Natrętna teściowa wpadała do nas jak do siebie dopóki nie odpłaciłam jej pięknym za nadobne
Czasami wróg w domu to nie obcy, ale uśmiechnięta teściowa z plastikowym pojemnikiem pełnym podejrzanych klopsików. Nazywam się Kinga, jestem zamężna od dwóch lat, i jak to mówią, między mną a mężem wszystko układało się świetnie dopóki jego matka nie zaczęła ogrzać naszego domu trochę za często. I z takim uporem, że nawet listonosz zaglądał rzadziej niż ona.
Przebierałam właśnie zapasy w kuchennej szafce, gdy nagle dzwonek do drzwi. Otwieram. Oczywiście, kto by inny? Halina, moja teściowa.
Kinga, dzień dobry, przyniosłam wam klopsiki! Ze szczupaka! Świeżutkie! radośnie wyciąga plastikowy pojemnik.
Wzdycham. Mój mąż i ja nienawidzimy ryb od dziecka. Mnie karmiono nimi non stop, a on, syn rybaka, jadł ich tyle, że mało nie wyrosły mu skrzela. Mówiliśmy o tym. Wielokrotnie. Ale teściowa udawała, że nie pamięta.
Halina, nie jemy ryb Wie pani o tym.
Ale nie wolno tego wyrzucać! Zostawcie, może ktoś inny skorzysta! tłumaczyła się.
Ale nie chodziło tylko o te przeklęte klopsiki. Przychodziła coraz częściej. Bez zapowiedzi. Bez pukania. Wchodziła jak u siebie i zaczynała inspekcje:
O, co



