Siedzieli na nadbrzeżu, obserwując, jak kaczki łapią w locie kawałki chleba rzucane przez dzieci. Sesja za nimi, przed nimi dwa miesiące wolności: ani zajęć, ani nudnych wykładów, ani męczących zaliczeń.
— Co zamierzasz robić? — zapytał chłopak, nie odrywając wzroku od srebrzystej smugi na wodzie.
— Wyspać się, poczytać, spacerować… — odpowiedziała dziewczyna bez zawahania, jak dobrze wyuczoną lekcję. — A ty? Wracasz do domu? — dodała, nagle posmutniawszy i z niepokojem patrząc na niego.
— Nie. Wiesz, zawsze marzyłem o morzu. Wyobrażasz sobie, nigdy nie byłem. Koledzy wracali opaleni, chwalili się muszlami, opowiadali o delfinach i meduzach, a ja… Rodzice nigdy nie mieli pieniędzy. A kiedy mama umarła, to już nie było czasu na marzenia.
— My jeździliśmy co roku do Trójmiasta, kiedy jeszcze żył z nami tata — powiedziała z nostalgią, wpatrując się gdzieś w dal, jakby tam dostrzegała szczęśliwą przeszłość. — A co, znalazłeś jakieś pieniądze? — wróciła do rzeczywistości.
— Nie, ale mogę pożyczyć.
— Od kogo? Połowa naszych już w drodze do domu, a druga połowa świętuje koniec sesji za resztki z stypendium. I tak trzeba będzie oddać — Ola spojrzała z wyrzutem na profil Krzysztofa.
— Wystarczy tylko na jedzenie i bilety. Tam jest ciepło. *„Pod każdym krzakiem stół i dom”* — zacytował słowa znanej bajki. — Wynajem będzie tani. Oddam, zarobię. Tylko potrzebuję czasu.
— Skąd wiesz? W sezonie nic taniego nie znajdziesz. Nie żartuj. Leżak pod drzewem będzie kosztował jak hotel. A pamiętasz, jak kończy się ta bajka? — zapytała z nutą moralizatorstwa.
— No i czemu jesteś taka… nudna. A gdybym znalazł pieniądze, pojechałabyś? — Krzysztof odwrócił się do niej i złapał jej zdezorientowane spojrzenie.
— Pewnie nie. Mama nigdy by nie pozwoliła — szczerze przyznała.
Wtem jedna z kaczek rozpostarła skrzydła i poderwała się nad wodę, płosząc resztę. Oboje odwrócili uwagę. Ptak złapał kilka kawałków chleba w locie i odpłynął zadowolony.
— Zaraz. — Krzysztof wyjął telefon z tylnej kieszeni dżinsów i wybrał numer. — Łukasz? Tak, zdałem… Nie ważne, liczy się, że zdałem. Słuchaj, pożyczysz trzydzieści tysięcy… Nie? A ile masz? Tylko tyle?… Dobra, daj. Wieczorem będziesz w domu? Wpadnę. No i mamy pieniądze. Jedziesz? — zapytał ponownie, chowając telefon.
— Naprawdę? Do jesieni wszystkie pociągi dawno wykupione — zauważyła sceptycznie Ola.
— Można jechać z przesiadkami, autostopem. Powiedz szczerze, że się boisz — zaśmiał się.
— Nie boję się — rzuciła wyzywająco. — Tylko… mama nie pozwoli.
— Zwariowałaś? Z chłopakiem? Na południe? Wiesz, jakie dziewczyny tam jeżdżą? Nie, to wykluczone — odpowiedziała ostro matka, potrząsając głową dla większego efektu.
— Mamo, jestem dorosła. Nie zmuszaj mnie, żebym uciekała potajemnie. — Głos Oli zadrżał, łzy gotowe były wypłynąć.
— Co ty mówisz? Uciekać od własnej matki? I dla kogo?
— Kocham go, mamo — cicho powiedziała, wypowiadając ostatni, najgorszy możliwy argument.
— Córko, masz jeszcze całe życie przed sobą. Po co się śpieszyć? Skończysz studia, pobierzecie się, wtedy pojedziecie — zmęczyła się bezowocnymi prośbami.
Ola łkała.
— Nie przekonam cię, prawda? Nie chcę, żebyśmy się rozstawały w gniewie. Jedź, ale obiecaj, że jak będzie ci źle lub coś się stanie, natychmiast do mnie zadzwonisz.
— Obiecuję, mamo. — Ola podbiegła i przytuliła ją. — Zbieram się? — oderwała się, patrząc mokrymi oczami, jakby sprawdzając, czy to nie żart. — Wyjeżdżamy jutro rano.
— Jak? Myślałam, że chociaż go poznam…
— Przyjdzie po mnie, zobaczysz go. To porządny chłopak — rzuciła już w drodze do pokoju.
Matka pokręciła głową i powlokła się do kuchni, rozdarta wątpliwościami, lękiem przed problemami, które nieuchronnie spadną na jej głowę. Przeklinała męża, który je zostawił i nie interesował się córką. Gdyby był, Ola nigdy nie odważyłaby się nawet wspomnieć o wyjeździe z chłopakiem nad morze. Ale z drugiej strony — nie mogła jej trzymać siłą. Może panikowała niepotrzebnie? Naczynia w jej rękach dźwięczały, jakby podzielały niepokoje.
Wczesnym rankiem rozległ się krótki dzwonek do drzwi. Matka nadstawiła ucha, ale Ola była w łazience. Dzwonek nie powtórzył się. Mimo to otworzyła i drgnęła ze zdumienia. W progu stał przystojny chłopak z plecakiem.
— Dzień dobry. Jestem Krzysztof — przedstawił się, uśmiechając się białymi zębami.
Matka długo nie mogła dojść do siebie. Po nieprzespanej nocy z troskami i wątpliwościami, myślała ospale.
— Już idę! — z łazienki wyjrzała Ola z pastą na szczoteczce.
Matka ocknęła się i zaprosiła go do środka.
— Niech się pani nie martwi, wszystko będzie dobrze — powiedział Krzysztof.
Gdy tylko próbowała zrozumieć jego słowa, Ola wyszła i za rękę wciągnęła go do pokoju. Po kilku minutach wyszli, on niósł jej plecak.
— Czas już iść. Nie martw się, będę dzwonić. — Ola pocałowała matkę w policzek.
— A śniadanie? — ocknęła się.
— Jeśli można, zabierzemy kanapki na drogę — uśmiechnął się, odwracając.
— Tak, zaraz. — Rzuciła się do kuchni i po chwili wróciła z torbą kanapek i jabłkami.
Zamknęła drzwi, myśląc, że rozumie córkę. W takiego trudno się nie zakochać.
— Dokąd? — spytała na ulicy. — Spodobałeś się mamie.
— Cieszę się. Na dworzec.
Dwa dni jechali z przesiadkami, godzinami stojąc na drodze, próbując łapać stopa, dusząc się w upale. Ale gdy zobaczyli morze, zapomnieli o zmęczeniu i rzuciliMorze było wciąż takie samo, błękitne i nieskończone, ale oni już nigdy do niego nie wrócili — czas zabrał ich marzenia, lecz zostawił wspomnienia, których nie trzeba żałować.



