Nie chcę macochy!
Marysia nie miała ochoty wracać do domu. Tato rzucił rano, że dziś przyprowadzi kolejną „narzeczoną”, żeby się z nią zapoznała. Znów będzie musiała przykleić sztuczny uśmiech, udawać grzeczną dziewczynkę, żeby ta obca kobieta została w ich domu. Ale Marysia miała już dość tego niekończącego się teatru.
Po rozwodzie rodziców ich mieszkanie w Krakowie zamieniło się w przechodni pokój. Ojciec przyprowadzał jedną „mamę” za drugą, a Marysia czasem żałowała, że wybrała życie z nim. Matka była chłodna jak zimowy wiatr w Tatrach – dla niej praca zawsze była najważniejsza. Marysia wychowywała się pod opieką babć, a matka tylko ją beształa za najmniejsze przewinienie. Miłość? Troskę? Marysia mogła o tym tylko marzyć.
Matka utrzymywała rodzinę, zarabiała, ale jakim kosztem? Marysia często myślała: wolałaby, żeby była po prostu mamą, a nie maszyną do zarabiania złotówek. Kiedy ich małżeństwo się rozpadło, rodzice rozstali się, jakby zrzucili ciężar z pleców. Każde zaczął nowe życie, ale Marysia została na poboczu, nikomu niepotrzebna.
Próbowała dotrzeć do matki: wagarowała, odpowiadała niegrzecznie nauczycielom, żeby tylko ją zauważyła. Ale w odpowiedzi dostawała tylko krzyki i upokorzenia. Po kolejnej awanturze, gdy matkę wezwano do dyrektora, spoliczkowała Marysię i wyrzuciła z domu. Dziewczyna spakowała plecak i pojechała do ojca. Matka nawet nie próbowała jej zatrzymać – wręcz przeciwnie, odetchnęła z ulgą.
Z ojcem, Jakubem, życie stało się lżejsze. Marysia czuła jego ciepło, jego szczerą miłość. Wzięła się w garść, zaczęła dobrze się uczyć, przestała się buntować. Babcie pomagały w domu, podczas gdy ojciec przepadał w pracy, by zapewnić byt rodzinie. W ich mieszkaniu na krakowskich obrzeżach zagościł kruchy spokój, na który Marysia tak długo czekała.
Ale wszystko się zmieniło, gdy ojciec uznał, że potrzebuje nowej żony. Od tamtej pory ich dom wypełniły obce kobiety. Marysia witała je z chłodną opryskliwością, celowo je odstraszając. Nie potrzebowała „mam”, które patrzyły na nią jak na kulę u nogi. Tym razem jednak ojciec był nieugięty: „Marysiu, skończ te kaprysy! Robię to dla ciebie, chcę, żebyśmy byli pełną rodziną!”
Przekraczając próg mieszkania, Marysia usłyszała znajomy głos. Serce zabiło mocniej. Zrzuciła trampki i zajrzała do salonu. Tam, przy stole, siedziała jej ulubiona nauczycielka, pani Agnieszka Nowak. Marysia ją uwielbiała: była dobra, sprawiedliwa, zawsze gotowa wysłuchać. Ale co ona tu robi?
Okazało się, że pani Nowak przyszła porozmawiać o ocenach Marysi. Dziewczyna była zdezorientowana. Nagle pomyślała, że nauczycielka mogłaby stać się częścią ich rodziny. Czyżby to była ta „narzeczona”? Marysia zastygła, bojąc się spłoszyć nadzieję. Lecz rozmowa dobiegła końca, a pani Nowak wyszła, zostawiając dziewczynę w zamęcie.
Nie zdążyła ochłonąć, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. W progu stała nieznajoma – młoda, z wyrazistym makijażem i pewną siebie miną. Marysia poczuła, jak coś się w niej urywa. Tak bardzo liczyła, że pani Nowak przyszła nie bez powodu! W rozpaczy wbiegła do pokoju, zatrzasnęła drzwi i wybuchnęła płaczem.
Pozostała zamknięta do późnego wieczora, aż przyszła babcia. Dziewczyna wylała na nią swój strach i ból. „Nie chcę żadnej macochy! Dlaczego tata nie widzi, jak mi źle?” – łkała. Babcia, wysłuchawszy jej, mocno przytuliła wnuczkę. Rozumiała, jak ciężko jest Marysi, której dziecięca dusza była rozdarta przez samotność i zdradę.
Babcia porozmawiała z Jakubem. Postanowili, że więcej żadnych „narzeczonych” nie będzie w domu, dopóki Marysia nie będzie gotowa. A w głowie dziewczyny już kiełkował plan. Postanowiła, że zaprzyjaźni ojca z panią Nowak. Jeśli marzenia się spełniają, to czemu nie pomóc temu? Marysia przysięgła sobie zrobić wszystko, by jej ukochana nauczycielka stała się częścią rodziny.
W głębi serca wierzyła: jej marzenie się spełni. W końcu nawet w najciemniejszym dniu jest miejsce na światło, prawda?



