— Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem Nikita miał czternaście lat i cały świat był przeciwko niemu. A raczej — nie chciał go zrozumieć. — Znowu ten łobuz! — mruczała ciotka Krysia z trzeciej klatki, pośpiesznie przechodząc na drugą stronę podwórka. — Wychowuje go tylko matka. I oto efekty! A Nikita szedł dalej, z rękami w kieszeniach podartych dżinsów, udając, że nie słyszy. Chociaż słyszał. Mama pracowała — znów do późna. Na kuchennym stole karteczka: „Kotlety są w lodówce, podgrzej sobie.” I cisza. Zawsze cisza. Tego dnia wracał ze szkoły, gdzie kolejny raz miał „poważną rozmowę” o swoim zachowaniu. Jakby nie rozumiał, że stał się dla wszystkich problemem. Rozumiał. Ale co z tego? — Hej, chłopcze! — zawołał do niego pan Wiesiek, sąsiad z parteru. — Widziałeś tu kulawego psa? Trzeba by go przegonić. Nikita przystanął. Spojrzał uważnie. Obok śmietnika rzeczywiście leżał pies. Nie szczeniak — dorosły, rudy z białymi plamami. Leżał nieruchomo, tylko oczy uważnie śledziły ludzi. Mądre oczy. I smutne. — Przegoni ktoś tego psa w końcu! — przytaknęła ciotka Krysia. — Chory pewnie! Nikita podszedł bliżej. Pies nie poruszył się nawet, tylko słabo machnął ogonem. Na tylnej łapie — rozdarta rana, zaschnięta krew. — Na co stanąłeś? — zirytował się pan Wiesiek. — Weź kij i przegoń go! Wtedy coś w Nikicie pękło. — Spróbujcie go ruszyć! — rzucił ostro, zasłaniając psa swoim ciałem. — Przecież nikomu nie szkodzi! — Ależ obrońca… — zdziwił się pan Wiesiek. — I będę go bronił! — Nikita przykucnął przy psie, ostrożnie wyciągnął rękę. Pies powąchał palce i delikatnie je polizał. Coś ciepłego zalało chłopca w środku. Po raz pierwszy od dawna ktoś był dla niego dobry. — Chodź — szepnął do psa. — Chodź ze mną. W domu Nikita zrobił psu legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Mama była w pracy do wieczora — nikt nie będzie krzyczał ani wyganiał „zarazy”. Rana wyglądała źle. Nikita usiadł do internetu, czytał artykuły o pierwszej pomocy dla zwierząt, marszczył się na medyczne terminy, ale uporczywie zapamiętywał każde słowo. — Trzeba przemyć wodą utlenioną — mruczał, grzebiąc w apteczce. — Potem brzegi jodyną, tylko delikatnie, żeby nie bolało. Pies leżał spokojnie, ufnie podawał łapę. Patrzył na Nikitę z wdzięcznością — tak, jak dawno nikt na niego nie patrzył. — Jak się nazywasz, co? — Nikita delikatnie bandażował łapę. — Rudy jesteś. Nazwę cię Rudy. Pies zaszczekał cicho — jakby się zgadzał. Wieczorem przyszła mama. Nikita spodziewał się awantury, ale mama tylko obejrzała Rudego, dotknęła bandaż. — Sam opatrzyłeś? — spytała cicho. — Sam. Poczytałem w internecie jak trzeba. — Czym go nakarmisz? — Coś wymyślę. Mama długo patrzyła na syna. Potem — na psa, który z ufnością lizał jej rękę. — Jutro idziemy do weterynarza — zdecydowała. — Zobaczymy, co z łapą. A imię już wymyśliłeś? — Rudy — odparł rozpromieniony Nikita. Po raz pierwszy od miesięcy nie było między nimi ściany niezrozumienia. Rano Nikita obudził się godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, popiskiwał z bólu. — Leż, leż — uspokoił go chłopiec. — Zaraz przyniosę wodę, dam coś do jedzenia. W domu nie było psiej karmy. Oddał ostatniego kotleta, namoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale ostrożnie, wylizując każdą okruszynę. W szkole Nikita po raz pierwszy od dawna nie kłócił się z nauczycielami. Myślał tylko o jednym — jak się czuje Rudy? Czy go nie boli? Czy nie tęskni? — Dziś jesteś jakiś inny — zdziwiła się wychowawczyni. Nikita tylko wzruszył ramionami. Opowiadać nie chciał — będą się śmiać. Po szkole biegł do domu, ignorując niezadowolone spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym skomleniem — już mógł stać na trzech łapach. — No, przyjacielu, na spacer chcesz? — Nikita zrobił ze sznurka prowizoryczną smycz. — Tylko ostrożnie, oszczędzaj łapę. Na podwórku działo się coś niesamowitego. Ciotka Krysia, widząc ich razem, prawie zakrztusiła się ziarnami słonecznika: — On go naprawdę do domu wziął! Nikita, zwariowałeś?! — A co w tym dziwnego? — odparł spokojnie chłopiec. — Leczę go. Wkrótce wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — A pieniądze na leki skąd masz? Kradniesz matce? Nikita zacisnął pięści, ale się powstrzymał. Rudy przytulił się do jego nogi — jakby czuł napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje. Zbierałem z szkolnych śniadań — odpowiedział cicho. Pan Wiesiek pokręcił głową: — Wiesz, chłopcze, że wziąłeś prawdziwą istotę do domu? To nie zabawka. Trzeba go karmić, leczyć, wychodzić na spacery. Każdy dzień zaczynał się teraz od spaceru. Rudy szybko dochodził do siebie, już potrafił biegać, choć jeszcze lekko utykał. Nikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Dobry pies! Daj łapę! Właśnie tak! Sąsiedzi obserwowali z daleka. Jedni kręcili głowami, inni się uśmiechali. Nikita nie zwracał uwagi na nic, tylko na oddane oczy Rudego. Zmieniał się. Nie od razu — powoli. Przestał pyskować, zaczął sprzątać w domu, nawet ocen się poprawiły. Miał