Nie chcę innej synowej, a ty rób, jak chcesz! wychrypiała matka do syna, jakby głos dochodził z samego dna studni pełnej echa.
Nocą, gdy stare tramwaje skrzypią w powietrzu, Marek, student ostatniego roku na Uniwersytecie Warszawskim, postanawia się oświadczyć swej pierwszej, ponadczasowej licealnej miłości Wioli. Wiola była jak mgła nad Wisłą: ulotna, tajemnicza i cicha, a przy tym zaskakująco mądra. Sama właśnie kończyła pisać magisterkę o surrealizmie, niby pisząc, a jednocześnie błądząc gdzieś w głębi własnego snu.
Umówili się, że pobiorą się po obronie wtedy, gdy świat stanie się lekki jak piana z pierogów na niedzielę. Marek nie do końca rozumiał, dlaczego już teraz powinien wtajemniczyć matkę w ich plany, ale czuł, że jest to nieuniknione, jak coroczny powódź wiosną.
Matka jednak była twarda jak lód na Wiśle i miała swój scenariusz. Albo ożenisz się z Grażyną spod czwórki, albo z nikim! powiedziała z przekonaniem i spojrzała przez zakurzone okno, jakby pytała świata, czy wszystko jest jeszcze na swoim miejscu. No to co jest dla ciebie ważniejsze awans czy miłość, Marek? wzdychała, roztrącając widelcem kluski śląskie w talerzu.
Grażyna miała rodzinę, która liczy się w złotówkach zamiast w uczuciach, a jej ojciec miał złote sygnety i grube futra. A Wiola, cicha jak polska zima, pochodziła z rodziny rozbitych filiżanek i niedopasowanych sztućców. O matce Wioli mówiło się po cichu: A kto to ją zna?. Przez ściany bloków płynęły szepty: Co ludzie powiedzą?
Nie przebaczę ci, jeśli wybierzesz ją! martwa cisza zapadła, a Marek poczuł zimny dreszcz na plecach.
Marek próbował, przez sześć miesięcy jeszcze szeptał dobre słowa do Wioli, ale jak sen we mgle ich historia stopniowo rozpływała się między palcami. W końcu podczas jednej z surrealistycznych, nieskończonych kolacji, Wiola po cichu zniknęła, zostawiając mu w kieszeni czerwoną wstążkę.
Marek ożenił się z Grażyną. Grażyna naprawdę go kochała, ale nie było wesela Marek bał się, że Wiola mogłaby jakimś cudem zobaczyć ich fotografię nadzianą na portalach społecznościowych czy w albumie ciotki Jadzi. Wprowadził się do willi jej rodziców w Konstancinie, gdzie podłogi skrzypiały jak sumienia. Teściowie otwierali mu drzwi do kariery, gdzie banknoty i uścisk dłoni miały smak starego miodu. Marek jednak nie czuł słodyczy życia.
Nie chciał dzieci. Grażyna, widząc, że jej marzenia tkwią jak pierogi niedogotowane, sama złożyła papiery rozwodowe. On miał czterdzieści lat, ona trzydzieści osiem; pora na rozliczenie. Grażyna z czasem założyła nową rodzinę, urodziła syna, szczęście ściekało jej po policzkach jak letni deszcz.
Marek śnił śnił o Wioli, próbował ją znaleźć w stu tramwajach, w kawiarniach pachnących kawą i w gazetach pełnych ogłoszeń. Bez skutku jakby rozpłynęła się w blasku księżyca nad Saską Kępą. Dowiedział się od starego znajomego, że Wiola wyszła za przypadkowego przechodnia, który bił ją aż zabrakło jej oddechu.
Po tej wieści Marek zamieszkał w dawnym mieszkaniu rodziców przy ulicy Grójeckiej, żył wśród pluskiew i zgaszonych lamp, zatapiając smutek w tanim piwie z Żabki. Wpatrując się co noc w zdjęcie Wioli, czuł, jakby zza szkła ktoś go szeptem przeklinał, a on matki nigdy, przenigdy nie zdołał wybaczyć.



