Niczego nie żałuję

Nigdy niczego nie żałuję

I żeby do mojego powrotu mieszkanie było wysprzątane! Pani Elżbieta Nowakowa wybiegła na klatkę schodową i tak mocno trzasnęła drzwiami, że aż szyby zadźwięczały w całym bloku.

Jagoda, która akurat schodziła po schodach, aż podskoczyła ze strachu. Potem znieruchomiała, mając nadzieję, że sąsiadka jej nie zauważy. Nadzieja okazała się jednak płonna.

A, Jagódko dzień dobry! powiedziała pani Elżbieta, stawiając karton po starym ekspresie do kawy na podłodze i w pośpiechu zapinając guziki płaszcza. Było widać, że się spieszy.

Dzień dobry, pani Elżbieto uśmiechnęła się uprzejmie Jagoda. Dzieci znowu coś przeskrobały?

To mało powiedziane! Ręce mi opadają poskarżyła się sąsiadka, zmagając się z ostatnim guzikiem.

W tej samej chwili karton na podłodze się poruszył.

Jagoda aż drgnęła ze zdziwienia, choć wiedziała, że bezpiecznie stoi w oddali. Nie była tchórzem, nie spodziewała się jednak, że w środku może ktoś lub coś siedzieć.

Ciekawe, co tam jest? pomyślała.

Wyobraźnia od razu podsunęła jej obraz zepsutego ekspresu do kawy, który został ukarany wysłaniem na śmietnik, bo rozpryskiwał fusy po całej kuchni.

O, zobacz sama powiedziała sąsiadka, podnosząc karton, by pokazać jego zawartość.

Jagoda zeszła niżej i ostrożnie zajrzała do środka.

Oczywiście nikt się nie spodziewał żyjącego ekspresu. Ale to, co zobaczyła, i tak było niespodzianką. I to miłą.

Z dna kartonu ciekawie śledziły ją dwa malutkie oczka. To był drobny, czarno-biały kociak.

Boże, jaki słodki! westchnęła Jagoda.

Ot, znalazła czym się zachwycać mruknęła pod nosem pani Elżbieta, zamykając karton.

Skąd on się u pani wziął?

Dzieci go przytaszczyły z dworu Żałuję, że na to pozwoliłam. Tyle mam z nim kłopotu, że słów brak. Sama dałam się zwieść tym oczkom i słodkiej mordce. Ale nie bez powodu mówią: “Nie oceniaj książki po okładce”. Z zewnątrz aniołek, a charakterek jak mój były mąż.

Oj, pani Elżbieto, wyrośnie trochę i się uspokoi. Pewnie jedzie Pani z nim do weterynarza na szczepienia?

Wolne żarty! Na jakiego weterynarza? Zmarnowałabym na niego tylko czas i pieniądze. Postanowiłam zabrać go na działkę Niech się tam uczy życia.

Jagoda spojrzała z niedowierzaniem, mając nadzieję, że to żart.

Po minie i zmarszczonych brwiach sąsiadki zrozumiała jednak, że nie żartuje. No i był 15 listopada, a nie prima aprilis.

Kociaka na działkę? Pod koniec jesieni?

A co, mam do wiosny czekać? Jaka różnica, kiedy go wywieźć? Zima, czy jesień, wszędzie mu będzie lepiej niż u mnie w domu. To nie kot, tylko jakieś nieporozumienie.

Pani Elżbiecie brakło tchu, więc zamilkła. Gdy się uspokoiła, rzuciła:

Jakbyś widziała, co on wyprawia! Nawet jak sama zostałam z dwójką dzieci, nie musiałam tyle melisy pić! Decyzja podjęta: na działkę i koniec.

Ależ

Można też zostawić go na podwórku. Tam go znaleźli. Tylko wtedy dzieci znowu go przyniosą i schowają do szafy. A ja już więcej takich atrakcji nie chcę!

Pani Elżbieta zerknęła na telefon, pokręciła głową:

Zagadałaś mnie, Jagódko. Muszę biec, bo spóźnię się na autobus.

Wygodnie chwyciła pudełko, obróciła się na pięcie i powoli zeszła po schodach, mocno trzymając się poręczy.

Jagoda patrzyła za nią i nie mogła pojąć, jak można takiego malucha zostawić na działce, samemu. Przecież on tam nie przetrwa!

Poczekaj, pani Elżbieto! zawołała.

Co znowu? Przecież się spieszę!

Proszę nie wieźć kociaka na działkę. Ja spróbuję znaleźć mu dobry dom. Oddaj mi go, proszę.