cel. I to był dopiero początek. Po trzech tygodniach wydarzyło się to, czego Nikita najbardziej się bał. Wychodził właśnie z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła banda bezdomnych psów. Pięć albo sześć rzezimieszków — głodnych, z błyszczącymi oczami. Lider, ogromny czarny pies, wyszczerzył kły i ruszył w ich stronę. Rudy instynktownie schował się za plecami Nikity. Łapa nadal bolała — uciekać nie potrafił. A tamci wyczuli słabość. — Wracaj! — krzyknął Nikita, machając smyczą. — Odejdźcie! Ale banda nie odchodziła. Otaczała ich coraz szczelniej. Czarny lider warczał coraz głośniej, szykując się do ataku. — Nikita! — z góry rozległ się kobiecy krzyk. — Uciekaj! Zostaw psa i biegnij! To była ciotka Krysia, która wyglądała przez okno. Za nią pojawiło się kilka kolejnych sąsiedzkich twarzy. — Nie wygłupiaj się! — krzyczał pan Wiesiek. — Przecież on utyka, i tak nie ucieknie! Nikita spojrzał na Rudego. Ten drżał, ale nie uciekł. Przytulił się do nogi opiekuna, gotowy dzielić każdą dolę. Czarny pies skoczył jako pierwszy. Nikita instynktownie zasłonił się rękoma, ale uderzenie trafiło w ramię. Ostre kły rozerwały kurtkę, przebiły skórę. A Rudy, mimo chorej łapy, mimo strachu — rzucił się bronić opiekuna. Wrzasnął zębami w nogę lidera, uczepił się jej całym ciałem. Rozegrała się walka. Nikita odpychał napastników rękami, nogami, próbował osłaniać Rudego przed kłami. Sam dostawał ugryzienia, zadrapania, ale nie wycofał się ani o krok. — Matko Boska, co się tu dzieje! — lamentowała z góry ciotka Krysia. — Wiesiek, zrób coś! Pan Wiesiek zbiegał ze schodów, chwytał kij, metalowy drut — co pod ręką. — Trzymaj się, chłopcze! — krzyczał. — Pomogę! Nikita już opadał z sił pod naporem bandy, gdy usłyszał znajomy głos: — A spadać! To była mama. Wyskoczyła z klatki z wiadrem wody, ochlapała psy. Dzika banda odskoczyła, warcząc. — Wiesiek, pomóż! — zawołała. Pan Wiesiek podbiegł z kijem, inni sąsiedzi zeszli z pięter. Banda bezdomnych psów zrozumiała, że nie wygra, rzuciła się do ucieczki. Nikita leżał na asfalcie, przyciskając do siebie Rudego. Oboje we krwi, oboje drżeli. Ale żyli. Cało. — Synku — mama uklękła obok, ostrożnie oglądała rany. — Ale mnie przestraszyłeś… — Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Ciotka Krysia zeszła na podwórko, stanęła blisko. Patrzyła na Nikitę dziwnie — jakby widziała go pierwszy raz. — Chłopcze — wydusiła. — Mogłeś zginąć… Przez jakiegoś psa… — On nie „przez psa” — niespodziewanie wtrącił się pan Wiesiek. — On przez przyjaciela. Rozumiesz różnicę, Krystyno? Sąsiadka skinęła głową. Łzy spływały jej po policzkach. — Chodźcie do domu — powiedziała mama. — Trzeba opatrzyć rany. Rudemu też. Nikita z trudem podniósł się, wziął Rudego na ręce. Pies piszczał, ale ogon lekko drgał — cieszył się, że opiekun jest blisko. — Zaczekajcie — zatrzymał ich pan Wiesiek. — Jutro jedziecie do weterynarza? — Jedziemy. — To ja was zawiozę. Samochodem. I za leczenie zapłacę — pies okazał się bohaterem. Nikita spojrzał zdziwiony: — Dziękuję, panie Wiesiek. Ale dam radę sam. — Nie dyskutuj. Odpracujesz — oddasz. A na razie… — poklepał chłopca po ramieniu. — Na razie jesteśmy z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi pokiwali głowami. Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór, a Nikita wracał z lecznicy, gdzie teraz pomagał wolontariuszom w weekendy. Rudy biegał obok — łapa zagojona, utykanie prawie znikło. — Nikita! — zawołała ciotka Krysia. — Zaczekaj! Chłopiec przystanął, gotów na kolejną kazanie. Ale sąsiadka wręczyła mu siatkę z karmą. — To dla Rudego — powiedziała nieśmiało. — Dobra karma, droga. Tak dbasz o niego. — Dziękuję, ciociu Krysiu — odparł szczerze Nikita. — Ale mamy już karmę. Pomagam w lecznicy, pani doktor Anna płaci mi. — Weź i tak. Przyda się na przyszłość. W domu mama szykowała kolację. Uśmiechnęła się do syna: — Jak w lecznicy? Anna zadowolona z ciebie? — Mówi, że mam dobre ręce. I cierpliwość. — Nikita pogłaskał Rudego po głowie. — Może zostanę weterynarzem. Naprawdę myślę o tym. — A nauka jak? — W porządku. Nawet Pani od fizyki chwali mnie. Mówi, że jestem bardziej uważny. Mama kiwnęła głową. Przez ten miesiąc syn zmienił się nie do poznania. Nie pyskuje, pomaga w domu, nawet z sąsiadami rozmawia. Przede wszystkim — ma cel. Marzenie. — Wiesz — powiedziała — jutro przyjdzie Wiesiek. Chce ci zaproponować jeszcze jedną pracę. Znajomy ma hodowlę, potrzebuje pomocnika. Nikita rozświetlił się: — Naprawdę? Mogę zabrać Rudego? — Myślę, że tak. Przecież to już prawie pies służbowy. Wieczorem Nikita siedział na podwórku z Rudym. Ćwiczyli nową komendę — „pilnuj”. Pies ochoczo wykonywał ćwiczenia, patrząc oddanymi oczami. Pan Wiesiek podszedł, usiadł obok na ławce. — Jutro na pewno pojedziesz do tej hodowli? — Pojadę. Z Rudym. — To połóż się wcześnie. Będzie ciężki dzień. Gdy pan Wiesiek odszedł, Nikita jeszcze trochę posiedział na podwórku. Rudy położył pysk na kolanach opiekuna, westchnął z zadowoleniem. Odnaleźli się. I już nigdy nie będą samotni.

Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptał Michał. Rozumiesz? Nie potrafiłem.

Michał miał czternaście lat, a cały świat wydawał się być przeciwko niemu. Albo raczej nikt nie próbował go zrozumieć.

Znowu ten łobuz! mruczała ciotka Klaudyna z trzeciej klatki schodowej, przechodząc szybko na drugą stronę podwórka. Wychowuje go tylko matka. Widzisz efekty!

Michał szedł dalej, z rękami w kieszeniach podartych dżinsów, udając, że nie słyszy. A jednak słyszał wszystko.

Mama znowu była w pracy, jak zwykle do późna. Na kuchennym stole czekała karteczka: Kotleciki w lodówce, podgrzej sobie. I cisza. Zawsze cisza.

Teraz też wracał ze szkoły, gdzie nauczyciele znów rozmawiali z nim o jego zachowaniu. Przecież wiedział, że stał się problemem dla wszystkich. Ale co z tego? Co mógł zrobić?

Ej, chłopcze! zawołał do niego wujek Witek, sąsiad z pierwszego piętra. Widziałeś gdzieś tego kulawego psa? Trzeba go przegonić.

Michał zatrzymał się. Spojrzał uważniej.

Przy śmietnikach naprawdę leżał pies. Nie szczeniak dorosły, wyraźnie rudy w białe łaty. Leżał nieruchomo, tylko oczy śledziły ludzi. Inteligentne i smutne.

Niech ktoś go wreszcie wygoni! przytaknęła ciotka Klaudyna. Pewnie chory!

Michał podszedł bliżej. Pies nie ruszył się, tylko słabo machnął ogonem. Na tylnej łapie miał rozerwaną ranę, z zaschniętą krwią.

No co stoisz? rzucił niecierpliwie wujek Witek. Weź kij i przegoń!

Wtedy coś w Michałowie pękło.

