Nie ma radości bez walki
Jak mogłaś się tak wpakować, głupia dziewczyno? Kto cię teraz weźmie z cudzym dzieckiem pod sercem? I jak ty to chcesz wychować? Na moją pomoc nie licz. Sama cię wychowałam, jeszcze twoje dziecko mam utrzymywać? Nie jestem ci już potrzebna. Zbieraj manatki i wynoś się z mojego domu!
Słuchałam cioci Krystyny, wpatrzona w podłogę. Ostatnia nadzieja, że pozwoli mi tu zostać choćby do znalezienia pracy, zgasła w jednej chwili.
Gdyby tylko mama żyła
Ojca nie poznałam mama zginęła piętnaście lat temu potrącona przez pijanego kierowcę na przejściu dla pieszych. Prawie trafiłam wtedy do domu dziecka, ale niespodziewanie pojawiła się daleka krewna trzecia kuzynka mamy. Ciocia Krystyna miała stałą pracę i dom na wsi, więc formalności z opieką poszły gładko.
Mieszkaliśmy na obrzeżach małego miasteczka na południu Polski, gdzie latem słońce paliło, a zimą często padał deszcz. Nie byłam głodna, zawsze miałam czyste ubrania i wiedziałam, co to praca dom, podwórko, kury, króliki, ogród. Może brakowało matczynej czułości, ale kto na to patrzy?
Dobrze się uczyłam, więc po liceum poszłam do pedagogicznego studium. Lata studiów minęły błyskawicznie, ale teraz wszystko się skończyło egzaminy zdane, wracam do miasta, które stało się moim domem. Powrót nie był jednak taki, jaki sobie wyobrażałam.
Ciocia Krystyna, ochłonąwszy trochę po swoim wybuchu, powiedziała już bez emocji:
Dosyć tego. Znikaj. Nie chcę cię tu widzieć.
Ciociu Krystyno, mogę chociaż…
Nie! Powiedziałam, co miałam do powiedzenia!
Bez słowa spakowałam walizkę i wyszłam na ulicę. Czy tak miał wyglądać mój powrót? Upokorzona, odrzucona, na dodatek z dzieckiem w brzuchu był to dopiero początek ciąży, ale ukrywać już nie chciałam.
Musiałam szukać dachu nad głową. Szedłam zatopiona w myślach, nie patrząc na świat dookoła.
Było lato, południowe słońce prażyło mocno. W sadach dojrzewały jabłka i gruszki, brzoskwinie błyszczały złotem. Na winnicach wisiały ciężkie kiście winogron, a pod gęstymi liśćmi chowały się ciemne śliwy. W powietrzu unosiły się zapachy powideł, pieczonego kurczaka i świeżego chleba. Upał ścinał z nóg, a mnie chciało się pić. Podeszłam do furtki i zagadnęłam kobietę przy letniej kuchni.
Czy mogę się napić wody?
Pani Zofia, krępa kobieta w okolicach pięćdziesiątki, spojrzała na mnie. Wejdź śmiało, komu w drogę, temu woda.
Nalała szklankę wody ze studni i podała mi. Usiadłam zmęczona na ławce, powoli sącząc napój.
Można trochę posiedzieć? Straszny żar.
Pewnie, dziecko. Skądś idziesz z walizką?
Właśnie skończyłam studia, chciałam uczyć, ale nie mam gdzie mieszkać. Może pani wie, kto wynajmuje pokój?
Zofia zmierzyła mnie wzrokiem: schludnie, choć trochę biednie ubrana, ze wzrokiem zmartwionym, jakby świat mnie przygniótł.
Zostań u mnie. Robota zawsze się znajdzie, a ja nie wymagam dużo. Pokażę pokój, zaakceptujesz dogadamy się.
Perspektywa lokatora Zofię nawet cieszyła przyda się parę dodatkowych złotych, szczególnie na tej polskiej prowincji. Syn daleko, rzadko odwiedzał, więc w długie zimowe wieczory ktoś do pogadania będzie w sam raz.
Ze wzruszeniem i niedowierzaniem poszłam za gospodynią. Pokój okazał się malutki, ale przytulny okno na sad, stolik, dwa krzesła, łóżko i wiekowa szafa. Idealnie. Szybko uzgodniłyśmy cenę, a ja, przebrawszy się, ruszyłam do wydziału oświaty.
Zaczęły się dni: praca, dom, praca i tak w kółko. Każdy dzień przepływał przez palce.
Z Zofią zżyłyśmy się, dobrze miłością i dobrocią mnie otoczyła, a ja odwdzięczałam się pomocą w domu. Każdego wieczoru siadałyśmy na tarasie z herbatą na południu Polski jesień nadchodzi powoli.
Ciąża przebiegała bez problemu. Nie miałam mdłości, cera została czysta, choć buzia się zaokrągliła. Opowiedziałam Zofii swoją historię, choć nie była ona wyjątkowa.
Na drugim roku studiów zakochałam się w Łukaszu, synu bogatego lekarza i nauczycielki. Przyszłość miał zaplanowaną: najpierw studia, potem doktorat, potem rodzina przy boku rodziców. Był przystojny, szarmancki, uwielbiany przez wszystkich. Z jakiegoś powodu wybrał mnie cichą, delikatną, o brązowych oczach i serdecznym uśmiechu. Może widział we mnie podobną duszę kogoś, kto zna od dziecka smak trosk? Może.
