Nie oddam tego mieszkania
– Po co tu przyjechałaś?
Walentyna stała w drzwiach, nie cofając się ani o krok. Ręce trzymała na framudze, jakby broniła wejścia nie tylko do pokoju, ale i do własnego życia.
– Dzień dobry, pani Walentyno.
– Pytam, po co.
Marianna milczała przez chwilę. Spojrzała na próg, na stary chodniczek przecież to ona go kiedyś kupiła w przejściu podziemnym, niebieski z białą lamówką. Nadal tam leżał, trochę już poszarpany, ale nie wyrzucony.
– Mogę wejść?
Cisza przeciągała się długo. Walentyna w końcu odsunęła się, nie mówiąc nic, i poszła do kuchni. To można już było uznać za zaproszenie.
Marianna zamknęła za sobą drzwi. W przedpokoju pachniało znajomo, ale już nie tak jak dawniej. Kiedyś czuć było papierosy z kurtki Gienka, który zwykle wisiał tu, na lewym haku. Teraz wisiał tylko stary flanelowy szlafrok i wydziergana na drutach czapka.
W kuchni Walentyna już hałasowała czajnikiem, choć widać było, że nie zamierza poczęstować herbatą. Po prostu musiała mieć zajęte ręce.
– Widziałam światło w oknie, powiedziała Marianna. Przechodziłam obok.
– O dziesiątej wieczorem?
– Autobus się spóźnił. Czekałam na przystanku.
Walentyna wstawiła czajnik i odwróciła się. Spojrzała na Mariannę tak, jak się patrzy na kogoś, komu się już od dawna nie ufa, ale jeszcze nie zdążyło się go całkiem przekreślić.
– Rozbieraj się już, powiedziała. Skoro weszłaś.
Marianna powiesiła płaszcz na tym samym lewym haku, pod czapkę. Po chwili zdjęła i przełożyła na prawy.
Usiadły naprzeciwko siebie przy stole. Walentyna nalała herbatę, choć ani nie zaproponowała, ani nie spytała, czy ktoś ma ochotę. Mariannie postawiła kubek, a obok przesunęła cukierniczkę, nie patrząc jej w oczy. Ruchy miała mechaniczne, wypracowane przez lata bo gość przy stole to jednak gość, ciało wie, co robić, nawet jeśli rozum się z tym sobiście nie zgadza.
– Jak się masz? zapytała Marianna.
– Tak jak zwykle. Walentyna objęła kubek rękami. Po staremu.
Marianna patrzyła na jej dłonie. Zwykłe, stare dłonie, z wypukłymi stawami, z plamami od lat. Ale teraz trzymały kubek jakby za mocno na takie po staremu.
– Chciałam porozmawiać, powiedziała Marianna cicho.
– O czym?
– O różnych sprawach.
– O dokumentach?
Marianna zawahała się.
– Nie tylko.
Walentyna upiła łyk herbaty i stuknęła kubkiem o blat. Niby nic, a jednak dużo.
– O dokumenty pytaj u notariusza. Ja już mówiłam, co myślę.
– Wiem.
– To po co powtarzać.
To nie było pytanie, i Marianna nie odpowiedziała jak na pytanie. Spróbowała herbaty. Zbyt gorąca. Odstawiła.
Za oknem siąpił deszcz. Taki typowo jesienny, co nie pada, tylko zawisa w powietrzu. Latarnia na ulicy kiwała się, a cień miarowo przesuwał się po parapecie.
Marianna znała tę kuchnię na pamięć. Wiedziała, że w lewej szufladzie leżą sznurki i zużyte baterie, których Gienek nigdy nie wyrzucał (może jeszcze się przydadzą). Pod zlewem wiadro, które wyciąga sie tylko, gdy cieknie rura, a rura zawsze cieknie na jesień. Za lodówką szpara, tam kiedyś uturlała się moneta i przez pół godziny próbowali ją wydostać linijką Gienek się śmiał, Leszek się śmiał i ona także.
