Natasza nie mogła uwierzyć w to, co ją spotkało. Jej mąż, jedyny i ukochany, którego uważała za swoją opokę, powiedział dziś: „Nie kocham cię”. Wstrząs był tak wielki, że zastygła w dziwnej pozie i tkwiła w niej, gdy on krzątał się po domu, pakując rzeczy i trzaskając kluczami. Tego jej jeszcze brakowało – przecież niedawno nagle zmarł jej tata, musiała, mimo własnego bólu, zatroszczyć się o osiwiałą mamę i młodszą siostrę – po ciężkim wypadku ta została inwalidką. Rodzina mieszkała w sąsiednim miasteczku. Syn rozpoczął pierwszą klasę. W czerwcu zamknięto jej zakład pracy. Straciła pracę. A teraz jeszcze mąż… Natasza objęła głowę rękami, usiadła przy stole i gorzko zapłakała. – Boże, co ja mam robić? Jak żyć? Ojej, Aleśka! Muszę biec po niego do szkoły! Obowiązki codzienne zmusiły ją do działania. – Mamusiu, płakałaś? – Nie, Aleśku, nie. – To po dziadku płaczesz? Mamo, jak mi go brakuje! – I mnie, synku. Ale musimy być silni. Dziadek zawsze taki był. U Boga jest mu teraz dobrze, nie przejmuj się! Zasłużył na odpoczynek, nigdy za życia nie odpoczywał. – A gdzie tata? – Tata? Pewnie w delegacji znowu. A jak w szkole? Trzeba żyć dalej. Nie kocha? Nic nie poradzisz. Na siłę miłości nie wymusisz. Coś przegapiła w tej codziennej krzątaninie. Podczas gdy Aleśka jadł obiad i bawił się żołnierzykami, Natasza zajrzała do komputerowej poczty, którą zostawił mąż. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Zalogować się było łatwo, mąż nie zdążył skasować ostatnich wiadomości. Miłość na całego. A ona teraz niekochana. Dziesięć lat była „jasnym słoneczkiem”, po ośmiu latach walki o dziecko została „naszą mamusią”. Teraz wszystko się zmieniło. Trzeba jakoś się przyzwyczaić. Przede wszystkim znaleźć pracę. Nikogo nie obchodzi jej wyższe wykształcenie. Zasiłek dla bezrobotnych nie rozwiązuje żadnych problemów. Co się stało, dlaczego jej odpowiedzialny, porządny, troskliwy mąż nagle stał się obcy? Jedna myśl: po prostu oszalał. Wspólny dom, budowany cegła po cegle – nieukończony. Dobrze, że dach jest, i jedno pomieszczenie nadaje się do mieszkania. – Praca, jak bardzo cię potrzebuję! – Natasza chciała się rozpłakać, ale nie było czasu. Tak bardzo potrzebowała pracy! Szukała kilka dni – bez skutku! Syn w pierwszej klasie, samotność – szanse zmalały do minimum. Wieczorem zadzwonił jej chrzestny Roman: – Nataszko, wrócił twój? – Nie. – A na magazynierkę pójdziesz? – Mówisz poważnie? – Tak. Z przerwą. Mogłabyś odebrać krześniaka albo zapisać na świetlicę. Płaca 2,5 tysiąca. Mało, ale lepsze niż nic. Jutro przywieziemy wam ziemniaki z cebulą i kurę. – Romciu, mam przecież swoje kurki, karmią nas, jajka znoszą. – To niech karmią. Na mięso ich nie dawaj. – Dziękuję wam. Jak Galinka? – Daje radę, dzielna jest. On taki już zawsze był. Żona Galina przeszła ciężką operację, dostaje chemię, ale nigdy nie narzeka, jakby cały świat na nim się opierał, a on wszystko jakoś ogarnia. Natasza odetchnęła – jest szansa przetrwać. Dzięki Bogu, On nigdy nie zawodzi. Dzięki za chrzestnego. Praca okazała się prosta, znajdowały się minuty na płacz i zastanowienie się nad tym, co zaszło. Mijały dni, tygodnie, miesiące. Po roku Natasza poczuła, że znów ma ochotę jeść, spać, śmiać się, cieszyć się sukcesami syna. Ból po zdradzie męża odżywał, gdy przychodził po Aleśka na weekendy. Nie przeszkadzała, ich relacje nie mogły unieszczęśliwiać dziecka. Miała ochotę zapytać, czym zawiniła, ale wiedziała – chodzi o nagłą fascynację męża inną kobietą. Przypomniały jej się słowa z jakiegoś filmu: „Miłość – ona do pierwszego zakrętu, a potem zaczyna się życie.” Dla niej miłość i życie były nierozdzielne. A dla niego? Jesień tego roku jak przedłużenie lata – ciepła, zielone liście na drzewach, dziecięce głosy na podwórku, kolorowe astry i chryzantemy w ogródku. Tego dnia, gdy ujrzała wnikliwe spojrzenie Michała, nic się nie wyróżniało, może słońce grzało mocniej, muzyka z sąsiedzkiego okna brzmiała głośniej, a może po prostu nadszedł czas spotkać się samotnościom zgodnie z planem losu. – Dziewczyno, pani pozwoli pomóc. Nie powinno się tak przeciążać. – Przywykłam. – Niedobrze, gdy taka piękność przywyka do dźwigania ciężarów. – Wszystkim pięknościom pan pomaga? Dyżuruje pan pod sklepem? – A no, dyżuruję, dyżuruję, aż oczy wypatruję, nareszcie zobaczyłem piękną dziewczynę. Nie sposób było się nie zaśmiać. Śmiali się szczerze, do łez, po prostu radośnie. – Michał – przedstawił się, śmiech jeszcze tańczył w jego oczach. – Natasza. – „Nataszka, Nataszka, żona cudza” – zna pani taką piosenkę? – Nie. Ale ja nie jestem żoną. – Serio? To mi się poszczęściło! Spotkałem dziewczynę jak z marzeń i jest wolna. Wszyscy wokół oszaleli czy oślepli? – Widzę, że z humorem u pana dobrze. A ze sprawami poważnymi? – I tu w porządku. Nataszko, chodźmy dziś do kina, pogadamy. – Nie mogę. Muszę zaraz odebrać syna z świetlicy. – Nie wierzę własnym uszom. Ma pani syna?! Pani wygląda na dwadzieścia lat, jaka świetlica? – Mam 35. – Ja też. Ale o pani pomyślałem, że bardzo młoda. – A teraz? – No cóż, przemyślam to. Każdy facet marzy o synu. A pani tak po prostu mówi, że jest niezamężna, a gdzie tatuś? – Nie chcę o tym mówić teraz. – Rozumiem. Więcej nie pytam. To może w weekend, można i z synem na seans dla dzieci. – W weekend syn spotyka się z tatą. – Nataszko, nie chcę być dla pani ciężarem. Ale jeśli kiedyś pojawi się wolna chwila, proszę zadzwonić. Tu jest moja wizytówka – jestem