Poznałam chłopaka na urodzinach koleżanki. Okazało się, że to znajomy jej chłopaka. Chyba wpadliśmy sobie w oko, bo zaprosił mnie na miasto.
Gdy się spotkaliśmy, oznajmił mi, że najpierw musimy skoczyć do Biedronki po jakieś zakupy, a potem pójdziemy do kumpla na mieszkanie. Na dworze pizgało jak w Kieleckiem, a on nie zaproponował nawet zwykłej kawiarni czy kina, więc uznałam: raz się żyje, niech będzie.
Stwierdził, że bierzemy pizzę i parę drobiazgów. Weszliśmy do sklepu, łapiemy wózek i ruszamy. On wrzuca do środka: drogą brandy, paczkę porządnych kabanosów, ser żółty, ananasy i inne smakołyki
Trochę mnie zamurowało, więc dla przyzwoitości dorzuciłam mandarynki i ciastka niezbyt zasobny portfel miałam, bo przecież szłam na randkę, a nie na doroczne zapasy.
Pomyślałam sobie: no proszę, chłopak z gestem, jednak będą dogadzali!
Dochodzi do kasy, kolejka pięć osób przed nami. On nagle rzuca: Zaraz wracam! i znika między regałami. Zdezorientowana zostałam z wózkiem. Gdy przyszła moja kolej, szybko wyjęłam tylko mandarynki i ciastka, resztę zostawiłam, bo nawet ZUS tyle nie wypłaca.
Idę do wyjścia, a on chytrze pod sklepem czeka. Bierze reklamówkę, waży w ręku, marszczy brwi i pyta zdezorientowany: A gdzie reszta?
Wskazałam panu kierunek dokładnie do sklepu, z którego wyszliśmy. Wtedy się rozkręcił: nawrzucał mi, że skąpa, że mogłam wszystko zapłacić, że zmarnował czas…
Na szczęście wiedziałam już, że z tego randkowania chleba nie będzie.



