Nie mogłem uwierzyć w to, co przytrafiło się mojej żonie. Moja Anita, ta jedyna, którą uważałem za swoją opokę, dziś usłyszała ode mnie: Nie kocham cię. Wstrząs był tak silny, że Anita zamarła w pół ruchu, patrząc, jak pakuję rzeczy i trzaskam kluczami, przygotowując się do wyjścia. I tak miała już dość na głowie. Niedawno zmarł jej ojciec, a ona musiała, mimo swojej rozpaczy, zaopiekować się posiwiałą mamą oraz młodszą siostrą, Basią od osiemnastego roku życia była niepełnosprawna, po ciężkim urazie głowy. Mieszkały w sąsiednim miasteczku. Nasz synek, Szymonek, właśnie poszedł do pierwszej klasy. W czerwcu zamknęli jej zakład pracy została bezrobotna. A teraz i jeszcze ja…
Anita schowała głowę w dłoniach, usiadła przy stole i rozpłakała się po cichu.
Boże, co robić? Jak żyć? Szymonek… Muszę przecież pójść po niego do szkoły.
Codzienne obowiązki nie pozwalają się całkiem rozsypać.
Mamusiu, płakałaś?
Nie, Szymuszku, nie.
Tęsknisz za dziadkiem? Mamo, ja też tęsknię.
I ja, synku. Ale musimy być silni. Nasz dziadek zawsze taki był. Teraz jest u Pana Boga, odpoczywa, a zasłużył na to jak nikt nigdy nie odpoczywał za życia.
A gdzie tata?
Tata? Pewnie znów pojechał w delegację. Jak tam w szkole?
Trzeba żyć dalej. Nie kocha? Nic na to nie poradzę. Nie zmusisz nikogo do miłości. Coś przeoczyłem w tym codziennym pędzie.
Gdy Szymonek jadł obiad, a potem bawił się żołnierzykami, Anita usiadła przy jego komputerze. Pierwszy raz w życiu zaglądała do mojej poczty. Hasło? Zawsze to samo, w lewym rogu. Nie zdążyłem wykasować ostatnich maili. Miłość na całego… A ona już jest tą niekochaną. Przez dziesięć lat nazywałem ją słoneczkiem, po ośmiu latach walki o dziecko naszą mamusią.
Teraz wszystko się zmieniło. Trzeba się z tym oswoić.
Najpierw jednak praca. Nikt nie patrzy na jej wykształcenie. Jałmużna z urzędu pracy nie rozwiązywała żadnych problemów, te parę złotych z zasiłku nie wystarczało na nic.
Co się stało, że ja, zawsze rozważny, odpowiedzialny, troskliwy nagle stałem się jej obcy? Jedno wytłumaczenie przychodziło do głowy: zwariowałem. Dom, który stawialiśmy razem cegła po cegle, nie był skończony. Dobrze, że przynajmniej dach nad głową, a jeden pokój zdatny do życia.
Praca, jak bardzo cię potrzebuję! pomyślała, nie mogąc powstrzymać kolejnych łez. Nie było jednak na nie czasu.
Szukaliśmy przez kilka dni, bezskutecznie jej samotność, pierwsza klasa Szymona, wszystko to ograniczało możliwości. Pewnego wieczoru zadzwonił mój kuzyn Roman chrzestny naszego dziecka:
Anitko, wrócił już twój?
Nie.
A gdybyś miała pracę w magazynie? Przerwa w środku dnia, mogłabyś odebrać Szymka albo załatwić świetlicę. Pensja dwa i pół tysiąca. Grosze, ale lepsze niż nic. Jutro podrzucimy wam ziemniaki, cebulę i kurczaka.
Romku, mam jeszcze swoje kury. Dają nam jajka, one nas karmią.
No to niech karmią, tylko na rosół ich nie bierz.
Dziękuję ci, co u Gabrysi?
Dzielna jest. Po ciężkiej operacji, chemii, a nigdy nie narzeka. Dajemy radę.
Tak już miał Roman odporny na własne kłopoty.