lekarzem, hematologiem dziecięcym. – Nie ma poważniejszej pracy. – I czasu na szukanie pięknych kobiet. – Dobrze, Michał, zadzwonię – szczerze powiedziała Natasza. – Będę czekał. Jakże piękna była ta jesień! To był ich prezent. Miękkie promienie słońca, które zmuszały liście do nieprawdopodobnej palety barw. Ciepłe dni, które odsłoniły im wszystkie parki miasta. A jeszcze ich czułość, przerywająca ból przeszłości i kręcąca się w jesiennym tańcu pod tym niesamowitym liściopadem. Zbliżali się do siebie tak ostrożnie, że Natasza sama się dziwiła, jak bardzo ciągnie ją do tego niezwykłego mężczyzny. Prawie półtora miesiąca po pierwszym spotkaniu sama nieśmiało zaproponowała „herbatę”. – Nataszko, nie obraź się. Nie przyjdę do ciebie. Dla mnie to, co się dzieje, jest ważne, zadbam o to sam. Ufasz? W najbliższy weekend wyjechali do parku krajobrazowego, gdzie Michał wynajął domek przypominający mały zamek. W środku było schludnie i przytulnie, ale Natasza widziała tylko wielkie, brązowe oczy ukochanego i tonęła w nich, wtulona w jego ramiona. Nie wiedziała, że to, co najskrytsze między kobietą a mężczyzną, może być tak słodkie. – Michałku, gdzie ja jestem, co się ze mną dzieje? Mam wrażenie, że umieram. Tak cię kocham. Jak ja żyłam bez ciebie? Tak mi z tobą dobrze! – Jaka jesteś piękna! Jestem taki szczęśliwy! Po kolejnych dwóch miesiącach coraz trudniej było im się rozstawać. – Nataszko, wyjdź za mnie. – Michałku, mam dopiero rozwód pod koniec miesiąca. – I od razu ślub. Ze mną. Bo jeszcze mi kto dziewczynę odbierze. – Ale dziewczyna sama sobie panią, nie dla każdego. Ma ukochanego. Tylko, Michałku, bez ceremonii – po prostu się pobierzmy i zabierz mnie do tego zamku, gdzie od razu i na zawsze zostanę twoją żoną. – Dobrze, kochana, wszystko, jak powiesz. Roman i Galina byli jedynymi świadkami ich ślubu. Mama i siostra przysłały pełne entuzjazmu gratulacje. Wkrótce zamieszkali razem w wynajętym przez Michała dwupokojowym mieszkaniu, które wspólnie remontowali od podstaw, tworząc przytulne gniazdko. Michał szczególnie dbał o pokój dla Aleśka. Już dawno się poznali. Ale Aleś, dla którego mama i tata byli dwiema połówkami jabłka, nie chciał nawiązać kontaktu z Michałem. – Nataszko, nie bój się, sprawdźmy krew Aleśka. Coś jest nie tak, jest za blady. – Michałku, przesadzasz. On po prostu przeżywa. Było mu ciężko pogodzić się z naszym rozwodem, łudził się jeszcze, że to się nie stanie. Czytałam, że dla dziecka rozwód rodziców jest gorszy niż śmierć jednego z nich. – Masz rację, mądra kobieto. Sam jako dziecko przeżyłem to jak koniec świata. Ale krew zbadajmy, dobrze, maluchu? Tego dnia Michał wrócił do mieszkania z opuszczoną głową. Natasza od razu wiedziała – coś się stało. – Nataszko, tylko się nie przejmuj. Są zmiany w krwi Aleśka. Niestety intuicja mnie nie zawiodła. Jutro zabieram go do siebie do pracy. To było niesprawiedliwe. Jakby za szczęście trzeba było płacić właśnie tak – taką ceną. Białaczka. Straszne słowo! Zaczął się nowy etap życia. Natasza wzięła urlop bezpłatny, bo nie wyobrażała sobie, jak Aleśka miałby wytrzymać te wszystkie zastrzyki i kroplówki bez niej. Trzymała syna za rękę i mówiła: „Wytrzymaj, syneczku! Jesteś dzielny! Byłeś zawsze moim najlepszym przyjacielem! Nigdy się nie rozstawaliśmy i zawsze będziemy razem.” Kiedy już nie miała siły, Michał wysyłał ją na drzemkę i zostawał z Aleśkiem. Spać nie zawsze się udawało, częściej leżała, wpatrzona w sufit. Zadzwonił były mąż i zażądał wypisania jej z niedokończonego domu. – Synem się zajmę. On będzie do mnie przychodzić do mojego domu. – Lepiej byś go odwiedził. – Teraz nie mogę, wyjeżdżam w delegację. Po rozmowie Michał objął ją za ramię: – Nataszko, sami wszystkiego się dorobimy. Nie zawracaj sobie głowy przeszłością. – Szkoda mi jednak. Dobrze zarabiałam, wszystko inwestowałam w dom. Michałku, czy to ma dziś znaczenie? Jeśli chodzi o wypis… – A ty nie myśl o tym. Swoje myśli trzymaj przy Aleśku. Ja ogarnę. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg to widzi. Nie odbierze mi was. – Michałku, jak wyniki badań? – Robimy wszystko, na razie źle. Natasza płakała po cichu. Nie można, żeby Aleśka się domyślił, że jest źle. – Panie Michale, co mi z tą krwią? – Wiesz, w naszej krwi są czerwone i białe stateczki. Twoje stateczki walczą. – Kto wygrywa? – Na razie białe. – A co będzie później? – Pomagaj czerwonym. – Mamo, zabierzcie mnie gdzieś. Jestem już taki zmęczony. – Nataszko, chciałem zaproponować to samo. Zabierzmy Aleśka do naszego zamku. Pogoda dobra, pójdziemy do lasu. Niech odpocznie. Wiosna ozdobiła ich zakątek kwitnącymi krzewami i drzewami. Trójka z nich spacerowała po lesie, cieszyli się każdym kwiatem i źdźbłem. Ale czasem Aleś wyglądał na zamyślonego i nieruchomiał nagle. – Co się stało, syneczku, źle ci? – Mamo, nie przeszkadzaj. Gram w morską bitwę. Krótki odpoczynek szybko się skończył. Syn odżył, na policzkach pojawiły się rumieńce. – Mamo, a gdzie tata? – W delegacji, synku. – Znowu? No dobrze. Po powrocie do szpitala znów pobrano próbki. Kierowniczka laboratorium przyszła sama. – Panie Michale, gdzie pan syna zabrał? – Tu, niedaleko, do parku. Co z krwią? – Wszystko dobrze, jest remisja. Ma ładną krew. Michał wbiegł do sali w podskokach. – Aleśku, co robiłeś? Lepiej ci, synku. Nie płacz, Nataszo. Zdrowieje. Co robiłeś, grzybie? – Tato, pamiętasz, powiedziałeś, że w mojej krwi są statki? W każdej bitwie wygrywałem czerwonymi.