Pani Elżbieta się zatrzymała i spojrzała podejrzliwie:

Dobry dom? Sugerujesz, że mam złe ręce? Dwójkę dzieci wychowałam, nie zapominaj.

Nie, nie to miałam na myśli. Chcę tylko znaleźć mu miejsce. Na działce nie przeżyje.

Chce przeżyć, to przeżyje. Nie umie trudno, nie jego los. Tak to już bywa

Ale po co tak ostro? Jagoda nie wytrzymała. Dzieci na działkę nie wywozi się za to, że broją.

Moje dzieci to nie kot! Jednak jeśli chcesz, to bierz. Będzie mi tylko wygodniej nie będę tracić czasu i pieniędzy na dojazdy. Zobaczymy ile wytrzymasz rzuciła z szyderczym uśmiechem pani Elżbieta, wrzucając karton na podłogę.

Zaraz potem wróciła do swojego mieszkania, znów trzaskając drzwiami. Jagoda słyszała jeszcze przekrzykiwanie się z dziećmi:

Dlaczego jeszcze nie sprzątacie?! Dawajcie tu te swoje telefony!

Co było dalej, już nie wiedziała. Wzięła karton w dłonie, uchyliła wieko, by upewnić się, że kociak jest cały, i poszła na swoje piętro.

Tak oto, zupełnie niespodziewanie, została szczęśliwą właścicielką kartonu po ekspresie do kawy i

malutkiego kociaka, który w nim siedział.

Nie przypuszczała, że zamieszka z nią futrzany lokator. Zwłaszcza dzisiaj nawet kawę skończyła się całkiem przypadkiem i wyszła tylko na szybkie zakupy.

W domu do zwierząt podchodziła raczej obojętnie. Nigdy nie miała tej słynnej miłości do zwierzaków, jaką tak chętnie opisują kociarze i psiarze.

Nie mogła jednak pozwolić, by pani Elżbieta wywiozła malucha na jesienną działkę.

Wiedziała, że obojętność nie znaczy braku współczucia. Tak nie wolno było!

Zresztą, czy nie łatwiej znaleźć kogoś, kto z chęcią zaopiekuje się takim słodziakiem?

Taki przystojniak na pewno znajdzie dom! Była tego pewna. Wystarczyło zrobić kilka zdjęć, wrzucić do internetu i zaraz zgłoszą się chętni na futrzaste szczęście.

Proste!

*****

Jagoda nie chciała zwlekać. Zaraz po powrocie do mieszkania sfotografowała kociaka i wrzuciła zdjęcia na kilka forów w dziale Oddam za darmo oraz W dobre ręce.

Potem poszła do sklepu kupić kawę i… karmę dla kociąt (trzeba czymś malucha nakarmić, do czasu aż znajdzie dom). Kupiła też plastikowy kuwetę i żwirek. Koszty były nieplanowane, ale przecież inaczej się nie dało.

Oddam potem wszystko temu, kto zechce malucha pomyślała z uśmiechem, przekonana, że robi dobry uczynek.

Według pani Elżbiety kotka nazywała się Bąbelek, ale na tę ksywkę w ogóle nie reagował. Jagoda wymyśliła więc inne imię.

Siedziała długo nad wyborem i… dopiero sto trzydziesty drugi pomysł okazał się tym właściwym.

Od dziś jesteś Misio! Pasuje ci, prawda? zapytała cicho.

Miau! odpowiedział kociak i pognał do przedpokoju, żeby rozprawić się z futrzastymi kapciami Jagody.

Przecież to on jest tu najpiękniejszy, nie jakieś kapcie.

Jagoda roześmiała się, patrząc jak Misio dokazuje, po czym usiadła do pracy.

Była fotografką. Robiła zdjęcia na zamówienie, uwielbiała swój zawód, który dawał jej zarówno satysfakcję, jak i niezłe dochody.

Musiała właśnie jak najszybciej wyretuszować fotografie z ostatniej sesji. Włączyła komputer, otworzyła program i zabrała się do roboty.

Jednak spokojnie popracować się nie udało.

Misio, po rozprawieniu się z kapciami, zaczął biegać po całym mieszkaniu tak szybko, że nie wyrabiał na zakrętach. Hałas był niemożliwy.

Ej, maluchu! Jagoda obróciła się na krześle i pogroziła kocurkowi palcem.

Kot zatrzymał się na środku pokoju i spojrzał z uwagą: No powiedz, co masz do powiedzenia, tylko szybko, bo ja muszę się bawić.

