Nie czuję do ciebie nienawiści

Nie nienawidzę cię

Nic się nie zmieniło

Wera nerwowo bawi się końcem rękawa, wpatrując się w okno taksówki. Za szybą przewijają się znajome od dzieciństwa ulice Wrocławia właśnie te, po których kiedyś biegała z Rafałem, śmiejąc się i snując plany na przyszłość. Siedem lat Siedem długich lat nie było jej w domu.

Jesteśmy na miejscu odzywa się taksówkarz, wyrywając ją z zamyślenia.

Auto łagodnie zatrzymuje się przed wejściem do starego bloku. Wera odruchowo sprawdza, czy ma przy sobie telefon, wyciąga portfel, płaci trzydzieści osiem złotych i wychodzi. Drzwi się zamykają, a ona przez chwilę stoi bez ruchu, wdychając zapach rodzinnego miasta. Naprawdę pachnie tu inaczej niż w Warszawie, gdzie mieszka teraz. Każdy zapach, każda nuta dźwięku budzi uśpione wspomnienia. Czuć świeżo skoszoną trawę z pobliskiego parku, trochę świeżego pieczywa z małej piekarni na rogu, a najbardziej coś nienazwanego, co można określić tylko jednym słowem: dom. Od tego uczucia ściska jej się serce boleśnie, lecz jednocześnie słodko. Cieszy się i boi tego, co czeka za drzwiami.

Zamierza zostać tylko kilka dni oficjalnie, żeby odwiedzić mamę i pomóc jej z papierami, które od dawna czekały na załatwienie. Chce przejść się po znajomych miejscach, sprawdzić, czy pozostały takie jak w jej pamięci. Ale w głębi duszy jest jeszcze inny powód, chyba najważniejszy. Wera desperacko chce zobaczyć Rafała. Może coś jeszcze się zmieni?

Wie, że mieszka niedaleko. Nie śledziła go, nie wypytywała znajomych. Ale czasem, podczas rozmów na Facebooku lub przypadkowych spotkań, jego imię pojawiało się mimochodem: a to zmienił pracę, a to kupił mieszkanie, a to przygarnął matkę do siebie Za każdym razem wyobrażała go sobie jak teraz wygląda, czym się zajmuje, o czym myśli. Potem odganiała myśli: nie chciała rozdrapywać ran.

********************

Następnego dnia Wera postanawia przejść się przez rynek. Nie układa planów pragnie jedynie poczuć atmosferę miasta, zobaczyć znajome miejsca w słońcu, poczuć rytm ulic, które kiedyś były jej codziennością. Idzie powoli, przygląda się witrynom, uśmiecha do siebie, rozpoznając stare detale: kiosk, gdzie kupowała zeszyty, ławka, na której siedziała z koleżankami po szkole, niewielka kawiarnia, gdzie pierwszy raz zamówiła cappuccino i niemal wylała je na nową bluzkę.

I nagle go widzi.

Rafał idzie drugą stroną ulicy. Nie zwraca na nią uwagi, patrzy przed siebie, jakby pogrążony w myślach. Wera zamiera. Wszystko w niej przewraca się na moment zapomina nawet o oddechu. On się nie zmienił nadal wysoki, ta sama rozluźniona sylwetka, ten sam krok. Nawet fryzura ta sama.

Bez namysłu przebiega przez ulicę. Światła mrugają żółtym, ktoś trąbi, ale ona nie słyszy. Nogi niosą ją same, serce wali tak mocno, że aż czuje je w gardle.

Rafał! krzyczy, gdy go dogania.

Głos jej drży, nie spodziewała się aż takiego wzburzenia. On się odwraca i nic. Żadnej radości, żadnej złości. Nic.

Wera? mówi spokojnie, niemal obojętnie.

Ten obojętny ton boli bardziej, niż się spodziewała. Siedem lat tłumionych emocji wybucha nagle. Oczy zachodzą łzami, głos się łamie, już nie jest w stanie się powstrzymać.

Rafał, ja jestem winna z trudem wydusza. Wiem, że nie powinnam tu podchodzić, ale ja łka, usiłując zebrać myśli, ale łzy płyną jej po policzkach. Nawet ich nie ociera. Kocham cię. Wciąż cię kocham. Przepraszam. Przepraszam, proszę!