Słuchaj, muszę Ci to opowiedzieć, bo aż ciężko uwierzyć w to, co spotkało Kasię. Wyobraź sobie jej mąż, ukochany, ten, którego uważała za swoją opokę, dziś powiedział jej prosto w oczy: Nie kocham Cię. Kasia była tak zszokowana, że dosłownie zamarła w miejscu, rozbita, patrząc, jak on krząta się wokół, pakując walizki i brzęcząc kluczami. Jakby ostatnio nie miała już dosyć Przecież zaledwie kilka tygodni temu zmarł jej tata. Kasia, mimo własnej żałoby, musiała zaopiekować się mamą i siostrą, która po wypadku w wieku 18 lat została niepełnosprawna. Matka i siostra mieszkały w miasteczku obok. Synek, Jaś, właśnie poszedł do pierwszej klasy. W czerwcu zamknęli jej zakład pracy i została bezrobotna. A teraz jeszcze to zostaje sama.

Kasia usiadła przy stole, objęła głowę rękoma i po prostu się rozpłakała.
Boże, co teraz? Jak żyć? Ojej, Jaś! Muszę pędzić po niego do szkoły!

Codzienne obowiązki przywróciły ją do pionu.

Mamo, płakałaś?
Nie, Jasieńku, nie.
Czy płaczesz po dziadku? Mamo, ale ja za nim tak tęsknię!
Ja też, synku. Ale musimy być silni. Dziadek zawsze był twardy. Teraz jest u Pana Boga, odpoczywa, już nie musi się martwić. On sobie zasłużył na ten odpoczynek, nigdy za życia nie odpoczywał.
A gdzie tata?
Pewnie znowu wyjechał w delegację. A jak tam w szkole?