Praca Anicie spodobała się była prosta, czasem mogła zostać sama i przemyśleć, co właściwie się wydarzyło i dlaczego. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, z czasem Anita poczuła, że znów jej chce się żyć, jeść, śmiać się z Szymkiem. Ból po moim odejściu jednak wracał, zwłaszcza gdy przychodziłem po Szymka na weekend. Nie zabraniała dziecko nie mogło cierpieć przez nasze konflikty. Tak bardzo chciała zapytać, co zrobiła źle choć wiedziała, że powód to nie ona, a moja nagła fascynacja inną kobietą.
Pomyślałem wtedy o słowach z pewnego filmu: Miłość jest do pierwszego zakrętu, a potem zaczyna się życie. Dla Anity miłość i życie to jedno i to samo a dla mnie…?
Tego roku jesień była jak przedłużenie lata: ciepła, zielone liście, dziecięcy gwar pod oknami, feeria barw astrów i chryzantem w ogródku. I właśnie wtedy Anita spotkała Michała. Ten dzień niby zwykły, ale chyba słońce mocniej świeciło, muzyka z okna sąsiadki głośniejsza, może po prostu nadszedł jej czas…
Pomóc pani? Nie każda kobieta powinna dźwigać tyle sama.
Przywykłam…
Niedobrze. Taka ładna, a obciążona jak koń.
Wszystkim paniom pomaga pan pod sklepem patrolując?
Chyba tak, czekałem, aż zobaczę ten uśmiech.
Zaśmiała się głośno, aż łzy popłynęły.
Michał przedstawił się z rozbawieniem w oczach.
Anita.
Anita, znasz taką piosenkę: Anita, cudza żona?
Nie znam. Ale już nie jestem żoną.
O, to mi się poszczęściło! Same cuda… Taki żartowniś.
A z powagą jak?
Też dam radę. Może do kina dzisiaj? Pogadać, pośmiać się.
Nie dam rady, odbieram syna ze świetlicy.
Syn? Pani ma dziecko? Wygląda pani na dwadzieścia lat!
Mam trzydzieści pięć.
I ja, proszę pani! Co za zbieg okoliczności.
No to teraz…?
Przetrawię. Wszyscy faceci marzą o synu, a tu proszę… A ojciec Szymona?
Nie chcę teraz o tym mówić.
Dobrze. To może w weekend. Z synem, na bajkę.
W weekend Szymon jest z ojcem.
Nie chcę być nachalny. Jeśli znajdzie się chwila proszę zadzwonić. Tu jest wizytówka jestem lekarzem, hematologiem dziecięcym.
Poważna praca.
I czasu na podchody do pięknych kobiet nie zostaje.
Dobrze, Michał. Zadzwonię. powiedziała cicho, ale szczerze.
Czekam.
Rzeczywiście to była piękna jesień. Słońce łagodnie podbijało barwy liści, pogoda pozwalała odkrywać miejskie parki. W tej czułości do siebie podchodzili delikatnie i nawet Anita była zaskoczona, jak ją do niego ciągnęło. Po półtora miesiąca sama nieśmiało zaproponowała, by wpadł na herbatę.
Anitko, nie obraź się, nie przyjdę dziś. To dla mnie ważna sprawa, sam muszę poukładać swoje uczucia. Zaufasz mi?
W weekend wyjechali razem do parku narodowego pod Krakowem, gdzie Michał wynajął mały domek prawie zameczek. Wnętrze proste, ciche, a Anitę najbardziej urzekły jego ogromne, czekoladowe oczy i ramiona, w których mogła się schować.
Zrozumiała, że bliskość między kobietą a mężczyzną może być czymś tak słodkim aż się wzruszyła.
Michałku, ja chyba umieram z miłości… Jak żyłam bez ciebie? Jak dobrze mi z tobą!
Jesteś wspaniała! Jestem taki szczęśliwy!
I z miesiąca na miesiąc coraz trudniej im się było rozstawać.
Anitko, ożeń się ze mną.
Michałku, rozwód na koniec miesiąca.
I zaraz ślub. Inaczej ktoś mi moją dziewczynę zwinie.