Mówi szybko, chaotycznie, jakby bała się, że zabraknie jej czasu. W głowie tłoczy się milion myśli i wspomnień, z których wyrywa te najważniejsze słowa.

Przytula go mocno, z całych sił, jakby mogła odczarować przeszłość. Przez chwilę nie istnieje nikt inny, nie liczy się hałaśliwa ulica, przechodnie, ani czas tylko ciepło jego ciała i gorączkowa nadzieja, że on odpowie na jej gest.

Rafał nie odsuwa jej od razu. Przez krótką chwilę ma wrażenie, że drgnął ramiona lekko opadają, jakby chciał ją objąć. Ta iskra nadziei: może można jeszcze coś naprawić, może i on trzyma w sercu te same wspomnienia Może mają jeszcze szansę.

Ale chwilę później Rafał zdecydowanie kładzie jej dłonie na ramionach i delikatnie, lecz stanowczo, odsuwa się. Jego twarz jest spokojna, prawie wyprana z emocji, spojrzenie twarde, zimne. Już nie widzi w nim tamtego chłopca, z którym śmiała się do bólu brzucha. Stoi przed nią dorosły mężczyzna, który schował swoje uczucia za murem.

Idź sobie szepcze jej do ucha.

Mówi to cicho i beznamiętnie, jakby była dla niego zupełnie obcą osobą.

Nienawidzę cię dorzuca po chwili, a w oczach pojawia się bezwstydna pogarda.

Odwraca się i odchodzi, nie oglądając się za siebie. Wera zostaje na chodniku sparaliżowana. Miasto żyje dalej swoim rytmem: ludzie się spieszą, samochody trąbią na światłach, gdzieś w oddali śmieją się dzieci. Ktoś przygląda jej się ukradkiem, może zdziwiony, że dziewczyna stoi na środku ulicy z pustym wzrokiem i bladą twarzą. Ona nic nie zauważa.

Tylko echo jego kroków, coraz cichszych, i własny, rwany oddech. Każda sekunda ciągnie się w nieskończoność, w głowie wciąż to samo: To koniec. Na zawsze.

Powoli rusza w stronę domu. Nogi ją zawodzą, każdy krok przychodzi z trudem, ale idzie przed siebie z pustym spojrzeniem. W głowie pustka ani myśli, ani uczuć, tylko głuche echo usłyszanych słów.

Kiedy Wera wchodzi do mieszkania mamy, nie próbuje się tłumaczyć. Milcząc, siada na krześle, gapiąc się przez okno. Mama widząc zapłakane oczy córki, nie pyta o nic. Tylko westchnie cicho, jakby spodziewała się takiego zakończenia, i idzie nastawić czajnik. Znajomy szum gotującej się wody, aromat świeżej herbaty wszystko wydaje się codzienne, niemal trywialne w kontraście do burzy, która szaleje w sercu Wery. A jednak ta zwyczajność na moment sprowadza ją na ziemię.

Nie wybaczył mi szepce, trzymając kubek z gorącą herbatą. Para delikatnie muska jej twarz, ale ona tego nie czuje. Palce mimowolnie zacieśniają się na kubku, jakby próbowała uchwycić coś nieuchwytnego. Wzrok utkwiony w bursztynowo-brązowej cieczy, w której odbijają się migotliwe światła nocnej lampki.

Mama siada obok, głaszcze ją lekko po ramieniu. Tak samo robiła, gdy Wera wracała w dzieciństwie ze zdartym kolanem albo po kłótni z koleżanką. Ten odruch sprawia, że nagle czuje się mała i bezbronna.

Wiedziałaś, że tak będzie mówi cicho mama, łagodnie, bez wyrzutu, ze smutkiem.

Wiedziałam przyznaje Wera, wreszcie odrywając wzrok od napoju. Głos jej brzmi spokojnie, ale jest w nim zmęczenie, jakby już dawno oswoiła się z tą myślą. Ale miałam nadzieję. Naiwnie, co?

To nie jest naiwność uśmiecha się mama. Po prostu wybrałaś swoją drogę. Bardzo go wtedy zraniłaś. Długo nie mógł się pozbierać Zrobił się jak ten Kaj z bajki: już nikt nie potrafił mu rozgrzać serca.

