– Nie, mamo, teraz na pewno nie powinnaś przyjeżdżać. Pomyśl sama – to daleka droga, całą noc w pociągu, a Ty już nie jesteś najmłodsza. Po co Ci ten kłopot? Poza tym jest wiosna, pewnie masz teraz sporo pracy w ogródku – mówi mi syn. – Synku, ale jak to po co? Dawno się nie widzieliśmy. I Twoją żonę chciałabym wreszcie poznać, mówiąc po ludzku, muszę się z synową zaprzyjaźnić – mówię szczerze. – To umówmy się tak, poczekaj do końca miesiąca, a przyjedziemy wszyscy razem na Święta Wielkanocne, kiedy będzie więcej wolnych dni – uspokoił mnie syn. Szczerze mówiąc, już byłam gotowa do wyjazdu, ale uwierzyłam mu, zgodziłam się zostać w domu i czekać na jego przyjazd. Ale nikt do mnie nie przyjechał. Dzwoniłam do syna kilka razy, ale odrzucał połączenie. Potem sam oddzwonił, powiedział, że jest bardzo zajęty i żebym nie liczyła na jego wizytę. Było mi bardzo przykro. Tak bardzo czekałam na syna i synową. Ożenił się pół roku temu, a ja jej jeszcze nie widziałam. Mojego syna, Olka, urodziłam, jak to się mówi, dla siebie. Miałam już 30 lat, nie wyszłam za mąż, więc postanowiłam chociaż dziecko mieć. Może to grzech, ale nigdy nie żałowałam tej decyzji, choć nieraz było ciężko – pieniędzy wciąż brakowało, musieliśmy sobie jakoś radzić. Pracowałam na kilku etatach naraz, żeby mojemu dziecku niczego nie brakowało. Syn dorósł i pojechał na studia do Warszawy. Żeby mu pomóc na początku, zaczęłam wyjeżdżać do pracy do Niemiec, żebym mogła wysyłać mu pieniądze na naukę i życie w stolicy. Serce matki cieszyło się, że mogłam go wspierać. Olek już na trzecim roku sam zaczął pracować i zarabiać na siebie. Gdy skończył studia i dostał dobrą pracę, sam się utrzymywał. Do domu przyjeżdżał rzadko, może raz w roku. A ja w Warszawie, aż wstyd się przyznać, nigdy nie byłam. Pomyślałam, że jak będzie się żenił, to koniecznie tam pojadę. Nawet zaczęłam oszczędzać na ten wyjazd – uzbierałam 60 tysięcy złotych. Pół roku temu zadzwonił i przekazał długo wyczekiwaną wiadomość – bierze ślub. – Mamo, ale nie przyjeżdżaj teraz, bo tylko podpiszemy papiery, a wesele zrobimy później – ostrzegł Olek. Było mi smutno, ale co mogłam zrobić. Olek zapoznał mnie z synową przez wideorozmowę. Dziewczyna wydawała się miła. Bardzo ładna. I bogata. Mój „swat”, jej ojciec, to jakiś wielki biznesmen. Cieszyłam się, że synowi dobrze się wiedzie. Czas mijał, a Olek ani nie przyjeżdżał, ani nie zapraszał mnie do siebie. Nie mogłam się doczekać poznania synowej i przytulenia syna, więc się spakowałam, kupiłam bilet na pociąg, przygotowałam domowe jedzenie, nawet upiekłam chleb, wzięłam przetwory i wyruszyłam. Zadzwoniłam do Olka tuż przed wejściem do pociągu. – Aleś mnie zaskoczyła, mamo! Po co przyjeżdżasz? Ja w pracy, nawet nie mogę Cię odebrać. Dobrze, tu jest adres, wezwij sobie taksówkę – powiedział Olek. Rano dotarłam do stolicy, zamówiłam taksówkę i byłam zaskoczona wysoką ceną za przejazd. Ale poranny widok Warszawy bardzo mi się podobał, mogłam podziwiać miasto zza okna. Drzwi otworzyła mi synowa. Nawet się nie uśmiechnęła, nie przywitała ciepło. Jedynie sucho zaprosiła mnie do kuchni. Syn już wyszedł do pracy. Zaczęłam rozpakowywać torby: ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogórki, pomidory, kilka słoików konfitur. Synowa obserwowała wszystko w milczeniu, a potem powiedziała, że niepotrzebnie to wszystko przywiozłam, bo oni takiego jedzenia