Rozumiem, że się nudzisz, ale pamiętaj, że jesteś tu tylko gościem

Miau!

Nie dyskutuj, drogi gościu! Grzecznie się zachowuj i daj popracować!

Szkoda, że to powiedziała.

Misio popatrzył na nią z takim żalem, że aż zrobiło jej się przykro. Bardzo.

Jak można karcić takiego malucha?

Oj, baw się, ale cicho odpuściła.

Kot zamiauczał radośnie i znowu pobiegł przez pokój wprost na krzesło, w które uderzył.

Widzę cel nie widzę przeszkód. To by się Misiowi spodobało pomyślała Jagoda.

Żeby nie słyszeć hałasu, założyła słuchawki, puściła muzykę i wróciła do retuszowania zdjęć.

W pięć minut później rozpędzony Misio wpadł pod biurko i wyciągnął łapką kabel zasilania od komputera, po czym zniknął, jakby nigdy go tam nie było.

No nie westchnęła Jagoda, patrząc w ciemny ekran.

Przez następne pół godziny po mieszkaniu latała już nie tylko Misio, ale i ona próbująca go złapać. Bez skutku.

Za to o stłuczonego palca i zdarte kolano nietrudno było.

Wreszcie, po uruchomieniu komputera, sprawdziła fora, na których wrzuciła ogłoszenie z fotkami Misia. Lajków mnóstwo, w komentarzach same zachwyty: Ale piękny! Jaki cudny kociak! Ale nikt nie dzwonił, nikt się nie zgłosił.

Znowu napisała pod ogłoszeniami, że sama przywiezie kotka nawet na drugi koniec miasta, a jeśli trzeba, to dalej. Może ludziom nie chce się do niej jechać?

Tymczasem Misio padł ze zmęczenia, wspiął się piątą próbą na kanapę, przewrócił na plecy i czekał na głaski. Jagoda usiadła, by głaskać jego brzuszek, aż usnął.

I ona także przysnęła obok niego.

Przespali tak do wieczora. O pracy tego dnia nie było mowy.

*****

Minął tydzień. Jagoda zaczęła rozumieć, że znalezienie domu dla kociaka nie jest takie proste. Ludzie lajkowali, ale nikt poza zachwytami nie chciał faktycznie Misia przygarnąć.

Po kolejnych trzech dniach Jagoda zaczęła się poważnie zastanawiać a jeśli nikt się po niego nie zgłosi? Zostanie u niej na stałe?

Tylko tego mi było trzeba! westchnęła na głos, po czym się ugryzła w język.

Misio spał wówczas obok klawiatury, obejmując myszkę łapkami, co skutecznie uniemożliwiało pracę. Na jej okrzyk otworzył oko i zamiauczał z wyrzutem.

Przez ciebie nie mogę się skupić tłumaczyła sama sobie, przeglądając komentarze pod swoimi postami. Nic nowego same ochy i achy. Z każdą wiadomością nadzieja topniała.

Przypomniała sobie wtedy, jak kilka miesięcy wcześniej była u psychologa, szukając powodu tej pustki, którą czuła mimo dobrej pracy i własnego mieszkania (rodzice pomogli). Niczego jej nie brakowało, a jednak czegoś wciąż szukała.

Psycholog radził pogadaj sama ze sobą ale skończyło się na szklance wody i tabletce od bólu głowy.

Zglądała więc rady koleżanek.

Masz za dobrze, to ci się w głowie przewraca oznajmiła, nie bez zazdrości, Ola.

Przecież ty harujesz tyle samo co my! odpowiadała Jagoda. I sama przez ostatni czas zrobiłam sobie przerwę od chłopaków.

Może właśnie JEGO Ci brakuje? podsunęła Magda, zjadając swój ulubiony serniczek.

Nie rozumiem, kogo?

Nie kogo, a czego! Brakuje ci tłuszczyku do szczęścia! Wyglądasz, jakbyś w dzieciństwie nie jadła pączków.

Rozmowa z przyjaciółkami wiele nie wyjaśniła. Jagoda postanowiła przestać się tym przejmować.

A teraz znowu wróciły te myśli.

Ale może naprawdę? Czy do szczęścia brakowało mi Misia? szepnęła do siebie. Zobaczymy…

*****

Od momentu gdy zamieszkał z nią tymczasowy gość, minął miesiąc. Przemknął jak jeden dzień.

Nikt nie zabrał kotka. Jagoda rozmyślała, jak to możliwe, że wśród 1228 osób lajkujących jego zdjęcia nikt nie zechciał go przygarnąć?