Wera wzdycha głęboko, odkłada kubek i opiera się o oparcie krzesła. W głowie pojawiają się obrazy sprzed siedmiu lat.

Wtedy wszystko wydawało się takie oczywiste. Miała dwadzieścia dwa lata wiek, gdy przyszłość jawi się w pogodnych barwach, a każda przeszkoda zdaje się do pokonania. Rafał był tuż obok dobry, solidny, zawsze można było na niego liczyć. Może nie był wylewny, nie opowiadał poetycko o miłości, lecz czynami mówił więcej, niż słowami: zawsze pomagał, cierpliwie słuchał, wspierał w codzienności.

Ale była rzecz, która wtedy wydawała się Wery problemem. Rafał pracował na budowie, studiował zaocznie, marzył o własnej firmie. Miał konkretny plan, ale wszystko wymagało czasu a ona nie chciała czekać.

Nie marzyła o bogactwie. Pragnęła raczej stabilności by wiedzieć, co czeka za rok, za pięć lat, czy będzie mieszkanie, pensja, spokojny dom według własnych zasad. Z Rafałem wszystko wydawało się niepewne: prace dorywcze, wieczorne studia, marzenia wciąż bez pokrycia.

I wtedy pojawiła się propozycja od wujka z Warszawy praca w jego firmie. Zgodziła się bez namysłu. To była szansa konkretna, realna.

Wera nie chciała pamiętać o jeszcze jednej prawdzie. Gdy przeprowadziła się do stolicy i dostała etat, na jej drodze pojawił się Igor biznesmen, dwa razy starszy, bogaty, pewny siebie. Poznali się przypadkiem na firmowym przyjęciu. Igor natychmiast zwrócił na nią uwagę zagadał, dopytywał o plany, komplementował.

Najpierw były kwiaty skromne, zawsze z kartką: Najpiękniejszej. Potem zaproszenia do restauracji, do których wcześniej wchodziła tylko z ciekawości, przez szybę. Chodził z nią na wystawy, do teatru, obdarowywał prezentami: jedwabne apaszki, bransoletki, buty na obcasie. Wszystko powtarzając: zasługujesz na więcej, nie bój się sięgać po to, co daje los.

Wera na początku się wahała, protestowała, zapewniała, że nie potrzebuje takich gestów. Igor z uśmiechem przekonywał, że to tylko dowód uznania. Stopniowo poddała się jego atencjom. Nowe życie kusiło: kolacje, taksówki klasy premium, nieograniczone możliwości zakupów. Wszystko to wydawało się bajką, z której nie chciała się budzić.

I gdzieś pomiędzy tymi chwilami pozwoliła sobie na związek z Igorem. Nie było tam pasji raczej zauroczenie łatwością, pewnością tego świata. Z nim nie musiała martwić się o jutro, liczyć pieniędzy na czynsz, planować zakupów co do ostatniej złotówki. On brał wszystko na siebie.

Błyskotliwość tego życia tak ją porwała, że zapomniała o zakochanym w niej chłopaku. Co gorsza zaczęła go nawet pogardzać, powtarzając, że Rafał nigdy nie dojdzie do niczego.

Pewnego dnia wróciła do Wrocławia. Nie po to, by zobaczyć Rafała, nie po to, by wyjaśniać czy się tłumaczyć. Chciała czymś innym pokazać mu, jak teraz żyje, udowodnić, że jest godna lepszego losu. Może głęboko wierzyła: niech zobaczy, że nie popełniła błędu, że jej wybór był słuszny.

Starannie planowała tę wizytę. Wybrała kawiarnię przy rynku tam, gdzie Rafał często wpadał po pracy na kawę. Włożyła droższą sukienkę od Igora na urodziny, pasek podkreślający talię, na palcu pierścionek z dużym kamieniem. Torebka z najnowszej kolekcji, kupiona dzień wcześniej.

Kiedy Rafał wszedł do lokalu, od razu go zauważyła. Zasiadła przy oknie, śmiejąc się na głos z żartu towarzysza, obróciła się strategicznie, żeby Rafał ją zauważył. Ich spojrzenia się spotkały. W jego oczach zobaczyła dezorientację, ból, zaskoczenie. Ale nie odwróciła wzroku. Czuła triumf. Uwierzyła, że wygrała.