Leszek. Minęły już trzy miesiące.
– Przywiozłam dżem, powiedziała. Z mirabelek. Włożyłam do torby przy drzwiach, nie wiem, czy zauważyłaś.
Walentyna spojrzała w stronę przedpokoju, potem znów na stół.
– Zauważyłam.
– Lubiłaś dżem z mirabelek.
– Lubiłam. Pauza. Lubię.
To jedno przejęzyczenie było bardzo prawdziwe. Jakby Walentyna już sama nie wiedziała, w którym czasie żyje.
Marianna pomyślała, że to rozumie. Sama czasem też zawieszała się na on jest, mówiąc o nim w czasie teraźniejszym, niespodziewanie, i zapadała wtedy taka cisza, że lepiej by było wcale nie zaczynać.
– Słyszałam, miałaś do Tamary do Płocka jechać, odezwała się Marianna.
– Miałam. Jeszcze nie pojechałam.
– Czemu się ociągasz?
– No, Walentyna machnęła ręką. Sprawy.
Marianna wiedziała, że żadnych spraw nie ma obie to wiedziały. Zostało mieszkanie, którego nie chciała zostawiać pustego. Lęk, że odjedzie i wróci do niczego. Może lęk, że Tamara zacznie się nią opiekować, a ona nie umiała, gdy się nad nią litowano.
– Pani Walentyno, głos Marianny był niższy, poważniejszy. Nie o papiery przyjechałam. Naprawdę.
– Naprawdę, powtórzyła Walentyna, i trudno było rozpoznać, czy wierzy, czy tylko powtarza.
– Rozumiem, że masz do mnie żal.
– Nie mam żalu.
– Dobrze.
– Ja po prostu nie rozumiem, w głosie Walentyny zabrzmiało coś rzadkiego, akcent, który wylał się pomimo woli. Nie rozumiem, jak tak można. Minęło pół roku. Ty już idziesz dalej, a ja tu stoję.
Marianna nie próbowała wyjaśniać. Siedziała cicho.
– Widziałam cię, ciągnęła Walentyna. Sąsiadka Lidka widziała, powiedziała mi. Byłaś z kimś w kawiarni, w sierpniu. Na Zielonej.
– To kolega z pracy. Mieliśmy projekt.
– Kolega, powtórzyła.
– Tak.
Walentyna podeszła do okna. Stała tyłem, patrzyła na deszcz i latarnię.
– Leszek cię kochał, powiedziała bez odwracania. Bardzo. Może bardziej, niż myślałaś.
– Wiedziałam.
– Nie jestem tego taka pewna.
Marianna ścisnęła kubek. Wewnątrz coś w niej zakołysało się jak ten cień od latarni. Poczuła, że powie coś niepotrzebnego, jeśli nie zamilknie na chwilę. Więc zamilkła.
– Nie mówię, że jesteś zła, powiedziała Walentyna, nadal patrząc przez okno. Ja tak nie uważam. Uważam, że jesteś młoda masz czterdzieści dwa lata, całe życie przed tobą. Ja mam sześćdziesiąt osiem i miałam syna. Jednego syna.
– Wiem.
– Teraz go nie ma. A ty przyszłaś z dżemem.
Brzmiało to ostro, ale zarazem boleśnie prawdziwie. Marianna poczuła wdzięczność za tę prawdę, choć wymówić by to trudno.
– Nie umiem inaczej, powiedziała. Muszę coś przynieść. Przyjść z pustymi rękami byłoby jeszcze trudniej.
Walentyna się odwróciła. Spojrzała na nią uważnie.
– Płakałaś, zanim weszłaś?
– Trochę.
– Na klatce?
– Tak.
W twarzy Walentyny coś drgnęło, prawie niedostrzegalnie. Wróciła do stołu, usiadła.
– Ale jesteśmy głupie, powiedziała.