Nie waż się go dotykać! wykrzyknął ostro, stając między psem a sąsiadami. Przecież nikomu tu nie szkodzi!

Ciekawe… zdziwił się wujek Witek. Obrońca się znalazł.

I będę go bronił! Michał przysiadł przy psie, ostrożnie wyciągając rękę. Pies powąchał palce i powoli polizał dłoń.

Coś ciepłego rozlało się w sercu chłopca. Po raz pierwszy od dawna ktoś okazał mu zaufanie.

Chodź wyszeptał do psa. Chodź ze mną.

W domu przygotował Rudemu legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Mama będzie w pracy do wieczora, więc nie będzie krzyku, ani wyganiania zarazy.

Rana wyglądała źle. Michał usiadł przed komputerem, szukał artykułów o opiece nad zwierzętami. Czytał, marszczył brwi nad medycznymi terminami, ale uczył się każdego słowa.

Trzeba przemyć wodą utlenioną mruczał, grzebiąc w domowej apteczce. Potem jodem brzegi. Tylko ostrożnie, żeby nie bolało.

Pies leżał spokojnie, ufnie podkładał chorą łapę. Patrzył na Michała z wdzięcznością tak, jak dawno nikt na niego nie patrzył.

Jak masz właściwie na imię? Michał delikatnie owijał ranę bandażem. Rudy jesteś. Nazwę cię Rudy, dobrze?

Pies szczeknął cicho, jakby się zgadzał.

Wieczorem przyszła matka. Michał był gotów na awanturę, ale ona tylko obejrzała Rudego, sprawdziła bandaż.

Sam opatrywałeś? spytała cicho.

Sam. W internecie znalazłem instrukcje.

Czym go nakarmisz?

Coś wykombinuję.

Mama długo patrzyła na syna, potem na psa, który łasił się i lizał jej dłoń.

Jutro pójdziemy do weterynarza postanowiła. Zobaczymy, co z łapą. A imię już masz?

Rudy powiedział z promiennym uśmiechem Michał.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie było między nimi muru niezrozumienia.

Następnego ranka Michał wstał godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował się podnieść, ale skomlał z bólu.

Leż, nie ruszaj się uspokajał go chłopiec. Przyniosę wodę, dam coś jeść.

Nie było w domu żadnej psiej karmy. Michał oddał ostatniego kotleta, namoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale grzecznie, wymioł każdy okruszek.

W szkole Michał pierwszy raz od dawna nie pyskował nauczycielom. Myślał tylko o jednym: jak tam Rudy? Czy wciąż go boli? Czy nie tęskni?

Dziś jesteś jakiś inny zdziwiła się wychowawczyni.

Michał wzruszył ramionami. Nie chciał opowiadać wyśmialiby.

Po lekcjach pędził do domu, ignorując krzywe spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał go szczekaniem, już potrafił ustać na trzech łapach.

No, przyjacielu, chcesz na spacer? Michał zrobił ze sznurka prowizoryczną smycz. Uważaj tylko na łapę.

Na podwórku działo się coś niesamowitego. Ciotka Klaudyna, gdy ich zobaczyła, o mało nie zakrztusiła się słonecznikiem:

On go naprawdę przytargał do domu! Michał! Oszalałeś?

A co w tym złego? odpowiedział spokojnie chłopiec. Leczę go. Wkrótce będzie zdrowy.

Leczyć?! podeszła sąsiadka. A skąd pieniądze na leki? Podkradasz matce?

Michał zacisnął pięści, ale się opanował. Rudy przytulił się do jego nogi, wyczuwając nastrój.

Nie kradnę. Wydaję swoje. Odkładałem z kieszonkowego, z drugiego śniadania powiedział cicho.

Wujek Witek pokręcił głową:

Chłopcze, wiesz, że wziąłeś na siebie żywą istotę? To nie zabawka. Trzeba go karmić, leczyć, wyprowadzać.

Każdy dzień zaczynał się teraz od spaceru. Rudy szybko dochodził do siebie, już biegał, choć jeszcze lekko kulejąc. Michał uczył go komend cierpliwie, godzinami.

Siad! Brawo! Daj łapę! Tak jest!

Sąsiedzi obserwowali z daleka. Jedni kręcili głową, inni uśmiechali się pod nosem. Michał nie dostrzegał nikogo poza oddanymi oczami Rudego.

Zmienił się. Nie od razu, ale krok po kroku. Przestał być opryskliwy, zaczął sprzątać w domu, nawet oceny poprawił. Zyskał cel. I to był dopiero początek.

Po trzech tygodniach stało się to, czego Michał najbardziej się bał.

Wracali z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła sfora bezpańskich psów. Pięć, może sześć rozjuszonych, głodnych, z płonącymi oczami. Przywódca wielki czarny pies wyszczerzył kły i podszedł bliżej.

