— Nie jesteś sama, córeczko…
— Iwanowska, przynieść ci dziecko do karmienia?
— Nie, mówiłam już. Napiszę odmowę.
Pielęgniarka pokręciła głową i wyszła. Zosia odwróciła się do ściany i rozpłakała. Karmiące mamy w sali wymieniły spojrzenia i wróciły do swoich maluchów.
Zosia trafiła do szpitala w nocy z bólami porodowymi, urodziła szybko. Chłopiec, 3 kg 500 g. Zdrowy, piękny. Gdy tylko na niego spojrzała, nowo upieczona matka rozpłakała się, ale nie z radości.
— No, wszystko w porządku, czego płaczesz? Masz takiego zdrowego chłopca, mocnego. Córkę chciałaś, co? Nic nie szkodzi, przyjdziesz później po córeczkę.
— Zostawię go. Nie zabiorę…
— No proszę cię… Jaki powód? Dziewczyno, nie bądź głupia, masz czas do namysłu, to przecież twoje dziecko, naprawdę ci nie żal?
Daria, sąsiadka Zosi z sali, siedziała na ławce z mężem na korytarzu dla odwiedzających. Opowiadała, jak ich córeczka śmiesznie marszczy nosek, oboje śmiali się wesoło. Weszła kobieta z paczką, poprosiła, by zawołali Zosię.
Dasia poszła do sali i przyprowadziła Zosię.
— Córeczko, jak się masz? Jak synek? A tak w ogóle, wymyśliłaś już imię?
— Nie ma imienia… Niech nowi rodzice nazwą go, jak zechcą. Zostawię go, mamo… Nikomu nie jesteśmy potrzebni, sami na tym świecie…
Zosia zakryła twarz rękami i zaczęła drżeć od płaczu. Dasi było niezręcznie być świadkiem takiej sceny, szybko pożegnała się z mężem i wyszła.
— Nie jesteś sama, córeczko, masz mnie. A ten Władek to łajdak, cóż powiedzieć. To ta jego kochanka nagadała, że dziecko nie jest jego, że sobie znalazłaś kogoś, więc się wściekł. Nic, opamięta się i wróci. Masz tu coś dla ciebie, jedz, żeby mleko było syte. A synka nazwij Jasiem.
Zosia wróciła do sali i wsunęła paczkę do szuflady. Na korytarzu rozległ się dziecięcy płacz, głośny, przenikliwy. Zosia wyszła na korytarz.
— To nie mój tak krzyczy?
— Twój…
— No to dajcie, nakarmię go…
Pielęgniarka podniosła się i przyniosła malucha. Krzyczał wniebogłosy, buzia była czerwona od wysiłku.
— No, nie krzycz tak. Zaraz mamusia cię nakarmi.
Zosia niezdarnie próbowała przystawić krzyczące dziecko do piersi. Daria podeszła i pomogła jej. Dziecko ucichło, proces się udał. Twarz Zosi rozjaśniła się uśmiechem, jaki on był śmieszny, ten maluch, sapie, stara się.
Od tej pory na każde karmienie przynoszono Jasia do mamy. Zosi podobało się przyglądać jego noskowi jak guziczek, zmarszczonym brwiom.
— Zosiu, to twoja mama była? Taka miła kobieta.
— Nie, to teściowa. Mama zmarła, gdy byłam mała, ojciec się rozpił, wychowywała mnie ciotka. Potem wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do domu męża. Żyliśmy dobrze, dopóki nie znalazł sobie tej swojej.
Odszedł do niej, a o mnie nie chce wiedzieć. Byłam nieprzytomna z tej wiadomości, a tu zaczęły się skurcze…
— A gdzie teraz pójdziesz z dzieckiem?
— Teściowa proponuje, żebym zamieszkała z nią, jest sama, męża nie ma, syn jeden — i ten uciekł… Ona jest dobra, życzliwa kobieta, zawsze dobrze mnie traktowała.
— No to idź do niej, z wnukiem będzie się zajmować, to jakaś pomoc. A mąż się opamięta i wróci…
Zosia tak zrobiła. Anna Kuźminówna pomagała we wszystkim, w wnuku duszy nie widziała.
Gdy Jasio skończył miesiąc, pojawił się ojciec. Zosi nie było w domu, poszła do sklepu.
— Mamo, ja z Kasią wyjeżdżamy na północ, tam jest praca. Przyszedłem się pożegnać. I tak… Pieniędzy poprosić, ile nie żałujesz…
— Żałuję. Żonę zostawiłeś w ciąży, łajdaku, ona ledwo nie zostawiła dziecka w szpitalu z rozpaczy. Ech, ty… Nie ma ojca, bo bym ci dał porządną nauczkę. Pieniędzy nie dam. Mam wnuka, on potrzebuje, a ty sobie zarobisz.
