Ty mi nie jesteś żoną: przecież nigdy nie byliśmy w urzędzie stanu cywilnego, prawda?
Jaka ja ci żona? Czy chodziliśmy do USC? Stawialiśmy pieczątki? Zakładałeś mi pierścionek?
Halina spuściła wzrok. Marzyła o tym wszystkim, ale lata mijały, a życie toczyło się bez formalności.
Nie! Nie! I jeszcze raz nie! warknął Marek. Jesteś dla mnie nikim! Skąd ci przyszło do głowy, że możesz nazywać się moją żoną?
Marku, nie milcz, porozmawiaj ze mną! błagała, dotykając jego dłoni.
A ty masz coś jeszcze do dodania? odsunął się. I tak już powiedziałaś za dużo!
Przecież nic nie powiedziałam wyszeptała Halina.
Zapamiętaj raz na zawsze: milczenie jest złotem! Zwłaszcza dla ciebie! demonstracyjnie odwrócił się do okna.
Przestań się dąsać, kochanie! przysunęła się bliżej.
Lepiej byś język za zębami trzymała! Marek podniósł ręce. Skąd wy, baby, macie ten talent, żeby jednym słowem wszystko zrujnować? W szkole was uczą, jak doprowadzać faceta do zawału?
Halina pomyślała, że jest obrażony z powodu porannej kłótni: Marek stłukł dwie filiżanki swoją i jej.
Jak można tak nie uważać? gotowała się. Inni ludzie mają ręce jak ręce, a ty masz grabie! Swoją rozbiłeś no cóż, ale po co tykałeś mojej? Specjalnie, żeby nie zostało ani jednej ulubionej?
W końcu to tylko zwykła sprzeczka. Takie rzeczy powinno się puszczać mimo uszu. Ale Marek, naburmuszony, poszedł do pracy, a wróciwszy, cały wieczór zachowywał lodowate milczenie. Ignorował ją, nie przyszedł na kolację, choć wołała go trzy razy. Czas było się pogodzić.
Daj spokój, w sobotę kupimy nowe filiżanki w Smyku! A ręce no cóż, poćwiczysz!
O jakich filiżankach mówisz?! Marek błysnął oczami. W ogóle zdajesz sobie sprawę, co narobiłaś swoim gadaniem?
Mogę przeprosić zbiła się z tropu Halina. Nie gniewaj się!
Przeprosić? wybuchnął histerycznym śmiechem. Gdyby twoje słowa dało się wymazać przepraszam, byłbym teraz w siódmym niebie! A tak po prostu dobiłaś mnie!
Boże, co ja takiego powiedziałam? w końcu jej zaświtało: nie chodzi o naczynia.
A kto dziś oznajmił mojej szefowej, że rozmawia z żoną Marka?! trząsł się ze złości.
Byłeś pod prysznicem, telefon dzwonił zaczęła jąkać. Odebrałam, powiedziałam, żeby poczekała. Spytała, kim jestem. No to nazwałam się żoną. A gdy podałam słuchawkę już się rozłączyła. Co w tym złego?
I jeszcze pytasz?! Marek zaczerwienił się, żyła na skroni zaczęła pulsować. Jaka ty mi żona? Czy poszliśmy do USC? Czy mamy pieczątki? Dałeś mi pierścionek?
Halina przełknęła ślinę. Marzyła o tym, ale
Nie! Nie! I jeszcze raz nie! wrzeszczał. Jesteś nikim! Z jakiej racji uważasz się za moją żonę?
***
I długo ten cyrk ma trwać? zaśmiała się Zofia Stanisławowa.
Mamo Halina zmarszczyła brwi. Teraz inne czasy. Tobie oceniać? Po ojcu sama z kim tylko nie byłaś!
Nie kłam na matkę! kobieta zachowała uśmiech. W moim wieku plotki się nie imają. A ty jesteś młoda pomyśl o przyszłości!
Mamo, pięćdziesiąt pięć to nie starość! Jeszcze cię ktoś może za żonę wziąć!
Jeśli znajdzie się porządny mężczyzna czemu nie? poprawiła siwe pasemka. Na razie obchodzę się substytutami.
No ty dopiero! prychnęła Halina.
Wtedy matka spoważniała:
Halinko, rozumiem: teraz wielu żyje na kocią łapę, dzieci rodzą. Ale prawnie to tylko konkubinat. Żadnych gwarancji!
Jeśli jest miłość, gwarancje nie są potrzebne.
Miłość minie zostanie pustka. A oficjalny mąż choćby alimenty, choćby udział w majątku. A tak nawet przez sąd nic nie wyciągniesz!
U nas z Markiem wszystko w porządku! Sześć lat razem. Po co pieczątka? Zarabiamy tyle samo.
Niewystarczająco! pogroziła palcem. Nawet aluzjami go podprowadzaj! Nazywaj mężulkem, żartuj o żonusi. Niech się przyzwyczaja. Potem pod wieniec!
A jeśli spłoszę? Halina pokręciła głową. Szczęście jest kruche nie kusić losu!
Twoje życie westchnęła Zofia Stanisławowa. Ale pamiętaj: odpowiedzialność to oznaka dojrzałości. A u was same głupoty.
***
Rady matki utkwiły Halinie w głowie. Małżeństwo to ubezpieczenie dla kobiety. Przyjaciółka Ewa też naciskała:
Wyobraź sobie: weźmiecie kredyt. Będzie na Marka. A jeśli się rozstaniecie?
Pesymistka!
Załóżmy, że zechce przekazać mieszkanie siostrzeńcowi. Nawet nie piśniesz! Sąd bez ślubu strata nerwów.
Rachunki zbiorę, świadków znajdę!
Albo Ewa przebiegle się uśmiechnęła po prostu się z nim ożeń.
Mama też radzi drażnić go mężulkiem. Przyzwyczajać powoli.
No to działaj!
***
Halina zaczęła nazywać Marka mężem przy każdej okazji. On początkowo się śmiał, ale stopniowo przywykł. I ona uwierzyła w tę grę aż do dnia, gdy powiedziała jego szefowej to fatalne: To jego żona.
***
Przecież jesteśmy razem sześć lat! głos Haliny drżał. Myślałam, że tworzymy rodzinę. Dzieci, starość ramię w ramię
Milczałabyś! wściekle przemierzał pokój. Po co włazisz do Elżbiety Janowej? Teraz mnie zwalniają!
Ale zawsze nazywam cię mężem!
Różnica w tym, że przez ciebie moja kariera się skończyła! Marek rzucił klucze na stół. Ja nie tylko do USC żyć z tobą nie będę! Pakuję się!
Mówisz poważnie? oniemiała. Tylko nazwałam się żoną
Elżbieta Janowa trzymała mnie przez osobiste zainteresowanie! A teraz, skoro jestem żonaty ty stałaś się jej kością w gardle!
***
Tyd