Spędziliśmy razem prawie cały czas na studiach. Przyszłość widziałam tylko z nim.
Ten dzień zapamiętałam na zawsze rano nie mogłam jeść, zapachy drażniły, mdliło mnie od wielu dni. Ale najważniejsze spóźniał się okres. Jak mogłam to przeoczyć? Kupiłam test, wróciłam do pokoju w akademiku, napiłam się wody i czekałam Dwie kreski. Patrzyłam na nie w osłupieniu. Niedługo egzaminy, a tu taka rewolucja! Jak zareaguje Łukasz? Przecież dzieci jeszcze nie planowaliśmy
A potem fala czułości do tego maleństwa pod sercem.
Maluszku szepnęłam, głaszcząc brzuch.
Łukasz wieczorem zaprowadził mnie do swoich rodziców. Do dzisiaj na myśl o tamtym spotkaniu robi mi się niedobrze w skrócie: kazali mi usunąć ciążę i po obronie dyplomu wyjechać, bo ich syn, ich jedynak, nie może tracić przez jakąś taką dziewczynę swojej szansy na karierę.
Co powiedzieli synowi, mogłam się tylko domyślać. Następnego dnia Łukasz, nie patrząc mi w oczy, zostawił na moim stole kopertę z pieniędzmi i wyszedł.
O aborcji nawet nie myślałam. Polubiłam już swoje dziecko. Ale pieniądze wzięłam przeczuwałam, że się przydadzą.
Zofia wysłuchała i powiedziała tylko: Bywa gorzej. Zrobiłaś dobrze, dzieci to dar. Może wszystko wyjdzie ci na lepsze.
Nie chciałam już nigdy słyszeć o Łukaszu. Nie wybaczyłabym mu tego upokorzenia i obojętności.
Czas mijał. Przestałam chodzić do pracy, ciężko już dźwigać brzuch. Chciałam wiedzieć, kto się urodzi, ale na USG nie było widać oby było zdrowe.
Pod koniec lutego, w sobotę, zaczęły się bóle i Zofia zawiozła mnie do szpitala. Poród przeszedł sprawnie przyszedł na świat silny chłopiec.
Janek szeptałam, głaszcząc jego okrągły policzek.
W sali zaprzyjaźniłam się z innymi mamami. Jedna powiedziała, że dwa dni temu do porodu trafiła żona strażnika granicznego. Nie są nawet po ślubie, tylko mieszkali razem.
Wyobraź sobie, kwiatów jej nawnosił, czekoladek, pieluszek, dla położnych whisky przywiózł, codziennie podjeżdżał do szpitala swoim SUV-em. A między nimi coś nie grało. Ona powtarzała, że dzieci nie chce. W końcu zostawiła tylko kartkę i zniknęła, napisała, że nie jest gotowa.
A dziecko?
Karmią butelką, ale siostra mówi, że ktoś by mógł dziecko piersią podkarmić Tylko każda ma własne.
Kiedy przynieśli dziewczynkę na karmienie, położna zapytała:
Może któraś ją przytuli i nakarmi? Słabiutka taka.
Ja spróbuję… powiedziałam cicho, odkładając śpiącego Janka i biorąc dziewczynkę w ramiona.
Taka drobna, słodziutka! Nazwę ją Marysią.
Przy silnym Janku dziewczynka była drobniutka jak ptaszek.
Nakarmiłam ją, a ona od razu usnęła przy piersi.
Wiedziałam, że bardzo słaba westchnęła położna.
Tak to karmiłam dwoje.
Po dwóch dniach położna oznajmiła, że po dziewczynkę przyjechał jej tata i prosi, żebym przyszła do gabinetu chciał podziękować tej, która karmiła jego córeczkę. I wtedy poznałam pana Marka, pogranicznika, kapitana nie najwyższego wzrostem, o jasnych, bardzo zdecydowanych oczach.
To, co stało się potem, opowiadały sobie potem wszystkie rodzące, a później i całe miasteczko historia miała taki finał, że każdy ją pamięta.
W dzień wypisu pod szpitalem stali lekarze, pielęgniarki, salowe. Przy wejściu czekał samochód przystrojony w niebieskie i różowe baloniki, a młody oficer w pagonach kapitana pomógł mi wsiąść razem z Zofią do auta, podał mi niebieski kocyk, a potem różowy.
Pod dźwięk klaksonów samochód ruszył i zniknął za zakrętem.
Tak to już w życiu nigdy nie wiadomo, dokąd nas zaprowadzi los.
Patrzyłam przez okno, przytulając oba maleństwa, a Zofia pogodnie się uśmiechała, patrząc na mnie. W środku pachniało świeżymi tulipanami i dziecięcym mydełkiem. Kapitan Marek, który dzień wcześniej klęczał przy szpitalnym łóżku z pytaniem o rękę, teraz prowadził samochód, zaglądając co chwilę do lusterka, gdzie mała Marysia obejmowała paluszek mojej dłoni.
A w domu czekało na nas już nie tylko ciepło i dach, ale i miłość, herbata z domowym dżemem, stara szafa, która teraz miała pomieścić dziecięce zabawki oraz nowe życie takie, którego nie dało się przewidzieć, a które już nabrało sensu.