nie jedzą, a ona w domu nie gotuje. – To co wy w takim razie jecie? – zapytałam zdziwiona. – Codziennie zamawiamy catering. Nie lubię gotować, bo potem na kuchni długo czuć zapach – odpowiedziała Iwona. Ledwo zdążyłam się otrząsnąć z jej słów, a do kuchni wszedł mały chłopczyk, jakieś 3–3,5 roku. – Poznaj moją mamę, to mój syn, Daniel – powiedziała synowa. – Daniel? – upewniłam się. – Nie, Danyil, nie lubię, gdy przekręcają imiona. – Dobrze, jak sobie życzysz, Iwonko. – Nie Iwonka, tylko Iwona. W mieście nikt nie przekręca imion, ale skąd pani to wiedzieć… Chciało mi się płakać. Nawet nie z powodu, że syn poślubił kobietę z dzieckiem, ale dlatego, że o tym nic nie powiedział. A to nie był koniec niespodzianek. Spojrzałam na ścianę i zobaczyłam duży portret ślubny. – O, nie było wesela? Dobrze chociaż, że zdjęcia ładne porobiliście – mówię, starając się zmienić temat. – Jak to nie było wesela? Było, na 200 osób. Po prostu pani nie było, bo Olek mówił, że jest chora. Może to i lepiej, że tak wyszło – powiedziała synowa z pewną pobłażliwością. – Zje pani śniadanie? – Chętnie… Iwona postawiła przede mną filiżankę herbaty i kilka kawałków drogiego sera. Dla niej to śniadanie. Mnie jednak od rana trzeba dobrze zjeść, zwłaszcza po podróży. Postanowiłam usmażyć jajka, miałam swój domowy chleb. Ale synowa kategorycznie mi zabroniła smażyć, bo potem będzie zapach na kuchni. Odmówiła też zjedzenia chleba – bo ona z Olkiem są na zdrowej diecie. Przeszła mi ochota na jedzenie. Było mi przykro, że syn się mnie wyparł na własnym weselu. Czekałam tyle lat, odkładałam pieniądze, a wszystko na marne. Piłam więc herbatę w milczeniu. Synowa milczała. Atmosfera była niezręczna. Do kuchni wbiegł chłopczyk i przytulił się do mnie. Chciałam go objąć, lecz Iwona natychmiast mi zabroniła, twierdząc, że nie wiadomo, z czym tu przyjechałam – a to dziecko. Nie miałam dla niego prezentu, więc dałam mu słoiczek malinowych konfitur – będzie miał przysmak do naleśników. Synowa wyrwała mi go z rąk: – Ile razy pani powtarzać? Jesteśmy na zdrowej diecie, cukru nie jemy! Do oczu napłynęły mi łzy. Nie dopiłam herbaty. Poszłam do przedpokoju, zaczęłam się ubierać. Synowa nie zareagowała. Nawet nie zapytała, dokąd idę. Wyszłam pod blok, usiadłam na ławce i się rozpłakałam. Tak mi źle jeszcze nigdy nie było. Po chwili zobaczyłam, jak synowa wyszła z dzieckiem na spacer – i wyniosła wszystkie moje przetwory do śmietnika. Słów mi zabrakło. Kiedy już poszli, zabrałam wszystko z powrotem do toreb i ruszyłam na dworzec. Miałam szczęście: ktoś zwrócił bilet i mogłam kupić go na wieczorny pociąg. Obok dworca była restauracja. Kupiłam sobie barszcz, kawałek mięsa, ziemniaki z surówką. Byłam głodna. Zapłaciłam sporo, ale czyż nie zasługuję na coś dobrego? Toreb nie nosiłam, oddałam je do przechowalni i miałam jeszcze czas, by pospacerować po Warszawie. Miasto mi się spodobało. Trochę zapomniałam o wszystkim. W pociągu nie zmrużyłam oka. Płakałam. Przykro mi było, że syn nawet nie zadzwonił i nie zapytał, gdzie jestem. Prędzej bym się spodziewała śniegu latem, niż takiego powitania od mojego dziecka. Jest jedynakiem, pokładałam w nim tyle nadziei, a wyszło, że jestem mu zupełnie niepotrzebna. I co ja mam teraz zrobić z tymi 60 tysiącami, które odkładałam na jego wesele? Oddać synowi, niech wie, że mama zawsze o niego dbała? Czy nie dawać nic, bo nie zasłużył?