Trzeba żyć dalej. Nie kocha? No trudno. Przymusu nie ma, nikt nie jest nikomu winny uczuć. W tej całej bieganinie Kasia coś przeoczyła.

Gdy Jaś jadł obiad i bawił się swoimi żołnierzykami, Kasia weszła na laptopa, który zostawił jej mąż. Nigdy wcześniej tego nie robiła, ale tym razem coś ją tknęło. Szybko dostała się do maila login w lewym górnym rogu. Okazało się, że Paweł nie zdążył usunąć ostatniej korespondencji. Miłość na całego. Ona już nie kochana. Przez dziesięć lat była jego słoneczkiem, po ośmiu latach starań o dziecko została naszą mamusią.

Teraz wszystko się zmieniło. Trzeba się przestawić. Po pierwsze praca. Nikt nie zwracał uwagi na jej wyższe wykształcenie. Kilkaset złotych z zasiłku dla bezrobotnych nie rozwiązywało żadnych kłopotów.

Co się stało, czemu jej mąż, zawsze odpowiedzialny, w mig się zmienił w obcego? Kasia dochodziła do jednego wniosku: zwariował. Wspólny dom budowany cegła po cegle niedokończony, ale na szczęście było gdzie spać, a jeden pokój nadawał się do mieszkania.

Praca, jak bardzo mi jesteś potrzebna! Kasia miała ochotę znów się rozpłakać, ale nie było czasu. Musiała coś znaleźć!

Szukając kilka dni, była załamana. Łatwiej nie było dziecko w pierwszej klasie i samotność nie pomagały. Wieczorem zadzwonił chrzestny Roman:

Kasiu, wrócił twój?
Nie.
Słuchaj, a może pójdziesz na magazyniera?
Żartujesz?
Mówię serio! Wiem, po tym Pawle nie masz nastroju do żartów. Praca na dwie zmiany, możesz załatwić Jasiowi świetlicę w szkole albo sama go odebrać. Zarobek 2500 zł. Niewiele, ale zawsze coś. A jutro podrzucę wam trochę ziemniaków, cebuli i kurczaka.
Romanek, moje kury nas karmią jajek mamy pod dostatkiem.
I dobrze, nie przejadaj ich na mięso.
Dzięki, jak Gosia?
Dzielna daje radę po operacji.

Roman zawsze taki był Gosię czekała ciężka chemia po operacji, a on nie narzekał, że wszystko spoczywa na nim. Ma pozytywne nastawienie. Kasia poczuła, że może wyjść na prostą. Boże, dzięki za takich ludzi.

Nowa praca okazała się ogarnialna, a w wolnych chwilach Kasia mogła pomyśleć wszystko przemyśleć i wypłakać się w spokoju.

Tak minęły dni, tygodnie, miesiące. Po roku Kasia zaczęła znów jeść, spać, śmiać się, cieszyć się sukcesami Jasia. Ból po odejściu Pawła czasem wracał, zwłaszcza gdy przychodził po syna na weekend. Nigdy nie utrudniała kontaktu, dziecko nie może być ofiarą. Miała czasem ochotę zapytać, co zrobiła nie tak, choć przecież wiedziała nie chodziło o nią, a o nagłą fascynację Pawła inną kobietą. Przypomniały jej się słowa z jakiegoś filmu: Miłość trwa do pierwszego zakrętu, potem zaczyna się życie. U niej miłość i życie były jednym. A u niego?

Jesień była niebywale ciepła, jak przedłużenie lata zielone liście, rozgadane dzieciaki pod blokiem, kolorowe astry i chryzantemy w ogródku. Pewnego dnia, gdy Kasia spotkała przenikliwe spojrzenie Michała, dzień wydawał się taki jak inne może tylko słońce mocniej grzało, muzyka z sąsiedniego mieszkania dźwięczała, a może po prostu nadszedł czas, żeby mogli się spotkać.

Pani pozwoli, pomogę. Tak nie wolno się tak obciążać!
Już się przyzwyczaiłam.
Szkoda, że taka piękna kobieta przyzwyczaiła się do dźwigania ciężarów!
A wszystkim paniom pomaga Pan po kolei? Ma pan dyżur pod sklepem?
No dyżur, dyżur i wypatrywałem, aż w końcu zobaczyłem najpiękniejszą!

Roześmiali się tak bardzo, że aż łzy płynęły.

Michał, podał jej rękę, a w oczach jeszcze tańczył śmiech.
Kasia.
Kasiu, Kasiu, cudza żona słyszałaś taką piosenkę?
Nie, a nie jestem żoną.
To mi się dobrze trafiło! W końcu spotkałem wymarzoną dziewczynę i jeszcze wolną. Czy wszyscy wokół są ślepi?
Widzę, że z poczuciem humoru nie jesteś na bakier. A z powagą?
Też się znajdzie. Kasiu, może pójdziemy dziś do kina, pogadamy, poznamy się trochę?

Niestety nie mogę, muszę odebrać syna ze świetlicy.