Myślała wtedy, że to zwycięstwo. Udowodniła sobie i jemu, że wybrała dobrze. Że jej życie jest teraz prawdziwe, bogate, pewne. Wmawiała sobie, że to satysfakcja, że wreszcie dostała to, na co zasłużyła.

Ale kiedy Rafał wyszedł z kawiarni, a ona została z pierścionkiem, torebką i znajomym przy stole, nagle poczuła pustkę. Wszystko: prezenty, gesty i atencja wydały się odległe i nieprawdziwe. Wiedziała już: czy było warto?

**********************

Słodko-gorzki smak zwycięstwa rozumiała coraz lepiej z każdym kolejnym tygodniem. Igor zachowywał pozory eleganckiego mężczyzny coraz krócej: powoli znikały prezenty, pojawiały się uwagi. Zamiast kwiatów SMS-y Weź sobie, co tam chcesz, dorzucę pieniędzy. Zamiast zaproszeń krytyczne komentarze. Do wyglądu: Powinnaś bardziej o siebie zadbać. Do stylu rozmowy: Dlaczego tak głośno się śmiejesz? Prowincjonalne. Do znajomych: Zmień towarzystwo, pasujesz do innego świata.

Był coraz mniej obecny znikał na dni lub tygodnie, zostawiając ją w dużym mieszkaniu, które dla niej wynajął. Sama spędzała wieczory, słuchając tykania zegara, przeglądając rzeczy w szafie. Próby rozmowy kończył machnięciem ręki:

Masz wszystko, o czym marzyłaś. Czego chcesz więcej?

Wera szukała dla niego wymówek: Ma trudną firmę, pewnie za dużo stresu. Potrzebuje czasu. Ale wiedziała: przestała być nową zabawką zniknął zachwyt, przyszedł chłód.

Znosiła jego uwagi, ciszę, nieobecność. Bała się stanąć w prawdzie że się pomyliła. Gdyby uznać, że to wszystko niewarte zachodu, musiałaby przyznać gorszą rzecz: zdradziła jedynego, który kochał ją naprawdę. Nie liczyło się dla niego, jak wygląda, nie silił się na pozory z nim mogła być sobą.

Z czasem i te zewnętrzne symbole luksusu przestały ją cieszyć. Sukienki bez życia wisiały w szafie, biżuteria leżała jak cudza, restauracje zaczęły drażnić i męczyć. Nawet woń drogich perfum, która była symbolem sukcesu, budziła mdłości.

Łapała się na tym, że patrzy przez okno i myśli: A co jeśli. Natychmiast jednak przerywała ten tok, bo za nim pojawiał się niebezpieczny strach: Co dalej?.

W samotne wieczory, kiedy za oknem gasiły się światła miasta, rozumiała, że jej marzenie o stabilizacji jest puste. Przecież bez kogoś, z kim tę stabilizację mogłaby dzielić, nie ma ona sensu.

W jej głowie wciąż wracał Rafał. Jego dłonie silne, szorstkie od pracy, ale czułe dla niej. Jego uśmiech nie teatralnie szeroki, tylko szczery, pojawiający się spontanicznie. Opowieści o przyszłości zwykłe, bez napuszonego tonu, przepełnione wiarą, że razem im się uda.

************************

Trzeciego dnia pobytu Wera poszła do parku, w którym kiedyś spędzała czas z Rafałem. Ta sama ławka pod klonem tyle wspomnień rozmów, śmiechu, marzeń. Kiedyś Rafał powiedział patrząc na liście: Chciałbym, żebyśmy kiedyś mieli dom. Z dużymi oknami, gdzie słońce budzi każdego ranka. Ona wtedy tylko się uśmiechnęła a dziś te słowa uderzają z zupełnie inną siłą, jak coś, co przepadło na zawsze.

Stoi, oddycha chłodnym powietrzem i zbiera myśli, aż słyszy znajomy głos:

Wera?

Odwraca się to Artur, ich dawny wspólny kolega. Zaskoczony, ale uśmiechnięty, tak jakby ucieszyło go spotkanie.

Nie sądziłem, że cię tu spotkam mówi, podnosząc lekko brwi. Jak się masz?

