**Pamiętnik**
„Nie chrup, Lalka, kluczem jak wróbel. Najważniejsze, żeby dobrze wyjść za mąż. I tak na swoim wyjdziesz” – pouczała mnie ciotka.
Dorastałam jako jedynaczka, oczko w głowie rodziców, którzy duszą we mnie byli. Pod koniec liceum coraz częściej wspominałam, że chcę studiować w Warszawie.
– Córeczko, mamy tu dobry uniwersytet. Po co ci Warszawa? – pytał ojciec.
– Tato, chcę być dziennikarką. A po naszym uniwersytecie zostanę tylko nauczycielką.
Rodzice długo nie chcieli puścić mnie samodzielnie w świat. Ileż filmów oglądali o złamanych losach dziewczyn z prowincji, które szukały szczęścia w stolicy! W końcu jednak ustąpili. Ojciec skontaktował się z daleką kuzynką mieszkającą w Warszawie. Ta zgodziła się przygarnąć mnie na czas studiów. Radość mnie rozpierała. Obiecałam rodzicom, że dam radę, że nie będą musieli się za mnie wstydzić – wręcz przeciwnie, będą dumni.
Ojciec osobiście zawiózł mnie, upewnił się, że mam dobre warunki, zostawił trochę złotych na początek i wrócił do domu.
Mieszkałam u kuzynki nie za darmo. Sprzątałam, robiłam zakupy, gotowałam. Sąsiedzi kręcili głowami: „Zrobiła z krewnej służącą”. Kuzynka żyła sama – mąż dawno odszedł do innej, zostawiając jej mieszkanie. Uważała swoje życie za udane. „Mieszkam w Warszawie, w stolicy, a nie gdzieś na zadupiu”. I mnie pouczała:
– Lalka, nie pierdol głupot. Studia to fajnie, ale dla kobiety nie najważniejsze. Najważniejsze to dobrze wyjść za mąż – za warszawiaka. I tak na swoim wyjdziesz. Jak ja.
Słuchałam i tylko się uśmiechałam. Nie marzyłam jeszcze o małżeństwie. Marzyłam, żeby ktoś zauważył moje zdolności, przyjął mnie do prestżowego wydawnictwa, a jeśli szczęście będzie mi sprzyjać – żeby pracować w telewizji.
Ale życie lubi korygować ambitne plany. Na trzecim roku zakochałam się w Janie. Poznaliśmy się przypadkiem. Obchodziłyśmy z dziewczynami udaną sesję. Jan był tam z kolegą. Zauważył mnie, zaprosił do tańca, potem odprowadził.
Dziewczyny zachęcały: „Nie przepuść takiego faceta”. Osiem lat starszy, warszawiak, z mieszkaniem, przystojny. Jan nie ukrywał, że jest po rozwodzie, że ma córkę. Ale kto w młodości nie popełnia błędów? Córka mieszka z matką, nie będzie przeszkadzać. A z drugiej strony – znaczy, dzieci lubi.
Nie miałam planów, ale Jan mi się podobał. Widział, że jestem niedoświadczona, nie naciskał. Chodziliśmy na spacery, do kina, na koncerty. Przez te lata w Warszawie nie poznałam miasta tak, jak po spotkaniu z nim.
Coraz częściej mówił o miłości, o przyszłości, o naszych dzieciach. Głowa mi się kręciła. Kiedy w końcu się oświadczył, od razu się zgodziłam. Do końca studiów został tylko rok. A przede mną czekało dorosłe życie.
Jan zabrał mnie do rodziców. Ojciec się uśmiechnął i schował za gazetą. Matka zaś dała mi jasno do zrozumienia, że Jan nie jest pozbawiony uwagi kobiet, że nie pozwoli synowi powtórzyć błędu, że widzi, iż zależy mi na meldunku, mieszkaniu…
– Nie mogłeś pokochać kogoś ze swojego poziomu? Znowu te same grabie – zakończyła swoją tyradę.
– Jakie grabie?! Dość, mamo. Kasia, nawiasem mówiąc, była warszawianką. I co z tego? – Jan ostro przerwał matce i wyprowadził mnie.
Do ślubu więcej nie widziałam jego rodziców. Za to często przywoził córkę, Reginę. Nazwali ją tak po babci, która podobno była słynną aktorką albo żoną artysty… Nigdy nie zrozumiałam.
Regina była duża, niewyróżniająca się urodą, spokojna. Jan cieszył się, że szybko się z nią dogadałam. Na ślubie teściowa dała mi do zrozumienia, że z dziećmi nie warto się śpieszyć. Zapewniłam ją, że najpierw skończę studia i popracuję.
Kiedy pierwszy raz przywiozła Reginę, oznajmiła, że ojciec nie może zaniedbywać córki. Jan całymi dniami spełniał jej zachcianki. Nie protestowałam – wiedziałam, na co się decyduję.
Po studiach dostałam pracę w gazecie – nie prestiżowej, ale zawsze w Warszawie. Spełniło się moje marzenie. Kilka razy odwiedziliśmy moich rodziców z prezentami. Ale najlepszym prezentem były ich szczęśliwe oczy.
Minęły prawie trzy lata. Pewnego dnia przed świętami powiedziałam Janowi, że jestem w ciąży.
– Chciałam powiedzieć w Nowy Rok, ale nie wytrzymałam! – zawołałam radośnie.
– Nie chciałaś dzieci… Jak to się stało? Bierzesz tabletki. Zapomniałaś? – zapytał zirytowany.
– To nie przypadek. Odstawiłam je. Myślałam, że nie od razu wyjdzie, ale wyszło od razu. Super, prawda? – Zobaczyłam jego zdziwioną minę. – Nie cieszysz się?
– Cieszę, ale… Dlaczego nie poradziłaś się mnie?
– Jeśli mężczyzna oddaje kobiecie decyzję o antykoncepcji, to oddaje też prawo decydowania o dziecku. Nie? Chcę dziecko. A kiedy mam rodzić? Jak będę miała czterdzieści lat? – prawie krzyknęłam. Myślałam, że się ucieszy.
– Nie krzycz. Skoro już tak wyszło… Niech będzie chłopak. Sam będziesz się nim zajmować. A praca? – Jan przytulił mnie.
W Nowy Rok oznajmił rodzicom. Ojciec poklepał go po plecach. Matka zaatakowała:
– Wiedziałam, że ta prowincjuszka chce się przypodobać dzieckiem. Sprytnie cię oplątała. Najpierw meldunek, teraz dziecko. A jesteś pewien, że twoje? Zabierze ci mieszkanie. Nie mamy już pieniędzy na drugie, jak dla pierwszej żony.
– Mamo, co ty mówisz?! Kochamy się. Lalka nie…
– Na razie nie. A wiesz, co jej w głowie siedzi? – nie słuchała go.
Jan trzasnął drzwiami. Ciąża przebiegła dobrze. Po dziewięciu miesiącach urodziłam zdrowego chłopca.
Rodzice w końcu przyszli do szpitala. Teściowa stała z wyniosłą miną, ale gdy położna podała zawiniątko z niebieską wstążką, zajrzała do środka – i zmarszczki koło ust zniknęły. Synek był kopią Jana.
– Skoro jest nas troje, pora pomyśleć o większym mieszkaniu. Chłopcu pokój się przyda – rozmarzył się po drinku Jan.
– Jeszcze malutki. Niech najpierw wróPo latach zrozumiałam, że prawdziwe szczęście nie zależy od miejsca, lecz od ludzi, których kochamy i którzy nas kochają naprawdę.