Nie wierzę własnym uszom. Pani ma syna?! Wyglądacie na dwadzieścia lat!
Mam 35.
Ja też! Ale serio, myślałem, że jesteś dużo młodsza.
A teraz?
Teraz przetwarzam Każdy facet marzy o synu. Ty tak po prostu mówisz, że jesteś sama, a gdzie ojciec?
Nie chcę teraz o tym rozmawiać.
Rozumiem. Więc może w weekend, na seans dla dzieci?
W weekend Jaś spotyka się z ojcem.

Kasiu, nie chcę się narzucać, ale jeśli kiedyś będziesz mieć trochę wolnego, zadzwoń. Tu masz moją wizytówkę jestem lekarzem, hematologiem dziecięcym.
To poważna praca!
I czasu na szukanie pięknych kobiet nie mam.
Dobrze, zadzwonię powiedziała szczerze.
Poczekam.

Jaka piękna była ta jesień! Jakby zrobiona specjalnie dla nich. Ciepłe promienie, kolory liści, weekendy pełne spacerów po parkach. Ich delikatność wobec siebie, wyczuwała, jak bardzo ją ciągnie do Michała. Po półtorej miesiąca sama zaproponowała, żeby wpadł na herbatę.

Kasiu, nie gniewaj się, ale nie przyjdę. Chcę, żeby każda nasza chwila była naprawdę ważna, muszę oswoić tę nową sytuację. Ufasz mi?
W następny weekend pojechali do parku narodowego, gdzie Michał wynajął domek jak z bajki. Wewnątrz czysto, przytulnie, ale Kasia widziała tylko jego ogromne, brązowe oczy i tonęła w nich. Nie wiedziała, że to, co najprawdziwsze między kobietą i mężczyzną, może być aż tak słodkie.

Michałku, gdzie ja jestem, co się ze mną dzieje? Czuję się, jakbym szalała! Tak bardzo cię kocham. Jak ja wcześniej bez ciebie żyłam?
Jesteś cudowna! Jestem najszczęśliwszy!

Po kilku miesiącach nie potrafili się rozstawać.

Kasiu, wyjdź za mnie!
Michałku, mój rozwód pod koniec miesiąca!
I od razu ślub ze mną. Nie dam się nikomu moja dziewczyna!
No wiesz, sama się sobie panem, nie dla każdego pod rękę. Mam mojego ukochanego. Michałku, bez żadnej pompy, po prostu się pobierzemy, zabierz mnie do tego zamku, gdzie od razu byłam twoją żoną!
Jak sobie zażyczysz!
Roman i Gosia byli jedynymi świadkami na urzędzie. Mama z siostrą przysłały telegram z gratulacjami. Szybko przeprowadzili się do dwupokojowego mieszkania, które wynajął Michał, i razem robili remont, tworząc swoje miejsce. Michał szczególnie troszczył się o pokój dla Jasia. Z Jasiem już się poznał, chociaż ten nie od razu się otwierał dla niego dwie połówki jabłka to mama i tata.

Kasiu, nie wystrasz się, zróbmy Jasiowi badania krwi. Wygląda na bardzo bladego.
Michałku, on po prostu ciężko to znosi. Rozwód to dla niego katastrofa. Czytałam, że dla dziecka rozpad rodziny jest gorszy niż śmierć któregoś z rodziców.
Prawda, jesteś mądra. Sam to przeżyłem w dzieciństwie prawdziwy koniec świata. Ale zrobimy badania, dobrze?
Gdy Michał wrócił ze szpitala, był zmartwiony.

Kasiu, tylko spokojnie. Jaś ma zmiany w krwi. Intuicja mnie nie zawiodła. Jutro go zabieram ze sobą.

Czuła się oszukana przez życie. Jakby za swoje szczęście płaciła najwyższą cenę. Białaczka. Straszne słowo.

Zaczęło się nowe życie. Kasia wzięła urlop bezpłatny, bo nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby Jaś przechodził przez te wszystkie badania, zastrzyki, kroplówki bez niej. Cały czas była przy nim, tylko powtarzała: Jasieńku, trzymaj się! Jesteś dzielny! Jesteś moim najlepszym przyjacielem! Nigdy cię nie zostawię!

Gdy już nie miała siły, Michał zmuszał ją, żeby odpoczęła, a on zostawał z Jasiem. Nie zawsze udawało się spać częściej leżała patrząc w sufit.

Zadzwonił Paweł, były mąż, i zażądał, żeby się wymeldowała z niedokończonego domu.
Synem się zajmę, będzie przychodził do mnie, do swojego domu.
Lepiej, żebyś go odwiedził.
Teraz nie mam czasu, wyjeżdżam.

Michał ją przytulił:
Kasiu, sami sobie poradzimy. Nie roztrząsaj przeszłości.
Szkoda Wszystko, co zarabiałam, pakowałam w ten dom. Ale czy to ważne? Teraz chce mnie wymeldować?
Nie myśl o tym. Włóż całą energię w Jasia. Ja zadbam o resztę. Marzyłem o rodzinie, Bóg wie. Nie odbierze mi was.
Michałku, jak tam wyniki?
Robimy co możemy, na razie źle.

Kasia płakała po cichu. Jaś nie mógł wiedzieć, że jest źle.