Rudy instynktownie schował się za plecami Michała. Łapa wciąż bolała, biec nie mógł. A tamte wyczuły słabość.

Wracać! krzyknął Michał, wymachując smyczą. Wynocha!

Ale sfora nie odpuszczała. Obstawiała coraz ciaśniej. Czarny lider warczał, szykował się do skoku.

Michał! odezwał się nad podwórkiem kobiecy krzyk. Uciekaj! Porzuć psa i biegnij!

To była ciotka Klaudyna, wychylona z okna. Inni sąsiedzi też przyglądali się z góry.

Nie szalej, chłopcze! wołał wujek Witek. I tak nie ucieknie kuleje!

Michał spojrzał na Rudego. Ten trząsł się ze strachu, ale nie zawiał. Przystawiał się blisko do nogi właściciela, gotów na wszystko.

Czarny pies pierwszy rzucił się do ataku. Michał zakrył się przedramionami, ale ugryzienie trafiło w ramię. Ostrożne kły przegryzły kurtkę, rozdarły skórę.

A Rudy, mimo bolącej łapy i lęku rzucił się na obronę przyjaciela. Wgryzł się w nogę napastnika, zawisł całym ciałem.

Rozpętała się walka. Michał bronił się rękami i nogami, próbował chronić Rudego przed kłami. Dostawał ugryzienia, zadrapania, ale nie ustąpił ani na krok.

Matko Boska, co tu się dzieje! lamentowała z okna ciotka Klaudyna. Witek, zrób coś!

Wujek Witek biegł po schodach, łapał kijek, kawałek rurki co mu wpadło w rękę.

Trzymaj się, chłopcze! wołał. Już idę!

Michał już upadał pod naporem sfory, gdy usłyszał znany głos:

Precz stąd!

To była mama. Wypadła z klatki z wiadrem wody i wylała je na psy. Sfora odskoczyła, warcząc.

Witek, pomagaj! zawołała.

Wujek Witek dołączył z kijem, inni sąsiedzi zbiegli z pięter. Bezpańskie psy, widząc przewagę ludzi, uciekły.

Michał leżał na asfalcie, przyciskając do siebie Rudego. Oboje byli zakrwawieni, oboje drżeli. Ale przeżyli. Są cali.

Synku mama uklękła obok, delikatnie sprawdzając rany. Ale mnie wystraszyłeś.

Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptał Michał. Rozumiesz? Nie mogłem.

Rozumiem odpowiedziała łagodnie.

Ciotka Klaudyna zeszła na podwórko, podeszła bliżej. Nie spuszczała oczu z Michała, jakby pierwszy raz go widziała.

Chłopcze wydukała drżącym głosem. Przecież mogłeś zginąć. Przez jakiegoś psa.

Nie przez psa nagle wtrącił się wujek Witek. Przez przyjaciela. Rozumiesz różnicę, Klaudyno?

Sąsiadka skinęła tylko głową. Po policzkach ciekły jej łzy.

Chodźmy do domu powiedziała mama. Trzeba opatrzyć rany. Rudego też.

Michał z trudem wstał, wziął psa na ręce. Rudy cicho skomlił, ale ogon, choć ledwie poruszał się, wyrażał radość gospodarz był blisko.

Poczekajcie zatrzymał ich wujek Witek. Jutro jedziecie do weterynarza?

Jedziemy.

Zawiozę was. Samochodem. I za leczenie też zapłacę pies okazał się bohaterem.

Michał spojrzał na niego zaskoczony.

Dziękuję, wujku Witku. Ale dam radę sam.

Nie dyskutuj. Odpłacisz, jak zarobisz. A teraz… mężczyzna klepnął go po ramieniu. Teraz wszyscy się tobą chwalimy. Prawda?

Sąsiedzi przytaknęli w milczeniu.

Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór. Michał wracał z kliniki weterynaryjnej, gdzie pomagał wolontariuszom w weekendy. Rudy biegał obok łapa już była zdrowa, kulawizna znikała.

Michał! zawołała za nim ciotka Klaudyna. Zaczekaj!

Zatrzymał się, gotów na następną reprymendę. Ale sąsiadka podała mu torbę z karmą.

To dla Rudego powiedziała zmieszana. Dobra karma, droga. Tak się o niego troszczysz.

Dziękuję, ciociu Klaudyno odpowiedział szczerze Michał. Ale mamy karmę. Teraz dorabiam w klinice, pani doktor Anna Kowalska płaci za pomoc.

Weź mimo wszystko. Przyda się.

W domu mama szykowała kolację. Gdy zobaczyła syna, uśmiechnęła się ciepło:

Jak tam w klinice? Pani doktor Anna cię chwali?

Mówi, że mam dobre ręce. I cierpliwość. Michał pogłaskał Rudego. Może zostanę weterynarzem. Myślę o tym poważnie.