Nie, przyjeżdżać teraz naprawdę nie trzeba. Pomyśl, mamo, droga daleka, całą noc w pociągu, a ty już nie jesteś młoda. Po co ci taki kłopot? Zresztą, wiosna, pewnie masz mnóstwo pracy w ogrodzie mówi do mnie mój syn.

Synku, ale jak to po co? Tak długo się nie widzieliśmy. Bardzo chciałabym też zobaczyć twoją żonę, jak to się mówi, poznać synową bliżej mówię szczerze.

To zróbmy tak, umówmy się, że poczekasz do końca miesiąca i wtedy wszyscy przyjedziemy do ciebie. Na Wielkanoc będzie dużo wolnego uspokaja mnie syn.

Szczerze mówiąc, byłam już gotowa jechać, ale zaufałam mu, zgodziłam się zostać w domu i poczekać.

Ale nikt ostatecznie do mnie nie przyjechał. Kilka razy dzwoniłam do syna, ale nie odbierał. Później sam oddzwonił i powiedział, że jest bardzo zajęty i żebym nie czekała.

Było mi bardzo smutno. Przecież przygotowywałam się na przyjazd syna z synową. Ożenił się już pół roku temu, a ja jeszcze ani razu jej nie widziałam.

Swojego syna, Bartka, urodziłam, można powiedzieć, dla siebie. Miałam już trzydzieści lat, nie wyszłam za mąż, więc postanowiłam, że choć dziecko będę miała.

Może to grzech, ale nigdy nie żałowałam tej decyzji, chociaż nie zawsze było lekko pieniędzy brakowało, ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Pracowałam na kilku etatach, byle tylko mojemu dziecku niczego nie brakowało.

Syn dorósł i wyjechał na studia do Warszawy. Żeby go wesprzeć na początku, zaczęłam jeździć do pracy w Niemczech i wysyłałam mu pieniądze na utrzymanie i naukę. Moje matczyne serce cieszyło się, gdy mogłam mu pomóc.

Bartek już na trzecim roku zaczął dorabiać, a po ukończeniu studiów sam się utrzymywał.

Do domu przyjeżdżał rzadko, może raz w roku. A ja, wstyd się przyznać, nigdy nie byłam w Warszawie.

Pomyślałam sobie, że jak będzie się żenił, to na pewno pojadę. Na tę okazję zaczęłam nawet oszczędzać. Zebrałam 14 tysięcy złotych.

Pół roku temu zadzwonił i powiedział mi długo oczekiwaną nowinę bierze ślub.

Mamo, ale nie przyjeżdżaj teraz, bo tylko się zarejestrujemy, a wesele zrobimy później uprzedził mnie Bartek.

Smutno mi się zrobiło, ale cóż zrobić. Bartek przedstawił mi synową przez wideorozmowę. Dziewczyna wydawała się być w porządku. Bardzo ładna. I bogata. Jej ojciec to podobno jakiś bogacz. Cieszyłam się, że synowi się wiedzie.

Czas mijał, a syn ani do mnie nie przyjeżdżał, ani mnie do siebie nie zapraszał. Tak się stęskniłam za nim i chciałam poznać synową, więc zdecydowałam się kupiłam bilet, przygotowałam jedzenie, sama upiekłam chleb, wzięłam trochę przetworów i ruszyłam. Zadzwoniłam do syna tuż przed wejściem do pociągu.

No mamo, co ty… Po co? Jestem w pracy, nawet nie mogę cię odebrać. Podaję ci adres, zamów sobie taksówkę powiedział Bartek.

Rano przyjechałam do Warszawy, wzięłam taksówkę i aż zaniemówiłam, gdy zobaczyłam rachunek. Ale stolica o poranku jest piękna mogłam popatrzeć na miasto przez szybę.

Drzwi otworzyła mi synowa. Nawet się nie uśmiechnęła, nie przywitała ciepło, tylko sucho zaprosiła do kuchni. Syna już nie było, bo wyszedł wcześniej do pracy.

Zaczęłam rozpakowywać torby: ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogórki, pomidory, kilka słoików dżemu. Synowa patrzyła na to wszystko w milczeniu, po czym stwierdziła, że niepotrzebnie to wszystko przywiozłam, bo oni czegoś takiego nie jedzą, a ona w domu nie gotuje.

A co jecie? zdziwiłam się.

Codziennie zamawiamy jedzenie z restauracji. Nie lubię gotować, bo potem jest nieprzyjemny zapach w kuchni, trudno go się pozbyć mówi Patrycja.