To po raz pierwszy zabrzmiało zupełnie szczerze, bez podtekstów.
Milczały. Deszcz za oknem przybrał na sile.
– Powiedz mi, poprosiła Marianna, co dokładnie cię zabolało przy tym testamencie? Bez pośredników powiedz sama.
Walentyna spojrzała na nią z lekkim zaskoczeniem chyba nie spodziewała się, że ktoś poprosi, by sama to wyraziła, zamiast powtarzać wyjaśnienia z kancelarii.
– Tamta kawalerka, zaczęła. Jego własne mieszkanie, które mu z ojcem, z Karolem prawie osiem lat składaliśmy. Leszek był młody, chcieliśmy, żeby miał swoje. I tam mieszkał, i ty mieszkałaś. Nie mówię, że to źle. Ale to było jego, a teraz według papierów…
– Według papierów przypada mi, dokończyła Marianna.
– Nie byliście po ślubie.
– Sześć lat razem.
– Wiem. Walentyna splatała dłonie na stole. Ale wydaje mi się… że on chciałby, żebym miała w tym udział. Żeby mnie tak nie zostawić.
– On sam to spisał, pani Walentyno. Swoim rękiem.
– Wiem. przerwała. Może dobrze spisał. Już nie wiem. Na początku byłam bardzo zła. Teraz nie jestem. Tylko nie rozumiem.
– Czego nie rozumiesz?
– Czemu ją trzymasz. Przecież podobno mówiłaś Lidce, że może się wyprowadzisz że to za dużo na jedną osobę. To po co?
Marianna spojrzała na nią.
– Tak mówiłam, w lipcu, kiedy było najgorzej. Naprawdę nie wiem jeszcze, co zrobię.
– Jeśli sprzedasz, zaczęła Walentyna.
– Nie mam takich planów.
– Jeśli jednak… uparła się. Powiadomisz mnie pierwszą? Nie obcych, tylko mnie?
W tym momencie Marianna zrozumiała. Nie chodziło o metry i pieniądze, tylko o to, by nie zostać całkiem obcą. By jeszcze być połączoną przez to mieszkanie i syna, choćby ostatnią nitką.
– Powiem ci pierwszej, przyrzekła Marianna.
Walentyna kiwnęła głową, jednym ruchem. Dolała sobie herbaty.
– Jadłaś dziś coś? spytała.
– Rano.
– Rano… Wstała i otworzyła lodówkę. Wczoraj gotowałam zupę. Z makaronem. Chcesz?
– Chcę.
Gdy Walentyna grzała zupę, Marianna patrzyła na jej plecy. Myślała, że w innym życiu, gdyby wszystko potoczyło się inaczej, byłyby inne. Może pojechałyby razem na działkę, świętowały imieniny, dzwoniły do siebie bez okazji. A może i nie… Może nawet wtedy byłyby sobie dalekie za różne, by być bliskimi, ale nie dość, żeby być obcymi.
Zupa była dobra. Prosta, z marchewką, pietruszką, makaronem i koperkiem. Taka, której nie robi się dla gości, tylko dla siebie.
– Smaczna, powiedziała Marianna.
– Nie przesadzaj.
– Naprawdę dobra.
Walentyna jadła w milczeniu. Dopiero gdy kończyła, odezwała się bez patrzenia, cicho.
– On ciebie szukał w szpitalu. Wiesz?
Marianna przystanęła z łyżką.
– Co?
– W kwietniu wyjechałaś, mówiłaś, że na konferencję. On trafił na badania, byłam u niego i pytał, kiedy wrócisz. Mówiłam, że nie wiem. On odpowiadał: miała dziś… jutro… pojutrze…
Marianna odłożyła łyżkę.
– Wróciłam dzień po tym, jak się dowiedziałam.
– Wiem. Walentyna spojrzała na nią. Nie mam pretensji. Po prostu mówię.
– Po co to mówisz?