Wujku Michał, co mam z tą krwią?
Wiesz, mamy we krwi czerwone i białe statki. Twoje walczą.
Kto wygrywa?
Na razie białe.
Co dalej?
Pomóż czerwonym.
Mamo, zabierz mnie gdzieś. Jestem bardzo zmęczony.
Kasiu, może wyjedziemy do naszego domku? Pogoda sprzyja, chodźmy po lesie, niech Jaś odpocznie.

Wiosna przyniosła kwitnące krzewy i drzewa. Chodzili razem po lesie, cieszyli się każdym kwiatkiem i źdźbłem trawy. Czasem jednak Jaś zamierał wyjątkowo zamyślony.

Co się stało, synku, źle się czujesz?
Mamo, nie przeszkadzaj. Gram morski bój.

Krótki urlop szybko minął, Jaś odżył nawet rumieńce pojawiły się na jego policzkach.
Mamo, gdzie tata?
W delegacji, synku.
Znowu? No dobrze

Po powrocie do kliniki znów zrobili badania. Przyszła sama pani kierownik laboratorium.

Panie Michale, gdzie pan zabrał syna?
Ot, za miasto do parku. Co z krwią?
Wszystko w porządku. Ma remisję. Świetne wyniki.

Michał wbiegł do sali pełen radości.

Jasieńku, co robiłeś? Dobrze się czujesz, synku. Kasia, nie płacz. On zdrowieje. Jasiu, co robiłeś?
Tato, pamiętasz, uczyłeś mnie o okrętach we krwi? Zawsze w każdej bitwie wybierałem czerwone, żeby wygrać.

Serio, niesamowite, jak życie potrafi się odmienić. Nawet największa rozpacz potrafi czasem skończyć się kwitnącą wiosną.