Nie zdążyłam się otrząsnąć z jej słów, gdy do kuchni wszedł mały chłopiec, może 3-4 latka.

Poznaj, to mój syn. Szymuś mówi synowa.

Szymon? dopytuję.

Nie, Szymuś. Nie lubię, gdy przekręcają imię.

Dobrze, jak wolisz, Patrycjo.

I nie Patrycja, tylko Patrycja w Warszawie nikt nie przekręca imion, ale skąd wy byście to wiedzieli

Chciało mi się płakać. Nawet nie dlatego, że syn ożenił się z kobietą z dzieckiem, ale że nic mi o tym nie powiedział.

Ale to nie był jeszcze koniec niespodzianek. Spojrzałam na ścianę i zobaczyłam wielki portret ślubny.

O, skoro nie było wesela, to przynajmniej zdjęcia macie ładne próbowałam zmienić temat.

Jak to nie było wesela? Było, na dwieście osób. To tylko pani nie było, bo Bartek powiedział, że pani zachorowała. Może to i lepiej, że tak wyszło spojrzała na mnie z góry synowa.

Będzie pani jadła śniadanie?

Tak, poproszę

Patrycja postawiła mi przed nosem filiżankę herbaty i kilka plasterków jakiegoś drogiego sera. Według niej to śniadanie.

A ja tak nie umiem, potrzebuję porządnie zjeść, jeszcze po takiej podróży. Pomyślałam, że usmażę jajka, przecież chleb sama upiekłam. Ale synowa stanowczo zabroniła mi smażyć jajecznicy przez zapach.

Chleba też nie chciała jeść, oznajmiła, że z Bartkiem są na zdrowej diecie.

Straciłam apetyt. Było mi przykro, że syn nie zaprosił mnie na własne wesele. Tyle lat na to czekałam, odkładałam pieniądze, a okazało się, że na darmo.

Piję herbatę. Synowa milczy. Jakaś taka martwa cisza. Wtem przybiegł Szymuś i zaczął się do mnie tulić. Chciałam go przytulić, ale Patrycja zaraz zaczęła machać rękami, że tego nie wolno, bo nie wiadomo, z czym przyszłam, a przecież to dziecko.

Nie miałam dla niego słodyczy, więc dałam mu słoik dżemu malinowego mówię, że do naleśników będzie miał przysmak.

Synowa wyrwała mi niemal z rąk ten słoik:

Ile razy można powtarzać? Jesteśmy na diecie i nie jemy cukru!

Poczułam łzy w oczach. Nie dopiłam nawet herbaty. Poszłam do przedpokoju, zaczęłam się ubierać. Synowa nawet nie zapytała, dokąd idę.

Wyszłam przed blok, usiadłam na ławce i rozpłakałam się jak nigdy wcześniej.

Po pewnym czasie widzę, jak synowa wychodzi z Szymusiem na spacer i całą moją domową żywność wynosi na śmietnik.

Brakowało mi słów. Gdy poszła, zebrałam wszystko z powrotem do torby i powlokłam się na dworzec. Miałam szczęście, ktoś właśnie oddał bilet, więc udało mi się kupić na wieczór.

Obok dworca była jadłodajnia. Zamówiłam sobie barszcz, kawałek smażonego mięsa, ziemniaki z surówką. Byłam już bardzo głodna. Zapłaciłam niemało, ale czy nie należało mi się coś dobrego po tym wszystkim?

Torbę zostawiłam w przechowalni i miałam jeszcze kilka godzin na spacer po Warszawie. Miasto mi się spodobało, nawet trochę zapomniałam o wszystkim.

W pociągu nie spałam. Płakałam. Smutno mi było, bo syn nawet nie zadzwonił, nie zapytał gdzie jestem.

Myślałam, że prędzej śnieg spadnie w lipcu, niż że moja jedyna pociecha przyjmie mnie w taki sposób. Pokładałam w nim tyle nadziei, a wyszło na to, że jestem mu zupełnie niepotrzebna.

Teraz myślę, co zrobić z tymi pieniędzmi, które odkładałam na wesele. Dać Bartkowi te 14 tysięcy złotych, żeby wiedział, że mama zawsze o nim pamięta? Czy może nie dawać mu nic, skoro nie zasłużył?

Czasem los przypomina nam, jak ważna jest szczerość i wzajemny szacunek w rodzinie. Niech ta historia będzie przestrogą, by nie zapominać o tych, którzy zawsze byli dla nas wsparciem nawet, jeśli czasem mijamy się w oczekiwaniach.

