Nie ma nic straszniejszego na świecie…
– No cóż, u Kacpra jest wszystko w porządku. Wypisuję go do przedszkola. – Lekarce podała Jolancie zaświadczenie. – Nie choruj więcej, Kacperek.
Chłopiec skinął głową i spojrzał na mamę.
– Chodźmy. – Jolanta wzięła syna za rękę, a w drzwiach jeszcze się odwróciła. – Do widzenia.
– Do widzenia – powtórzył za nią Kacper.
W korytarzu Jolanta posadziła synka na krześle i poszła do szatni po kurtki. Kacper wesoło przebierał nóżkami i z ciekawością przyglądał się innym dzieciom. Gdy już się ubrali, Jolanta zawiązała mu szalik na szyi.
– Jutro idziesz do przedszkola. Stęskniłeś się? – spytała.
– Oczywiście! – ucieszył się Kacper.
Wyszli z przychodni i ruszyli w stronę przystanku, mijając zaspy śniegu.
– Mamo! No mamo… – Kacper szarpnął mamę za rękaw, gdy ta zamyśliła się, że wreszcie jutro wróci do pracy i życie znów nabierze normalnego rytmu.
– Co? – ocknęła się.
Śledząc wzrok syna, zobaczyła kobietę z otwartym wózkiem. Siedział w nim chłopiec w wieku Kacpra, z otwartą buzią, śliniący się, z pustym spojrzeniem.
Jolanta szybko odwróciła wzrok.
– Mamo, dlaczego ten chłopiec jeździ w wózku? Przecież jest duży – szepnął Kacper.
– Jest chory – odpowiedziała.
– Ale ty mnie nie woziłaś w wózku, jak byłem chory! – nie dawał za wygraną.
– Chodźmy prędzej. On jest chory inaczej. – Jolanta spojrzała jeszcze raz na oddalającą się kobietę i pociągnęła syna na przystanek.
Od kiedy urodził się Kacper, nie mogła patrzeć na chore dzieci, mimowolnie wyobrażając sobie, że to jej sytuacja. Serce ściskało się z żalu. Na takie matki patrzyła z ogromnym współczuciem. Zwykle zostali same, bo mężowie często nie wytrzymywali i odchodzili. Dobrze, jeśli miały obok rodzinę.
A czy ona dałaby radę? Wzięłaby na siebie ten ciężar? A może zostawiłaby dziecko w szpitalu? Swojego Kacpra? Nigdy. Nawet myśleć o tym było przerażające.
Jechali autobusem do domu, a Jolanta wspominała…
***
Była sympatyczną i wesołą dziewczyną. Spotykała się z chłopakami, ale nie spieszyła się do małżeństwa, a o dzieciach nawet nie myślała. Ale czas płynął. Przyjaciółki już dawno wyszły za mąż, niektóre nawet nie raz, u niektórych dzieci chodziły do szkoły. Rodzina i znajomi przy spotkaniu pytali, czy już się nie zdecydowała, i dziwili się, słysząc odpowiedź.
Z czasem i ona zapragCzuła, że jej życie było pełne, bo miała największy skarb – Kacpra, który ściskał teraz jej dłoń i mówił o nowej zabawce, a ona, mimo trudnych wspomnień, wiedziała, że każde zmartwienie było tego warte.