Wtedy zaczął płakać Jasio, Anna Kuźminówna rzuciła się do łóżeczka.
— Co, nawet na syna nie spojrzysz? Twój obraz.
— Jaki on mój syn… Zosia go sobie znalazła, po co mi obce dziecko.
— No i głupi jesteś, Władek. Idź, żyj dalej bez rozumu.
Anna Kuźminówna przeszła na emeryturę, a na jej miejsce zatrudnili Zosię. Jasio poszedł do przedszkola, żyli w trójkę zgodnie i wesoło.
— Aniu, czemu twoja synowa nie myśli o wyprowadzce? Gdzie to słychane, żeby teściowa mieszkała z synową, a syna wyrzuciła.
— Zosia jest mi droższa niż syn — głupiec, a wnuk to mój ulubieniec. Dla nich żyję, Weroniko. A ty byś swój język trzymała na wodzy…
Sąsiadka Weronika pokręciła głową i poszła dalej. Sincerze nie rozumiała zachowania Anny, u niej wszystko byłoby inaczej, syn zawsze na pierwszym miejscu. Alkoholik, oczywiście, ale widocznie taka jego dola.
Anna Kuźminówna zauważyła, że Zosia zaczęła się stroić i wieczorami gdzieś biegać.
— Zosiu, no i jak on się nazywa?
— Kto, mamo?
— No ten, do którego biegasz… Opowiedz, córeczko, przecież jestem ciekawa.
— Oj, tak tylko spacerujemy… Wojskowy jest, przyjechał do rodziny, przypadkiem się poznaliśmy.
— A wie on o Jasiu?
— Oczywiście, wszystko wie…
— No to przyprowadź go, nie ma co go przede mną chować. Jeśli dobry człowiek, to niech tak będzie…
Aleksy, tak nazywał się znajomy Zosi, przyniósł kosz jagód i ciasto, które upiekła jego ciotka. Jasiowi podarował zabawkowy samochód i piłkę nożną.
Wieczór minął wesoło, Aleksy opowiadał śmieszne historie z życia, Zosia śmiała się do łez, a Anna Kuźminówna aż się za boki trzymała.
Po wyjściu gościa Zosia od razu zapytała:
— No i jak ci się podoba? Dobry człowiek, co myślisz, mamo?
— Dobry, córeczko… Szanujący, ciekawy, dobrze wychowany. I co najważniejsze, kocha cię. Godny kandydat, nie przegap swojego szczęścia!
Miesiąc później Aleksy przyszedł prosić o rękę Zosi u Anny Kuźminówny.
— Bądźcie spokojni, Zosieńki nigdy nie skrzywdzę z Jasiem. Będziemy mieszkać w Gdańsku, tam mam duży dom. Kochamy się, a Jasiu jest dla mnie jak syn. Pobłogosławcie nas.
Anna Kuźminówna odprowadziła Zosię z Aleksym i Jasiem. No i pojechali do miasta, obiecali pisać, przyjeżdżać w odwiedziny… Jak ona teraz tu sama, bez nich…
Rok później zjawił się syn, Władek. Brudny, zaniedbany.
— Boże, na kogo ty wyglądasz, Władek? Co, twoja Kasia nie pierze ci ubrań, czy co?
— Eee… Nie ma już Kasi. Uciekła z jakimś bogaczem… Wszystko przepiliśmy, nic nie mam… Przypomniałem sobie, że mam matkę i swój dom…
— W porę sobie przypomniałeś, tyle lat nie wiedziałeś, czy ja tu żyję, czy nie…
— I o synu powiedziała, że wtedy nakłamała, żeby mnie odciągnąć od rodziny, a ja uwierzyłem… No to chcę poznać synka… Gdzie on, przy okazji?
— Zmarnowałeś swoje szczęście. Zosia wyszła za mąż za porządnego człowieka i jest szczęśliwa. Jasia zapisali na niego, więc nie masz syna. A ja pakuję rzeczy i jadę do nich. Zosia urodziła córeczkę, chcę pomóc i wnuczkę poniańczyć. A ty tu mieszkaj i pilnuj domu, rozumiesz?
Anna Kuźminówna jechała pociągiem i myślała, jak to życie potrafi być ciekawe. I jakie to szczęście, gdy ktoś cię potrzebuje, gdy masz komu pomóc i wesprzeć, tak jak kiedyś ona wsparła Zosię. Bo gdyby wtedy nie pomogła, kto wie, jak potoczyłoby się ich życie…