Rate article
Fajna Tajna
– Nie, mamo, teraz na pewno nie powinnaś przyjeżdżać. Pomyśl sama – to daleka droga, całą noc w pociągu, a Ty już nie jesteś najmłodsza. Po co Ci ten kłopot? Poza tym jest wiosna, pewnie masz teraz sporo pracy w ogródku – mówi mi syn. – Synku, ale jak to po co? Dawno się nie widzieliśmy. I Twoją żonę chciałabym wreszcie poznać, mówiąc po ludzku, muszę się z synową zaprzyjaźnić – mówię szczerze. – To umówmy się tak, poczekaj do końca miesiąca, a przyjedziemy wszyscy razem na Święta Wielkanocne, kiedy będzie więcej wolnych dni – uspokoił mnie syn. Szczerze mówiąc, już byłam gotowa do wyjazdu, ale uwierzyłam mu, zgodziłam się zostać w domu i czekać na jego przyjazd. Ale nikt do mnie nie przyjechał. Dzwoniłam do syna kilka razy, ale odrzucał połączenie. Potem sam oddzwonił, powiedział, że jest bardzo zajęty i żebym nie liczyła na jego wizytę. Było mi bardzo przykro. Tak bardzo czekałam na syna i synową. Ożenił się pół roku temu, a ja jej jeszcze nie widziałam. Mojego syna, Olka, urodziłam, jak to się mówi, dla siebie. Miałam już 30 lat, nie wyszłam za mąż, więc postanowiłam chociaż dziecko mieć. Może to grzech, ale nigdy nie żałowałam tej decyzji, choć nieraz było ciężko – pieniędzy wciąż brakowało, musieliśmy sobie jakoś radzić. Pracowałam na kilku etatach naraz, żeby mojemu dziecku niczego nie brakowało. Syn dorósł i pojechał na studia do Warszawy. Żeby mu pomóc na początku, zaczęłam wyjeżdżać do pracy do Niemiec, żebym mogła wysyłać mu pieniądze na naukę i życie w stolicy. Serce matki cieszyło się, że mogłam go wspierać. Olek już na trzecim roku sam zaczął pracować i zarabiać na siebie. Gdy skończył studia i dostał dobrą pracę, sam się utrzymywał. Do domu przyjeżdżał rzadko, może raz w roku. A ja w Warszawie, aż wstyd się przyznać, nigdy nie byłam. Pomyślałam, że jak będzie się żenił, to koniecznie tam pojadę. Nawet zaczęłam oszczędzać na ten wyjazd – uzbierałam 60 tysięcy złotych. Pół roku temu zadzwonił i przekazał długo wyczekiwaną wiadomość – bierze ślub. – Mamo, ale nie przyjeżdżaj teraz, bo tylko podpiszemy papiery, a wesele zrobimy później – ostrzegł Olek. Było mi smutno, ale co mogłam zrobić. Olek zapoznał mnie z synową przez wideorozmowę. Dziewczyna wydawała się miła. Bardzo ładna. I bogata. Mój „swat”, jej ojciec, to jakiś wielki biznesmen. Cieszyłam się, że synowi dobrze się wiedzie. Czas mijał, a Olek ani nie przyjeżdżał, ani nie zapraszał mnie do siebie. Nie mogłam się doczekać poznania synowej i przytulenia syna, więc się spakowałam, kupiłam bilet na pociąg, przygotowałam domowe jedzenie, nawet upiekłam chleb, wzięłam przetwory i wyruszyłam. Zadzwoniłam do Olka tuż przed wejściem do pociągu. – Aleś mnie zaskoczyła, mamo! Po co przyjeżdżasz? Ja w pracy, nawet nie mogę Cię odebrać. Dobrze, tu jest adres, wezwij sobie taksówkę – powiedział Olek. Rano dotarłam do stolicy, zamówiłam taksówkę i byłam zaskoczona wysoką ceną za przejazd. Ale poranny widok Warszawy bardzo mi się podobał, mogłam podziwiać miasto zza okna. Drzwi otworzyła mi synowa. Nawet się nie uśmiechnęła, nie przywitała ciepło. Jedynie sucho zaprosiła mnie do kuchni. Syn już wyszedł do pracy. Zaczęłam rozpakowywać torby: ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogórki, pomidory, kilka słoików konfitur. Synowa obserwowała wszystko w milczeniu, a potem powiedziała, że niepotrzebnie to wszystko przywiozłam, bo oni