– Nie wiem. Żebyś wiedziała. Że ktoś jeszcze wie, poza mną.
To było uczciwe. Marianna poczuła w gardle suchość, choć przed chwilą piła herbatę. Sięgnęła po kubek herbatę już wystygła.
– On mi nie mówił, że się boi, powiedziała cicho. Myślałam, że przy mnie czuje się gorzej, że lepiej mu samemu.
– Nie lubił, jak go żałowano.
– Właśnie. Sądziłam, że tak jest dobrze.
– Może i dobrze. Może nie. Kto to dziś wie.
Kto to dziś wie zawisło w powietrzu i nie odeszło.
Marianna zaczęła zmywać naczynia, choć Walentyna nie prosiła. Stały razem przy zlewie, Walentyna zmywała, Marianna wycierała i to ich zajęcie było tak zwyczajne, że pewnie obie myślały to samo, choć żadna nie powiedziała tego na głos.
Wtedy Walentyna przyniosła ze spiżarki herbatniki. Te, które zostają na dnie paczki, już trochę pokruszone, ze sklepu Społem na rogu.
– Lidka mówi, że powinnam się zapisać na jakiś kółko. Emerytki malują tam akwarelą raz w tygodniu.
– A chciałabyś?
– Sama nie wiem. Śmiesznie trochę.
– Czemu śmiesznie?
– W moim wieku…
– W twoim to właśnie pora, powiedziała Marianna szczerze.
Walentyna spojrzała z ironią.
– Brzmisz jak pracownik opieki społecznej.
– A ty jakbyś miała sto lat.
– Tylko sześćdziesiąt osiem.
– To nie to samo.
Walentyna odgryzła kawałek ciasteczka.
– Całe życie miałam zajęte. Karol, Leszek, potem praca, potem miały być wnuki, nie udało się. Nigdy nie robiłam tak po prostu. Malowanie to takie właśnie tak po prostu.
– Może trzeba się nauczyć.
– Łatwo mówić.
– Trudno odpowiedziała Marianna. Mnie też.
– Ty też zapiszesz się na kółko?
– Nie, ale i mnie ciężko. Mam pracę, koleżanki, wszystko poukładane, a wieczorem siadam i nie wiem, co ze sobą zrobić. Siedzę i myślę, że Leszek zaraz wejdzie i powie coś głupiego, a wtedy wszystko wracało na właściwe miejsce.
Cisza.
– On potrafił gadać głupoty, powiedziała Walentyna.
– Potrafił.
– Wraca z pracy i rzuca: Mamo, myślałem kiedyś, że susły to są małe susły. Co za susły? Skąd on to wziął?
– Mówił mi kiedyś, że słoń po mongolsku to zaan i to brzmi śmiesznie, jakby był zadufany.
Walentyna zaśmiała się. Krótko, zaskoczona, jak ktoś, kto nie spodziewał się śmiechu w takiej chwili.
– No patrz. Skąd on to wszystko brał.
– Dużo czytał.
– Od piątego roku z książką Nie mogłam go oderwać od stołu.
– Raz pokazywał mi zdjęcie: siedzi na werandzie, osiem lat, książka, wszyscy wokół bawią się piłką.
– Pamiętam tamtą działkę Karol kopał grządki od rana do nocy, a Leszek siedział i czytał. Myślałam: co za dziecko, a potem się poddałam.
– Co wtedy czytał?
– O kapitanach, o morzu. Morza nigdy nie widział, pierwszy raz w wieku szesnastu lat. Stał nad brzegiem długo, Karol pyta: i jak ci się podoba? Leszek mówi: inne. Inaczej je sobie wyobrażał. Na zdjęciach wydawało się większe.
Marianna uśmiechnęła się. Słyszała inną wersję tej historii od Leszka ciekawe, która była prawdziwa, a która już tylko legendą domową.
– Dużo opowiadał o Karolu, powiedziała Marianna. Tęsknił za nim.