Wera chwilę szuka słów, chce zabrzmieć lekko, ale głos jej jednak drży.

W porządku. Wpadłam odwiedzić mamę.

Artur przytakuje, zawiesza na niej wzrok, lecz nie wypytuje. Pokazuje na ławkę:

Usiądziemy? Akurat mam chwilę wolnego czasu.

Przysiadają się do starej drewnianej ławki. Artur opowiada co słychać, co zmieniło się w mieście, co nowego w jego życiu. Jego spokojny, przyjazny ton uspokaja Werę. Przysłuchuje się, z rzadka wtrącając krótkie odpowiedzi, myśląc, jak dziwne są powroty do miejsc, gdzie każdy kąt przypomina o dawnych czasach.

Po chwili Artur milknie na moment, jakby dobierał słowa.

Widziałaś się z Rafałem?

Wera spuszcza wzrok, patrzy pod nogi na stertę liści. Przez głowę przelatuje scena wczorajszej rozmowy, jego zimnego spojrzenia i tych kilku słów, które zabolały bardziej, niż się spodziewała.

Tak. Wczoraj.

I? pyta Artur.

Nie chce mnie znać Wera wypowiada te słowa spokojnie, ale w środku czuje, jakby coś ją ściskało. Nienawidzi mnie.

Artur wzdycha tylko, przysiada obok niej, patrzy dalece, tam, gdzie park tonie w jesiennym słońcu. Milczy dłuższą chwilę, jakby się zastanawiał, a potem mówi powoli, bez złości:

Wiesz, długo nie mógł się z tym pogodzić. Po prostu zniknęłaś, Wera. Ani telefonu, ani kartki Dla niego to był szok.

Wera zaciska dłonie w pięści. Wiedziała o tym, rozumiała, ale słyszeć to od kogoś innego bolało bardziej.

Wiem szepcze. To moja wina.

Artur lekko odwraca do niej głowę, ale nie robi wyrzutów. Kontynuuje, równie spokojnie:

Próbował o tobie zapomnieć. Spotykał się z kimś, ale nie potrafił pokochać Było mu bardzo źle. Po twoim powrocie myślałem, że już się nie pozbiera.

Cicho kiwa głową. Wyobraża sobie, jak Rafał zmuszał się do normalnego życia, jak walczył z pamięcią, jak za każdym razem drżał słysząc coś, co przypominało jej głos lub uśmiech. Świadomość, że to właśnie ona była źródłem tego bólu, jest nie do zniesienia.

Nie wiedziałam, że tak będzie szepcze. Myślałam, że robię właściwie. Szukałam bezpieczeństwa.

Artur nie komentuje. Daje jej czas na przemyślenia, milczy. Wiatr szumi wśród liści, gdzieś daleko bawią się dzieci przy fontannie. Życie płynie dalej.

Wera zaciska dłonie tak mocno, że aż boli. Stara się nie płakać, lecz łzy napływają do oczu. Wie, że nie da się już nic cofnąć, nie można nic naprawić, nie można zetrzeć win.

Nie proszę go o przebaczenie mówi głosem na granicy płaczu. Chciałabym tylko, by wiedział, jak bardzo żałuję. Żałuję każdego dnia. Nie daje mi to spokoju. Ciągle wracam myślami do tego, co miałam i co zniszczyłam.

Artur patrzy na nią długo, spokojnie. Nie spieszy się z odpowiedzią.

Może lepiej, żeby o tym nie wiedział mówi cicho. Odpuść, zostaw go, nie pojawiaj się już więcej. Długo się podnosił po tym, co zrobiłaś jakoś się pozbierał. Twój powrót wszystko zburzył. Wczoraj zadzwonił do mnie był kompletnie pijany. Dawno go takiego nie widziałem Daj mu spokój, Wera.

Dziewczyna mocno gryzie wargę, ale nie odpowiada. Doskonale wie: Artur ma rację. Nieoczekiwany powrót, próba kontaktu z Rafałem wszystko to tylko rozgrzebało dawne rany. Chciała odkupić winy, a przysporzyła nowego bólu

*************************

Wieczorem Wera siedzi przy oknie mamy. Za szybą powoli zapalają się światła Wrocławia żółte, pomarańczowe, białe tworzą mozaikę lekkiego święta. Ale jej nie cieszy już ten widok. W głowie kłębią się myśli jedna za drugą, jak migawki filmu, którego nie da się zatrzymać.