takiego jedzenia nie jedzą, a ona w domu nie gotuje. – To co wy w takim razie jecie? – zapytałam zdziwiona. – Codziennie zamawiamy catering. Nie lubię gotować, bo potem na kuchni długo czuć zapach – odpowiedziała Iwona. Ledwo zdążyłam się otrząsnąć z jej słów, a do kuchni wszedł mały chłopczyk, jakieś 3–3,5 roku. – Poznaj moją mamę, to mój syn, Daniel – powiedziała synowa. – Daniel? – upewniłam się. – Nie, Danyil, nie lubię, gdy przekręcają imiona. – Dobrze, jak sobie życzysz, Iwonko. – Nie Iwonka, tylko Iwona. W mieście nikt nie przekręca imion, ale skąd pani to wiedzieć… Chciało mi się płakać. Nawet nie z powodu, że syn poślubił kobietę z dzieckiem, ale dlatego, że o tym nic nie powiedział. A to nie był koniec niespodzianek. Spojrzałam na ścianę i zobaczyłam duży portret ślubny. – O, nie było wesela? Dobrze chociaż, że zdjęcia ładne porobiliście – mówię, starając się zmienić temat. – Jak to nie było wesela? Było, na 200 osób. Po prostu pani nie było, bo Olek mówił, że jest chora. Może to i lepiej, że tak wyszło – powiedziała synowa z pewną pobłażliwością. – Zje pani śniadanie? – Chętnie… Iwona postawiła przede mną filiżankę herbaty i kilka kawałków drogiego sera. Dla niej to śniadanie. Mnie jednak od rana trzeba dobrze zjeść, zwłaszcza po podróży. Postanowiłam usmażyć jajka, miałam swój domowy chleb. Ale synowa kategorycznie mi zabroniła smażyć, bo potem będzie zapach na kuchni. Odmówiła też zjedzenia chleba – bo ona z Olkiem są na zdrowej diecie. Przeszła mi ochota na jedzenie. Było mi przykro, że syn się mnie wyparł na własnym weselu. Czekałam tyle lat, odkładałam pieniądze, a wszystko na marne. Piłam więc herbatę w milczeniu. Synowa milczała. Atmosfera była niezręczna. Do kuchni wbiegł chłopczyk i przytulił się do mnie. Chciałam go objąć, lecz Iwona natychmiast mi zabroniła, twierdząc, że nie wiadomo, z czym tu przyjechałam – a to dziecko. Nie miałam dla niego prezentu, więc dałam mu słoiczek malinowych konfitur – będzie miał przysmak do naleśników. Synowa wyrwała mi go z rąk: – Ile razy pani powtarzać? Jesteśmy na zdrowej diecie, cukru nie jemy! Do oczu napłynęły mi łzy. Nie dopiłam herbaty. Poszłam do przedpokoju, zaczęłam się ubierać. Synowa nie zareagowała. Nawet nie zapytała, dokąd idę. Wyszłam pod blok, usiadłam na ławce i się rozpłakałam. Tak mi źle jeszcze nigdy nie było. Po chwili zobaczyłam, jak synowa wyszła z dzieckiem na spacer – i wyniosła wszystkie moje przetwory do śmietnika. Słów mi zabrakło. Kiedy już poszli, zabrałam wszystko z powrotem do toreb i ruszyłam na dworzec. Miałam szczęście: ktoś zwrócił bilet i mogłam kupić go na wieczorny pociąg. Obok dworca była restauracja. Kupiłam sobie barszcz, kawałek mięsa, ziemniaki z surówką. Byłam głodna. Zapłaciłam sporo, ale czyż nie zasługuję na coś dobrego? Toreb nie nosiłam, oddałam je do przechowalni i miałam jeszcze czas, by pospacerować po Warszawie. Miasto mi się spodobało. Trochę zapomniałam o wszystkim. W pociągu nie zmrużyłam oka. Płakałam. Przykro mi było, że syn nawet nie zadzwonił i nie zapytał, gdzie jestem. Prędzej bym się spodziewała śniegu latem, niż takiego powitania od mojego dziecka. Jest jedynakiem, pokładałam w nim tyle nadziei, a wyszło, że jestem mu zupełnie niepotrzebna. I co ja mam teraz zrobić z tymi 60 tysiącami, które odkładałam na jego wesele? Oddać synowi, niech wie, że mama zawsze o niego dbała? Czy nie dawać nic, bo nie zasłużył?