj, szybko!
— Co się stało, mamo? — Magda zerwała się przerażona.
— Tam… w schowku… Odpowiedziało mi!
— Co odpowiedziało?
— Zapytałam, kto tam, a ono stuknęło raz. Jakby odpowiedziało!
Magda przetarła twarz, spojrzała na zegarek. Wpół do siódmej rano.
— Mamo, jesteś pewna?
— Absolutnie. Madziu, może wezwiemy kogoś? Hydraulika? Albo… księdza?
— Księdza? — Magda zdziwiła się. — Przecież nigdy nie byłaś wierząca.
— A teraz zaczynam wierzyć. Jest coś na tym świecie, czego nie rozumiemy.
Po śniadaniu zeszły na dół, szukać Stanisława. Stary woźny zamiatał chodnik, pogwizuje.
— Panie Stanisławie — zawołała Magda. — Możemy na chwilę?
— Oczywiście, pani Magdaleno. Co się stało?
— Nie wie pan, kto mógł podrzucić do naszego schowka szkatułkę? Znajdujemy ją wczoraj, a skąd się wzięła — nie wiemy.
Stanisław odłożył miotłę, spojrzał uważnie.
— Szkatułkę? Jaką szkatułkę?
— Starą, drewnianą, z wzorami — opisała Jadwiga.
Twarz woźnego zmieniła się. Zbladł, oparł się o miotłę.
— Ojej, to nie wróży nic dobrego… Nie otwierałyście jej?
— Nie — odpowiedziała Magda. — Pan coś o niej wie?
— Wiem. Należała do Marii Antoniny, co w czternastym mieszkała. Pamiętają ją?
Jadwiga skinęła głową. Maria Antonina zmarła trzy lata temu, stara panna, całe życie sama. Dziwaczna, sąsiedzi się jej bali.
— No więc — ciągnął Stanisław — gdy umierała, kazała mi: szkatułki nikomu nie oddawać, nie otwierać i zakopać. Mówiła, że zamknięte jest w niej coś, co nie powinno ujrzeć światła.
— I co pan zrobił? — spytała Magda.
— A co? Wziąłem, zaniosłem na cmentarz, zakopałem przy jej grobie. Głęboko, kamieniem przysypałem.Jadwiga zamarła, gdy klucz obrócił się w zamku z cichym, przejmującym zgrzytem, a wieko szkatułki podniosło się samo, odsłaniając bezdenną czerń, w której coś poruszyło się i wyciągnęło w jej stronę chude, kościste palce.