A teraz, po 30 dniach, powoli rozumiała dlaczego.

W wydarzeniach tego miesiąca można by opisać całą Wojnę i pokój po polsku. Ale w skrócie: Misio był bystrym kotem.

Rozumiał Jagodę, nawet jeśli po raz dziesiąty musiała upominać go o szanowanie kanapy.

Próbował być projektantem wnętrz przez niego wymieniała cztery razy firanki. W końcu stwierdziła, że bez firanek mieszkanie jest jaśniejsze.

Nie poszło mu jako dekorator, to próbował jako kucharz wszystko wylizał, ale ogórek kiszony, grzybki i ziemniaki lądowały od razu na podłodze.

Szybko jednak zrozumiał, że nie ma co się męczyć nad polskimi przysmakami, skoro w szafce czeka pyszna karma.

W końcu uznał, że jego zadaniem jest po prostu dawać Jagodzie radość.

I muszę przyznać, że się udało choć ona i on zupełnie inaczej pojmowali, czym jest szczęście.

Dla Jagody szczęściem było dobrze się wyspać i wyrobić z obróbką zdjęć.

A od kiedy pojawił się Misio, zapomniała, czym jest święty spokój.

Widocznie tam gdzieś na górze uznano, że w jej życiu jest za spokojnie. I zesłali jej Misia.

Wystarczyło, by przysiadła na kanapie, a futrzak od razu zjawiał się za nią z pytaniem Bawimy się?. A potem tak szalał, że brakowało słów.

Teraz doskonale rozumiała panią Elżbietę choć wciąż nie sposób byłoby przegonić kociaka na działkę. Nawet jeśli czasem była wykończona.

Ale były też pozytywy. Przede wszystkim: już nie myślała, że czegoś jej brakuje w życiu. Problem sam się rozwiązał.

Nauczyła się też błyskawicznie sprzątać mieszkanie nie dlatego, że było mniej bałaganu, przeciwnie, ale musiała kończyć przed pobudką kota.

Emocji miała tyle, że wystarczy na całe życie.

Wzruszyła się, gdy Misio pierwszy raz sam pobiegł do kuwety. To nic, że kiedyś nosiła go tam na rękach nawet w środku nocy.

Niejedna łza szczęścia popłynęła, gdy wreszcie mogła się wyspać parę godzin dłużej.

Bywały oczywiście nowe nawyki Misio polubił np. grać nocą lampką nocną: zapalać, gasić, zapalać, gasić. Lampka została schowana, a firanki zdjęte a w domu zrobiło się jaśniej.

Słowem, jak u każdego. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Po miesiącu Jagoda odkryła coś zaskakującego to nie Misio mieszka u niej, tylko ona przychodzi do niego w gości. Od rana do wieczora pracuje, a on pilnuje mieszkania. To on czeka wieczorem pod drzwiami i żegna ją rano.

I nagle zrozumiała, że nie trzeba szukać dobrych rąk bo to ona jest tą, której szukała. Kochającą, cierpliwą, wyrozumiałą.

Jest gotowa wstawać w środku nocy do zabaw, może głaskać, kiedy się rozkłada na łóżku i zajmuje większość materaca.

Jest gotowa i wcale tego nie żałuje. Bo kocha. Bo jego nie da się nie kochać.

A Misio ją także kocha.

Rano już jej nie budzi czeka grzecznie boku łóżka, aż się obudzi.

Czeka milcząco, choć czasem jego spojrzenie wyraża oburzenie: Ile można spać, Jagódko? Przecież tęsknięW końcu któregoś dnia, tuż po śniadaniu, Jagoda wzięła Misia na ręce, spojrzała mu głęboko w te malutkie, ufne oczy i szepnęła:

No widzisz, Misiek Ty dałeś mi dom. Nie odwrotnie.

Kot zamruczał, jakby wszystko rozumiał, i przytulił się mocno, mrugając powoli. Zza okna wpadały pierwsze promienie zimowego słońca, oświetlając obrazek zwykłego szczęścia.

I tak, może nie wszystko w życiu układa się tak, jak to sobie człowiek wymarzy. Czasem nawet codzienność bywa inna niż na Instagramie. Ale była pewna jednego tego spotkania, tego kaprysu losu, tej jednej decyzji nigdy nie żałuje. Misio także.

Bo czasem największe zmiany zaczynają się od najmniejszych futrzanych łapek postawionych zupełnie niespodziewanie na naszej drodze.

Rate article
Fajna Tajna
Niczego nie żałuję