Karol, Karol Semeniuk, umarł sześć lat temu, zanim Leszek poznał Mariannę. Nigdy się nie spotkali.
– Tak, przyznała Walentyna zwyczajnie. Tęsknił.
– Ty też tęsknisz?
– Codziennie. Brzmiało to spokojnie, bez goryczy. Przyzwyczaiłam się, ale tęsknię. To nie sprzeczność.
– Nie, nie sprzeczność, zgodziła się Marianna.
Zapadła cisza.
– Opowiedz mi o nim, poprosiła Marianna. O małym Leszku. On nie lubił wspominać dzieciństwa.
Walentyna spojrzała na nią.
– Po co ci to?
– Chcę wiedzieć, póki jest kto może opowiadać.
To zabrzmiało twardo, Marianna poczuła to, ale nie cofnęła słów.
Walentyna milczała, potem wstała i wyszła do pokoju. Marianna słyszała jak przesuwa coś w szafie. Po chwili wróciła z kartonem z górnej półki.
– Jego rzeczy, powiedziała cicho. We wrześniu przeglądałam. Część rozdałam, część została.
Otworzyła pudełko. Stare zeszyty, zabawki, rysunki. Marianna ostrożnie wzięła jeden zeszyt i otworzyła. Dziecięce pismo koślawe, staranne, Leszek Semeniuk, II klasa.
– O Boże, szepnęła.
– No właśnie, przytaknęła Walentyna. To mówię za każdym razem.
Siedziały razem, wertując zeszyty. Walentyna opowiadała, Marianna słuchała. O tym, jak sześciolatek chciał stanąć na głowie i chodził potem przez tydzień z guzkiem. Jak przyprowadził kota, który najpierw nie spodobał się ojcu, potem już tak i po dwóch latach tak po prostu wyszedł z domu, a Leszek powiedział, że ma prawo żyć po swojemu. Jak w czternastym roku życia zadeklarował, że zostanie programistą, bo wtedy można chodzić po domu w kapciach.
– No i chodził, odparła Marianna.
– Obietnic dotrzymywał.
Było już prawie północ, gdy Marianna spojrzała na zegarek.
– Powinnam iść, ostatni autobus za chwilę.
– Zostań na noc, rzuciła nagle Walentyna. Szybko, sama jakby się zdziwiła. Kanapa w pokoju, zaraz pościelę.
– To kłopot.
– Dla kogo?
Marianna spojrzała Walentyna patrzyła w bok, jakby sama do siebie mówiła.
– Dobrze, zgodziła się Marianna. Dziękuję.
Kiedy Walentyna ścieliła łóżko, Marianna umyła kubki. Zatrzymała się na chwilę przy oknie, patrząc w ciemność żółte światło kuchni i własny cień w szkle. Jeszcze trzy miesiące temu nie wyobraziłaby sobie tego wieczoru: tej zupy, tych wspomnień, tego zostań.
Myślała o tym, że w relacjach po stracie są takie rzeczy, których nie załatwi żaden notariusz, które trzeba jedynie przetrwać przyjść, usiąść, przynieść słoik dżemu albo nic i poczekać, aż powoli coś się przesunie.
Nie wiedziała, czy się przesunie. Ale dziś czuła, że jednak coś się wydarzyło.
Pokój był ten sam, na kanapie spała już parę razy, kiedy przyjeżdżała tu z Leszkiem. Kanapa z tej samej strony wgłębiona, koc w brązową kratę, choć bardziej pasowałby terrakotowy. Marianna położyła się i patrzyła w sufit.
Na półkach książki, w większości Karola, z wyblakłymi grzbietami. Cichy Don, Złote cielę, coś z historii, a między nimi cienka, niepasująca. Marianna sięgnęła Listy znikąd, autor nieznany. Otworzyła dedykacja, Leszkowe pismo: Mamie na urodziny. Czytaj powoli. Kocham.