Wyobraża sobie, jak mogłoby być, gdyby wtedy została. Jak razem z Rafałem wynajmowaliby pierwsze mieszkanie, jak on próbowałby założyć firmę, jak planowaliby przyszłość, śmiali się z drobiazgów. Ile szczęśliwych słów nie padło, ile dotyków się nie wydarzyło. Przeszłości nie zmieni, nie naprawi.

Następnego dnia Wera wyjeżdża. Pakowanie dłuży się bez sensu chciałaby odwlec moment rozstania. Mama stoi w progu ze smutkiem nie osądzając, tylko współczując.

Trzymaj się, córeczko mówi mama, kiedy Wera bierze walizkę.

Całuje ją w policzek, jeszcze przez chwilę trwa w objęciach, wdycha znajomy domowy zapach, a potem wychodzi.

Na dworcu kupuje bilet do Warszawy długa podróż pociągiem. Może dwa dni z obcymi ludźmi pozwolą jej ułożyć życie na nowo.

Pociąg rusza, kołysząc się na torach. Wera patrzy przez okno. Za szybą przesuwają się znajome sylwetki: bloki z balkonami, plac zabaw z dzieciństwa, piekarnia z żółtą reklamą. Ludzie spieszą się z zakupami, z parasolem, na autobus. Wszystko takie zwykłe, a jednak już nieosiągalne.

Tam, wśród tych miejsc, został ktoś, kogo kochała ponad wszystko. Ktoś, kto potrafił patrzeć na przyszłość z nadzieją, potrafił pracą i czułością otworzyć świat. Ktoś, komu nie dała wyjaśnień, nie pozwoliła się pożegnać. I teraz już go nie ma. Świadomość tej straty boli najbardziej.

*************************

Minęło pół roku. Wera wciąż mieszka w Warszawie, pracuje, czasem pije kawę z przyjaciółmi, odpowiada na niekończące się pytania o zdrowie i plany. Niby nic się nie zmieniło: ten sam rytm dnia, te same miejsca, rozmowy. W środku jednak wszystko się przewartościowało. Już nie ucieka przed przeszłością, nie chowa jej pod nowymi znajomościami czy zakupami. Patrzy jej w oczy przyznaje się do błędu, do bólu, który przyniosła, do szczerej skruchy.

Uczy się wstawać o poranku z myślą, że życie biegnie dalej. Przekonuje samą siebie: To się stało, już nic nie naprawię. I w tej zgodzie odnajduje ciche ukojenie nie radość, ale umiejętność oddychania bez ścisku w gardle.

Pewnego wieczoru, kiedy kroi warzywa na kolację, dzwoni telefon. Odciera ręce, spojrzenie pada na nieznany numer, jedno krótkie zdanie na ekranie: Nie nienawidzę cię. Ale nie potrafię wybaczyć.

Zastyga. Palce same zaciskają się na aparacie, serce na moment zamiera, potem zaczyna bić mocniej. Powoli opada na podłogę, ściska telefon przy sercu, jakby chciała na chwilę być bliżej tego, kto napisał.

Nie wie, co to znaczy. Nie umie rozstrzygnąć: krok do porozumienia czy już pożegnanie. Ale po raz pierwszy od dawna czuje jest między nimi jakaś nić. Cieniutka, krucha, gotowa przerwać się od byle czego, ale trwa. Ktoś tam, w innym mieście o niej myśli. Ktoś zdecydował się napisać, mimo bólu. Nie zamknął drzwi do końca.

Delikatny, niepewny uśmiech pojawia się na twarzy Wery. Może to nie jest koniec. Może kiedyś spotkają się znów porozmawiają spokojnie, bez wyrzutów, bez tłumaczeń. Może znajdą słowa, które pozwolą żyć dalej razem, albo każde osobno, ale już ze światłem w sercu.

A na razie Na razie wystarcza jej wiedzieć, że wciąż jest w jego myślach. Że tam, hen daleko, wciąż stanowi część czyjejś historii.

I to na dziś jest zupełnie wystarczające.

Rate article
Fajna Tajna
Nie czuję do ciebie nienawiści