Rate article
Fajna Tajna
Natasza nie mogła uwierzyć w to, co ją spotkało. Jej mąż, jedyny i ukochany, którego uważała za swoją opokę, powiedział dziś: „Nie kocham cię”. Wstrząs był tak wielki, że zastygła w dziwnej pozie i tkwiła w niej, gdy on krzątał się po domu, pakując rzeczy i trzaskając kluczami. Tego jej jeszcze brakowało – przecież niedawno nagle zmarł jej tata, musiała, mimo własnego bólu, zatroszczyć się o osiwiałą mamę i młodszą siostrę – po ciężkim wypadku ta została inwalidką. Rodzina mieszkała w sąsiednim miasteczku. Syn rozpoczął pierwszą klasę. W czerwcu zamknięto jej zakład pracy. Straciła pracę. A teraz jeszcze mąż… Natasza objęła głowę rękami, usiadła przy stole i gorzko zapłakała. – Boże, co ja mam robić? Jak żyć? Ojej, Aleśka! Muszę biec po niego do szkoły! Obowiązki codzienne zmusiły ją do działania. – Mamusiu, płakałaś? – Nie, Aleśku, nie. – To po dziadku płaczesz? Mamo, jak mi go brakuje! – I mnie, synku. Ale musimy być silni. Dziadek zawsze taki był. U Boga jest mu teraz dobrze, nie przejmuj się! Zasłużył na odpoczynek, nigdy za życia nie odpoczywał. – A gdzie tata? – Tata? Pewnie w delegacji znowu. A jak w szkole? Trzeba żyć dalej. Nie kocha? Nic nie poradzisz. Na siłę miłości nie wymusisz. Coś przegapiła w tej codziennej krzątaninie. Podczas gdy Aleśka jadł obiad i bawił się żołnierzykami, Natasza zajrzała do komputerowej poczty, którą zostawił mąż. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Zalogować się było łatwo, mąż nie zdążył skasować ostatnich wiadomości. Miłość na całego. A ona teraz niekochana. Dziesięć lat była „jasnym słoneczkiem”, po ośmiu latach walki o dziecko została „naszą mamusią”. Teraz wszystko się zmieniło. Trzeba jakoś się przyzwyczaić. Przede wszystkim znaleźć pracę. Nikogo nie obchodzi jej wyższe wykształcenie. Zasiłek dla bezrobotnych nie rozwiązuje żadnych problemów. Co się stało, dlaczego jej odpowiedzialny, porządny, troskliwy mąż nagle stał się obcy? Jedna myśl: po prostu oszalał. Wspólny dom, budowany cegła po cegle – nieukończony. Dobrze, że dach jest, i jedno pomieszczenie nadaje się do mieszkania. – Praca, jak bardzo cię potrzebuję! – Natasza chciała się rozpłakać, ale nie było czasu. Tak bardzo potrzebowała pracy! Szukała kilka dni – bez skutku! Syn w pierwszej klasie, samotność – szanse zmalały do minimum. Wieczorem zadzwonił jej chrzestny Roman: – Nataszko, wrócił twój? – Nie. – A na magazynierkę pójdziesz? – Mówisz poważnie? – Tak. Z przerwą. Mogłabyś odebrać krześniaka albo zapisać na świetlicę. Płaca 2,5 tysiąca. Mało, ale lepsze niż nic. Jutro przywieziemy wam ziemniaki z cebulą i kurę. – Romciu, mam przecież swoje kurki, karmią nas, jajka znoszą. – To niech karmią. Na mięso ich nie dawaj. – Dziękuję wam. Jak Galinka? – Daje radę, dzielna jest. On taki już zawsze był. Żona Galina przeszła ciężką operację, dostaje chemię, ale nigdy nie narzeka, jakby cały świat na nim się opierał, a on wszystko jakoś ogarnia. Natasza odetchnęła – jest szansa przetrwać. Dzięki Bogu, On nigdy nie zawodzi. Dzięki za chrzestnego. Praca okazała się prosta, znajdowały się minuty na płacz i zastanowienie się nad tym, co zaszło. Mijały dni, tygodnie, miesiące. Po roku Natasza poczuła, że znów ma ochotę jeść, spać, śmiać się, cieszyć się sukcesami syna. Ból po zdradzie męża odżywał, gdy przychodził po Aleśka na weekendy. Nie przeszkadzała, ich relacje nie mogły unieszczęśliwiać dziecka. Miała ochotę zapytać, czym zawiniła, ale wiedziała – chodzi o nagłą fascynację męża inną kobietą. Przypomniały jej się słowa z jakiegoś filmu: „Miłość – ona do pierwszego zakrętu, a potem zaczyna się życie.” Dla niej miłość i życie były nierozdzielne. A dla niego? Jesień tego roku jak przedłużenie lata – ciepła, zielone liście na drzewach, dziecięce głosy na podwórku, kolorowe astry i chryzantemy w ogródku. Tego dnia, gdy ujrzała wnikliwe spojrzenie Michała, nic się nie wyróżniało, może słońce grzało mocniej, muzyka z sąsiedzkiego okna brzmiała głośniej, a może po prostu nadszedł czas spotkać się samotnościom zgodnie z planem losu. – Dziewczyno, pani pozwoli pomóc. Nie powinno się tak przeciążać. – Przywykłam. – Niedobrze, gdy taka piękność przywyka do dźwigania ciężarów. – Wszystkim pięknościom pan pomaga? Dyżuruje pan pod sklepem? – A no, dyżuruję, dyżuruję, aż oczy wypatruję, nareszcie zobaczyłem piękną dziewczynę. Nie sposób było się nie zaśmiać. Śmiali się szczerze, do łez, po prostu radośnie. – Michał – przedstawił się, śmiech jeszcze tańczył w jego oczach. – Natasza. – „Nataszka, Nataszka, żona cudza” – zna pani taką piosenkę? – Nie. Ale ja nie jestem żoną. – Serio? To mi się poszczęściło! Spotkałem dziewczynę jak z marzeń i jest wolna. Wszyscy wokół oszaleli czy oślepli? – Widzę, że z humorem u pana dobrze. A ze sprawami poważnymi? – I tu w porządku. Nataszko, chodźmy dziś do kina, pogadamy. – Nie mogę. Muszę zaraz odebrać syna z świetlicy. – Nie wierzę własnym uszom. Ma pani syna?! Pani wygląda na dwadzieścia lat, jaka świetlica? – Mam 35. – Ja też. Ale o pani pomyślałem, że bardzo młoda. – A teraz? – No cóż, przemyślam to. Każdy facet marzy o synu. A pani tak po prostu mówi, że jest niezamężna, a gdzie tatuś? – Nie chcę o tym mówić teraz. – Rozumiem. Więcej nie pytam. To może w weekend, można i z synem na seans dla dzieci. – W weekend syn spotyka się z tatą. – Nataszko, nie chcę być dla pani ciężarem. Ale jeśli kiedyś pojawi się wolna chwila, proszę zadzwonić. Tu jest moja wizytówka – jestem lekarzem, hematologiem dziecięcym. – Nie ma poważniejszej pracy. – I czasu na szukanie pięknych kobiet. – Dobrze, Michał, zadzwonię – szczerze powiedziała Natasza. – Będę czekał. Jakże piękna była ta jesień! To był ich prezent. Miękkie promienie słońca, które zmuszały liście do nieprawdopodobnej palety barw. Ciepłe dni, które odsłoniły im wszystkie parki miasta. A jeszcze ich czułość, przerywająca ból przeszłości i kręcąca się w jesiennym tańcu pod tym niesamowitym liściopadem. Zbliżali się do siebie tak ostrożnie, że Natasza sama się dziwiła, jak bardzo ciągnie ją do tego niezwykłego mężczyzny. Prawie półtora miesiąca po pierwszym spotkaniu sama nieśmiało zaproponowała „herbatę”. – Nataszko, nie obraź się. Nie przyjdę do ciebie. Dla mnie to, co się dzieje, jest ważne, zadbam o to sam. Ufasz? W najbliższy weekend wyjechali do parku krajobrazowego, gdzie Michał wynajął domek przypominający mały zamek. W środku było schludnie i przytulnie, ale Natasza widziała tylko wielkie, brązowe oczy ukochanego i tonęła w nich, wtulona w jego ramiona. Nie wiedziała, że to, co najskrytsze między kobietą a mężczyzną, może być tak słodkie. – Michałku, gdzie ja jestem, co się ze mną dzieje? Mam wrażenie, że umieram. Tak cię kocham. Jak ja żyłam bez ciebie? Tak mi z tobą dobrze! – Jaka jesteś piękna! Jestem taki szczęśliwy! Po kolejnych dwóch miesiącach coraz trudniej było im się rozstawać. – Nataszko, wyjdź za mnie. – Michałku, mam dopiero rozwód pod koniec miesiąca. – I od razu ślub. Ze mną. Bo jeszcze mi kto dziewczynę odbierze. – Ale dziewczyna sama sobie panią, nie dla każdego. Ma ukochanego. Tylko, Michałku, bez ceremonii – po prostu się pobierzmy i zabierz mnie do tego zamku, gdzie od razu i na zawsze zostanę twoją żoną. – Dobrze, kochana, wszystko, jak powiesz. Roman i Galina byli jedynymi świadkami ich ślubu. Mama i siostra przysłały pełne entuzjazmu gratulacje. Wkrótce zamieszkali razem w wynajętym przez Michała dwupokojowym mieszkaniu, które wspólnie remontowali od podstaw, tworząc przytulne gniazdko. Michał szczególnie dbał o pokój dla Aleśka. Już dawno się poznali. Ale Aleś, dla którego mama i tata byli dwiema połówkami jabłka, nie chciał nawiązać kontaktu z Michałem. – Nataszko, nie bój się, sprawdźmy krew Aleśka. Coś jest nie tak, jest za blady. – Michałku, przesadzasz. On po prostu przeżywa. Było mu ciężko pogodzić się z naszym rozwodem, łudził się jeszcze, że to się nie stanie. Czytałam, że dla dziecka rozwód rodziców jest gorszy niż śmierć jednego z nich. – Masz rację, mądra kobieto. Sam jako dziecko przeżyłem to jak koniec świata. Ale krew zbadajmy, dobrze, maluchu? Tego dnia Michał wrócił do mieszkania z opuszczoną głową. Natasza od razu wiedziała – coś się stało. – Nataszko, tylko się nie przejmuj. Są zmiany w krwi Aleśka. Niestety intuicja mnie nie zawiodła. Jutro zabieram go do siebie do pracy. To było niesprawiedliwe. Jakby za szczęście trzeba było płacić właśnie tak – taką ceną. Białaczka. Straszne słowo! Zaczął się nowy etap życia. Natasza wzięła urlop bezpłatny, bo nie wyobrażała sobie, jak Aleśka miałby wytrzymać te wszystkie zastrzyki i kroplówki bez niej. Trzymała syna za rękę i mówiła: „Wytrzymaj, syneczku! Jesteś dzielny! Byłeś zawsze moim najlepszym przyjacielem! Nigdy się nie rozstawaliśmy i zawsze będziemy razem.” Kiedy już nie miała siły, Michał wysyłał ją na drzemkę i zostawał z Aleśkiem. Spać nie zawsze się udawało, częściej leżała, wpatrzona w sufit. Zadzwonił były mąż i zażądał wypisania jej z niedokończonego domu. – Synem się zajmę. On będzie do mnie przychodzić do mojego domu. – Lepiej byś go odwiedził. – Teraz nie mogę, wyjeżdżam w delegację. Po rozmowie Michał objął ją za ramię: – Nataszko, sami wszystkiego się dorobimy. Nie zawracaj sobie głowy przeszłością. – Szkoda mi jednak. Dobrze zarabiałam, wszystko inwestowałam w dom. Michałku, czy to ma dziś znaczenie? Jeśli chodzi o wypis… – A ty nie myśl o tym. Swoje myśli trzymaj przy Aleśku. Ja ogarnę. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg to widzi. Nie odbierze mi was. – Michałku, jak wyniki badań? – Robimy wszystko, na razie źle. Natasza płakała po cichu. Nie można, żeby Aleśka się domyślił, że jest źle. – Panie Michale, co mi z tą krwią? – Wiesz, w naszej krwi są czerwone i białe stateczki. Twoje stateczki walczą. – Kto wygrywa? – Na razie białe. – A co będzie później? – Pomagaj czerwonym. – Mamo, zabierzcie mnie gdzieś. Jestem już taki zmęczony. – Nataszko, chciałem zaproponować to samo. Zabierzmy Aleśka do naszego zamku. Pogoda dobra, pójdziemy do lasu. Niech odpocznie. Wiosna ozdobiła ich zakątek kwitnącymi krzewami i drzewami. Trójka z nich spacerowała po lesie, cieszyli się każdym kwiatem i źdźbłem. Ale czasem Aleś wyglądał na zamyślonego i nieruchomiał nagle. – Co się stało, syneczku, źle ci? – Mamo, nie przeszkadzaj. Gram w morską bitwę. Krótki odpoczynek szybko się skończył. Syn odżył, na policzkach pojawiły się rumieńce. – Mamo, a gdzie tata? – W delegacji, synku. – Znowu? No dobrze. Po powrocie do szpitala znów pobrano próbki. Kierowniczka laboratorium przyszła sama. – Panie Michale, gdzie pan syna zabrał? – Tu, niedaleko, do parku. Co z krwią? – Wszystko dobrze, jest remisja. Ma ładną krew. Michał wbiegł do sali w podskokach. – Aleśku, co robiłeś? Lepiej ci, synku. Nie płacz, Nataszo. Zdrowieje. Co robiłeś, grzybie? – Tato, pamiętasz, powiedziałeś, że w mojej krwi są statki? W każdej bitwie wygrywałem czerwonymi.