A nauka?

Dobrze. Nawet pan Pawłowski z fizyki chwali. Mówi, że jestem bardziej uważny.

Mama przytaknęła. W ciągu tego miesiąca syn nie do poznania się zmienił. Już nie był opryskliwy, pomagał w domu, nawet witał się z sąsiadami. Najważniejsze miał cel. Marzenie.

Wiesz powiedziała mama jutro Witek wpadnie. Chce zaproponować ci jeszcze jedną pracę dorywczą. Jego znajomy ma hodowlę, szuka pomocnika.

Michał rozpromienił się:

Naprawdę? Mogę zabrać Rudego ze sobą?

Myślę, że tak. On już prawie służbowy pies.

Wieczorem Michał siedział z Rudym na podwórku. Ćwiczyli nową komendę pilnuj. Pies wykonywał ćwiczenia z zapałem, patrząc oddanie na swojego pana.

Wujek Witek podszedł, przysiadł obok niego na ławce.

Jutro rzeczywiście jedziesz do hodowli?

Jadę. Z Rudym.

To połóż się wcześnie. Będzie ciężki dzień.

Kiedy wujek odszedł, Michał jeszcze chwilę został na podwórku. Rudy położył pysk na jego kolanach, westchnął spokojnie.

Odnaleźli siebie. Już nigdy nie będą samotni.