Zamknęła książkę. Odstawiła na półkę. Patrzyła na nią w półmroku.
Za ścianą było cicho, tylko Walentyna krzątała się po domu, skrzypiała podłoga, otwierał się kran. Życie toczyło się dalej zwykłe życie, które się nie kończy, mimo wszystko.
Rano Walentyna gotowała owsiankę. Marianna weszła do kuchni, usiadła przy stole, a Walentyna podstawiła jej miskę i szklankę soku pomarańczowego, jakiego dawno nie piła. Za oknem mokry październik, szare niebo i łyse gałęzie.
– O której do pracy? spytała Walentyna.
– Na dziesiątą. Zdążę.
– Tylko trzy przystanki metrem, pamiętam.
– Pamiętasz? Marianna była zaskoczona.
– Leszek mówił, ucięła krótko.
Owsianka była słona i z masłem, jakiej od lat nie jadła. Kiedyś w dzieciństwie jej mama gotowała taką samą. Od tamtej pory zawsze robiono jej słodko.
– Chcę ci coś pokazać, Walentyna przyniosła kopertę. Znalazłam przy porządkach. To od niego, z czasów wojska. W wojsku Leszek nie był, ale mieli przysposobienie w technikum, i stamtąd pisał.
Wyjęła list, dała Mariannie. Trzy strony ręcznie, drobnym, starym pismem. Marianna czytała powoli, tak jak z książki na półce.
Leszek pisał o mgle za oknem baraku, o starym topoli, i że dobrze, gdy jest coś niezmiennego. O tym, że tęskni do domowych pierogów. O ciszy w swoim pokoju.
To był inny Leszek. Młodszy, miękki, jakby jeszcze się nie ukształtował.
– Mogę sobie skserować albo zrobić zdjęcie? Dla siebie.
Walentyna patrzyła na nią.
– Weź dla siebie. Na zawsze. Mi nie jest już potrzebne.
– Nie, to twoje.
– Marianna, po raz pierwszy tego wieczoru padło jej imię. Weź.
Marianna schowała list do koperty, wsunęła do torby. Miała wrażenie, że powinna coś powiedzieć, ale nie znalazła słów i już nie szukała.
Zmywały razem. Walentyna myła, Marianna wycierała teraz jednak robiły to wspólnie, naprawdę.
– Powinnaś pojechać do Tamary, powiedziała Marianna. Kawalerka nie ucieknie, a Tamara czeka.
– Zadzwoniła w zeszłym tygodniu. Mówi, że się na mnie obraża.
– No to jeźdź.
– Zobaczymy.
– Pani Walentyno…
– Zobaczymy, powiedziałam.
Marianna odwiesiła ręcznik.
– Mogę przychodzić, rzuciła cicho. Nie często. Ale czasem.
Walentyna długo nie odpowiadała, trzymała ręcznik, patrząc w zlew.
– Przyjdź, powiedziała wreszcie. Ugotuję zupę.
– Z makaronem?
– Chcesz z kaszą?
– Makaronowa najlepsza.
– To się zgadzamy.
Marianna się ubrała. Walentyna odprowadziła ją do drzwi. W przedpokoju Marianna założyła płaszcz, wzięła torbę, spojrzała raz jeszcze.
– Dziękuję za noc.
– Już idź. Spóźnisz się do pracy.
Już łapała za klamkę, gdy przystanęła.
– Ta książka, którą Leszek ci podarował, na półce. Czytałaś?
– Zaczęłam. Pauza. Wolno czytam.
– Napisał czytaj powoli.
– Widziałam. milczała chwilę. Znał mnie.
Marianna kiwnęła głową. Otworzyła drzwi.
– Do widzenia.
– Do widzenia, odpowiedziała Walentyna.
Drzwi zamknęły się. Marianna chwilę stała na korytarzu, usłyszała szczęk zamka nie od razu, z opóźnieniem. Jakby Walentyna jeszcze stała za drzwiami i czekała.