Rate article
Fajna Tajna
— Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem Nikita miał czternaście lat i cały świat był przeciwko niemu. A raczej — nie chciał go zrozumieć. — Znowu ten łobuz! — mruczała ciotka Krysia z trzeciej klatki, pośpiesznie przechodząc na drugą stronę podwórka. — Wychowuje go tylko matka. I oto efekty! A Nikita szedł dalej, z rękami w kieszeniach podartych dżinsów, udając, że nie słyszy. Chociaż słyszał. Mama pracowała — znów do późna. Na kuchennym stole karteczka: „Kotlety są w lodówce, podgrzej sobie.” I cisza. Zawsze cisza. Tego dnia wracał ze szkoły, gdzie kolejny raz miał „poważną rozmowę” o swoim zachowaniu. Jakby nie rozumiał, że stał się dla wszystkich problemem. Rozumiał. Ale co z tego? — Hej, chłopcze! — zawołał do niego pan Wiesiek, sąsiad z parteru. — Widziałeś tu kulawego psa? Trzeba by go przegonić. Nikita przystanął. Spojrzał uważnie. Obok śmietnika rzeczywiście leżał pies. Nie szczeniak — dorosły, rudy z białymi plamami. Leżał nieruchomo, tylko oczy uważnie śledziły ludzi. Mądre oczy. I smutne. — Przegoni ktoś tego psa w końcu! — przytaknęła ciotka Krysia. — Chory pewnie! Nikita podszedł bliżej. Pies nie poruszył się nawet, tylko słabo machnął ogonem. Na tylnej łapie — rozdarta rana, zaschnięta krew. — Na co stanąłeś? — zirytował się pan Wiesiek. — Weź kij i przegoń go! Wtedy coś w Nikicie pękło. — Spróbujcie go ruszyć! — rzucił ostro, zasłaniając psa swoim ciałem. — Przecież nikomu nie szkodzi! — Ależ obrońca… — zdziwił się pan Wiesiek. — I będę go bronił! — Nikita przykucnął przy psie, ostrożnie wyciągnął rękę. Pies powąchał palce i delikatnie je polizał. Coś ciepłego zalało chłopca w środku. Po raz pierwszy od dawna ktoś był dla niego dobry. — Chodź — szepnął do psa. — Chodź ze mną. W domu Nikita zrobił psu legowisko ze starych kurtek w kącie swojego pokoju. Mama była w pracy do wieczora — nikt nie będzie krzyczał ani wyganiał „zarazy”. Rana wyglądała źle. Nikita usiadł do internetu, czytał artykuły o pierwszej pomocy dla zwierząt, marszczył się na medyczne terminy, ale uporczywie zapamiętywał każde słowo. — Trzeba przemyć wodą utlenioną — mruczał, grzebiąc w apteczce. — Potem brzegi jodyną, tylko delikatnie, żeby nie bolało. Pies leżał spokojnie, ufnie podawał łapę. Patrzył na Nikitę z wdzięcznością — tak, jak dawno nikt na niego nie patrzył. — Jak się nazywasz, co? — Nikita delikatnie bandażował łapę. — Rudy jesteś. Nazwę cię Rudy. Pies zaszczekał cicho — jakby się zgadzał. Wieczorem przyszła mama. Nikita spodziewał się awantury, ale mama tylko obejrzała Rudego, dotknęła bandaż. — Sam opatrzyłeś? — spytała cicho. — Sam. Poczytałem w internecie jak trzeba. — Czym go nakarmisz? — Coś wymyślę. Mama długo patrzyła na syna. Potem — na psa, który z ufnością lizał jej rękę. — Jutro idziemy do weterynarza — zdecydowała. — Zobaczymy, co z łapą. A imię już wymyśliłeś? — Rudy — odparł rozpromieniony Nikita. Po raz pierwszy od miesięcy nie było między nimi ściany niezrozumienia. Rano Nikita obudził się godzinę wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, popiskiwał z bólu. — Leż, leż — uspokoił go chłopiec. — Zaraz przyniosę wodę, dam coś do jedzenia. W domu nie było psiej karmy. Oddał ostatniego kotleta, namoczył chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale ostrożnie, wylizując każdą okruszynę. W szkole Nikita po raz pierwszy od dawna nie kłócił się z nauczycielami. Myślał tylko o jednym — jak się czuje Rudy? Czy go nie boli? Czy nie tęskni? — Dziś jesteś jakiś inny — zdziwiła się wychowawczyni. Nikita tylko wzruszył ramionami. Opowiadać nie chciał — będą się śmiać. Po szkole biegł do domu, ignorując niezadowolone spojrzenia sąsiadów. Rudy przywitał go radosnym skomleniem — już mógł stać na trzech łapach. — No, przyjacielu, na spacer chcesz? — Nikita zrobił ze sznurka prowizoryczną smycz. — Tylko ostrożnie, oszczędzaj łapę. Na podwórku działo się coś niesamowitego. Ciotka Krysia, widząc ich razem, prawie zakrztusiła się ziarnami słonecznika: — On go naprawdę do domu wziął! Nikita, zwariowałeś?! — A co w tym dziwnego? — odparł spokojnie chłopiec. — Leczę go. Wkrótce wyzdrowieje. — Leczyć?! — podeszła sąsiadka. — A pieniądze na leki skąd masz? Kradniesz matce? Nikita zacisnął pięści, ale się powstrzymał. Rudy przytulił się do jego nogi — jakby czuł napięcie. — Nie kradnę. Wydaję swoje. Zbierałem z szkolnych śniadań — odpowiedział cicho. Pan Wiesiek pokręcił głową: — Wiesz, chłopcze, że wziąłeś prawdziwą istotę do domu? To nie zabawka. Trzeba go karmić, leczyć, wychodzić na spacery. Każdy dzień zaczynał się teraz od spaceru. Rudy szybko dochodził do siebie, już potrafił biegać, choć jeszcze lekko utykał. Nikita uczył go komend — cierpliwie, godzinami. — Siad! Dobry pies! Daj łapę! Właśnie tak! Sąsiedzi obserwowali z daleka. Jedni kręcili głowami, inni się uśmiechali. Nikita nie zwracał uwagi na nic, tylko na oddane oczy Rudego. Zmieniał się. Nie od razu — powoli. Przestał pyskować, zaczął sprzątać w domu, nawet ocen się poprawiły. Miał cel. I to był dopiero początek. Po trzech tygodniach wydarzyło się to, czego Nikita najbardziej się bał. Wychodził właśnie z Rudym z wieczornego spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła banda bezdomnych psów. Pięć albo sześć rzezimieszków — głodnych, z błyszczącymi oczami. Lider, ogromny czarny pies, wyszczerzył kły i ruszył w ich stronę. Rudy instynktownie schował się za plecami Nikity. Łapa nadal bolała — uciekać nie potrafił. A tamci wyczuli słabość. — Wracaj! — krzyknął Nikita, machając smyczą. — Odejdźcie! Ale banda nie odchodziła. Otaczała ich coraz szczelniej. Czarny lider warczał coraz głośniej, szykując się do ataku. — Nikita! — z góry rozległ się kobiecy krzyk. — Uciekaj! Zostaw psa i biegnij! To była ciotka Krysia, która wyglądała przez okno. Za nią pojawiło się kilka kolejnych sąsiedzkich twarzy. — Nie wygłupiaj się! — krzyczał pan Wiesiek. — Przecież on utyka, i tak nie ucieknie! Nikita spojrzał na Rudego. Ten drżał, ale nie uciekł. Przytulił się do nogi opiekuna, gotowy dzielić każdą dolę. Czarny pies skoczył jako pierwszy. Nikita instynktownie zasłonił się rękoma, ale uderzenie trafiło w ramię. Ostre kły rozerwały kurtkę, przebiły skórę. A Rudy, mimo chorej łapy, mimo strachu — rzucił się bronić opiekuna. Wrzasnął zębami w nogę lidera, uczepił się jej całym ciałem. Rozegrała się walka. Nikita odpychał napastników rękami, nogami, próbował osłaniać Rudego przed kłami. Sam dostawał ugryzienia, zadrapania, ale nie wycofał się ani o krok. — Matko Boska, co się tu dzieje! — lamentowała z góry ciotka Krysia. — Wiesiek, zrób coś! Pan Wiesiek zbiegał ze schodów, chwytał kij, metalowy drut — co pod ręką. — Trzymaj się, chłopcze! — krzyczał. — Pomogę! Nikita już opadał z sił pod naporem bandy, gdy usłyszał znajomy głos: — A spadać! To była mama. Wyskoczyła z klatki z wiadrem wody, ochlapała psy. Dzika banda odskoczyła, warcząc. — Wiesiek, pomóż! — zawołała. Pan Wiesiek podbiegł z kijem, inni sąsiedzi zeszli z pięter. Banda bezdomnych psów zrozumiała, że nie wygra, rzuciła się do ucieczki. Nikita leżał na asfalcie, przyciskając do siebie Rudego. Oboje we krwi, oboje drżeli. Ale żyli. Cało. — Synku — mama uklękła obok, ostrożnie oglądała rany. — Ale mnie przestraszyłeś… — Nie mogłem go zostawić, mamo — wyszeptał Nikita. — Rozumiesz? Nie mogłem. — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Ciotka Krysia zeszła na podwórko, stanęła blisko. Patrzyła na Nikitę dziwnie — jakby widziała go pierwszy raz. — Chłopcze — wydusiła. — Mogłeś zginąć… Przez jakiegoś psa… — On nie „przez psa” — niespodziewanie wtrącił się pan Wiesiek. — On przez przyjaciela. Rozumiesz różnicę, Krystyno? Sąsiadka skinęła głową. Łzy spływały jej po policzkach. — Chodźcie do domu — powiedziała mama. — Trzeba opatrzyć rany. Rudemu też. Nikita z trudem podniósł się, wziął Rudego na ręce. Pies piszczał, ale ogon lekko drgał — cieszył się, że opiekun jest blisko. — Zaczekajcie — zatrzymał ich pan Wiesiek. — Jutro jedziecie do weterynarza? — Jedziemy. — To ja was zawiozę. Samochodem. I za leczenie zapłacę — pies okazał się bohaterem. Nikita spojrzał zdziwiony: — Dziękuję, panie Wiesiek. Ale dam radę sam. — Nie dyskutuj. Odpracujesz — oddasz. A na razie… — poklepał chłopca po ramieniu. — Na razie jesteśmy z ciebie dumni. Prawda? Sąsiedzi pokiwali głowami. Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór, a Nikita wracał z lecznicy, gdzie teraz pomagał wolontariuszom w weekendy. Rudy biegał obok — łapa zagojona, utykanie prawie znikło. — Nikita! — zawołała ciotka Krysia. — Zaczekaj! Chłopiec przystanął, gotów na kolejną kazanie. Ale sąsiadka wręczyła mu siatkę z karmą. — To dla Rudego — powiedziała nieśmiało. — Dobra karma, droga. Tak dbasz o niego. — Dziękuję, ciociu Krysiu — odparł szczerze Nikita. — Ale mamy już karmę. Pomagam w lecznicy, pani doktor Anna płaci mi. — Weź i tak. Przyda się na przyszłość. W domu mama szykowała kolację. Uśmiechnęła się do syna: — Jak w lecznicy? Anna zadowolona z ciebie? — Mówi, że mam dobre ręce. I cierpliwość. — Nikita pogłaskał Rudego po głowie. — Może zostanę weterynarzem. Naprawdę myślę o tym. — A nauka jak? — W porządku. Nawet Pani od fizyki chwali mnie. Mówi, że jestem bardziej uważny. Mama kiwnęła głową. Przez ten miesiąc syn zmienił się nie do poznania. Nie pyskuje, pomaga w domu, nawet z sąsiadami rozmawia. Przede wszystkim — ma cel. Marzenie. — Wiesz — powiedziała — jutro przyjdzie Wiesiek. Chce ci zaproponować jeszcze jedną pracę. Znajomy ma hodowlę, potrzebuje pomocnika. Nikita rozświetlił się: — Naprawdę? Mogę zabrać Rudego? — Myślę, że tak. Przecież to już prawie pies służbowy. Wieczorem Nikita siedział na podwórku z Rudym. Ćwiczyli nową komendę — „pilnuj”. Pies ochoczo wykonywał ćwiczenia, patrząc oddanymi oczami. Pan Wiesiek podszedł, usiadł obok na ławce. — Jutro na pewno pojedziesz do tej hodowli? — Pojadę. Z Rudym. — To połóż się wcześnie. Będzie ciężki dzień. Gdy pan Wiesiek odszedł, Nikita jeszcze trochę posiedział na podwórku. Rudy położył pysk na kolanach opiekuna, westchnął z zadowoleniem. Odnaleźli się. I już nigdy nie będą samotni.