Na klatce woniało wilgocią i farbą. Lampka na drugim piętrze mrugała, ale nie gasła. Marianna powoli schodziła po schodach, trzymając się poręczy.
Na dworze ten sam szary październik. Ludzie szli do pracy. Ktoś trąbił na ulicy, gołębie szurały chodnikiem. Wszystko zwyczajne, wszystko znajome a jednak zupełnie inne niż to, co działo się w nocy. Wszystko, a zarazem nic wspólnego.
Marianna szła do metra i myślała: pogodzić się to nie chwila, po której wszystko się zmienia. To nie decyzja, to może właśnie zupa, zeszyty, noc na cudzej kanapie, ręcznik w rękach, list w kopercie na dnie torby.
Nie wiedziała, co będzie dalej ani jak to nazwać. Nie teściowa i nie synowa, nie znajome, nie przyjaciółki coś, co trzyma się na wspólnej pamięci i tym, że obie kochały tego samego człowieka, każda po swojemu. Nie powód, żeby być blisko, ale i nie, by całkiem się oddalić.
W torbie miała kopertę z listem. Postanowiła nie czytać jej do wieczora. W domu, przy świetle.
Weszła do metra. Drzwi wagonu otwarły się i zamknęły. Pociąg ruszył.
Na kilka przystanków przed swoim wyjąćła telefon i napisała do Walentyny na komunikatorze: Dojechałam bez problemów. Dziękuję za owsiankę.
Odpowiedź przyszła po dwudziestu minutach już gdy była w pracy, w szatni, myśląc o naradzie.
Proszę. Dżem włożyłam do szafki.
Marianna przeczytała. Schowała telefon. Zdjęła płaszcz.
Na korytarzu ktoś śmiał się głośno tak po niczym. Za oknem biura kawałek nieba, jasnoszary, prawie biały. Marianna pomyślała, że może wieczorem wypogodzi się. A może nie. Październik jest nieprzewidywalny.
Poszła na naradę.
W piątkowy wieczór, trzy dni później, zadzwoniła Walentyna. Marianna akurat grzała kolację i odebrała dopiero za trzecim razem.
– Jadę do Tamary powiedziała Walentyna bez przywitania. W sobotę rano.
– Dobrze, Marianna.
– Na dziesięć dni.
– Dobrze.
Cisza.
– Nie masz nic przeciwko, że zadzwoniłam?
– Nie. Cieszę się.
– No. Chwila milczenia. To dobrze.
– Pozdrów Tamarę.
– Przekażę. Jeszcze moment. Marianno…
– Tak?
– Na półce, w pokoju, w którym spałaś. Weź tę książkę następnym razem. Była Leszka, niech będzie twoja.
Marianna stała przy kuchence z łyżką. Zupa już prawie kipiała, musiała zmniejszyć ogień.
– Dobrze, powiedziała. Wezmę.
– To do zobaczenia. Idę się pakować.
– Szerokiej drogi.
– Dziękuję.
Rozmowa urwała się, jak kończą tylko te osoby, które nie muszą już zapełniać ciszy.
– Do widzenia, odezwała się Walentyna.
– Do widzenia.
Marianna pogłośniła cichutko gaz. Odstawiła łyżkę. Spojrzała za okno, gdzie już ciemno, latarnie świecą.
Gdzieś w Płocku czekała Tamara i pewnie już coś piekła. Na półce stała książka z napisem czytaj powoli i kocham. W szafce kuchennej u Walentyny stał słoik dżemu z mirabelek.
Może to właśnie jest to, co zostaje. Nie metry i nie dokumenty. Dżem w cudzej szafce, list w kopercie, przypadkowe słowo wypowiedziane nie w porę, a jednak dziwnie celnie.
Marianna pomieszała zupę i pomyślała, że czasem nie trzeba więcej.