Dziewczyna sama wybiera, dla każdego nie jest. Ja już wybrałam. Tylko błagam, bez wesela. Tylko podpis i zabierz mnie do tego domku, gdzie już byłam twoją żoną.
Jak powiesz, kochana.
Świadkami na ślubie byli tylko Romek i Gabrysia. Mama i Basia wysłały entuzjastyczne gratulacje. Szybko razem się przeprowadzili do odnowionej dwupokojowej kawalerki. Michał szczególnie dbał o pokój dla Szymka, choć chłopak długo chłodno podchodził do nowego mężczyzny w życiu matki.
Anitko, nie bój się, sprawdzimy Szymkowi morfologię. Wygląda blado.
Przejmuje się wszystkim, strasznie przeżył nasz rozwód. Podobno dla dziecka to gorsze niż śmierć rodzica.
Masz rację. Sam przez to przeszedłem jako dziecko. Ale krew sprawdzimy. Co ty na to, młody?
Tego dnia Michał wszedł później do domu ze spuszczoną głową. Już wiedzieliśmy coś jest nie tak.
Anitko, nie denerwuj się. Wyniki krwi wskazują na zmiany. Niestety, miałem nosa. Jutro zabieram Szymka do szpitala.
To nie fair, jakby za swoje szczęście trzeba było odpokutować. I to taką ceną. Białaczka.
Zaczęło się nowe życie. Anita wzięła urlop bezpłatny. Nie wyobrażała sobie zostawić syna samego w szpitalu podczas badań, kroplówek, zastrzyków była przy nim i powtarzała: Dasz radę, kochanie. Zawsze byłeś moim najlepszym przyjacielem. Zawsze jesteśmy razem, i tak już pozostanie.
Gdy już brakowało jej sił, Michał wysyłał ją spać, zostając z Szymkiem. Ale często leżała tylko bez ruchu, patrząc w sufit.
Była żona zadzwoniła zażądała wymeldowania ze wspólnego, rozgrzebanego domu.
Zajmę się synem sam. Będzie do mnie przychodził.
Odwiedź chociaż go.
Nie mogę. Wyjeżdżam w delegację.
Michał pogłaskał Anitę po ramieniu:
Kochanie, damy sobie radę. Nie oglądaj się za siebie.
Szkoda tylko tych pieniędzy. Tyle pracy, wszystko w ten dom włożyłam…
Nie myśl o tym. Poświęcaj każdą myśl Szymkowi. Ja sobie poradzę. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg to wie. Nie pozwoli, bym was stracił.
Michałku, jak wyniki badań?
Działamy. Ale są złe.
Anita płakała bezgłośnie. Musiała się pilnować, by Szymek się nie domyślił.
Wujku Michał, co mam z tą krwią?
Wiesz, w twojej krwi są czerwone i białe stateczki. Prowadzą bitwę.
Kto prowadzi?
Na razie białe.
A co dalej?
Pomagaj czerwonym.
Mamusiu, zabierzcie mnie stąd, bardzo już zmęczony.
Anitko, ja też już o tym pomyślałem. Zabierzmy Szymka do naszego domku. Pogoda dobra, pochodzimy po lesie, odpocznie.
Wiosna rozkwitła w ich leśnym zakątku kwitnącymi krzewami. Spacerowali we troje, cieszyli się każdym kwiatkiem i źdźbłem trawy. Tylko czasem Szymek znieruchomiał, jakby się nad czymś mocno koncentrował.
Co się stało, synku, źle ci?
Mamo, cicho prowadzę bitwę na morzu.
Krótki urlop szybko minął. Szymon wyraźnie wydobrzał i nawet nabrał koloru na twarzy.
Mamo, gdzie tata?
W delegacji.
Znowu? No trudno.
Po powrocie do szpitala badania powtórzono. Kierowniczka laboratorium przyszła sama.
Doktorze Michał, gdzie wywoziliście syna?
Do parku narodowego. Dlaczego? Co z krwią?
Wszystko w porządku. Remisja.
Michał wbiegł do sali podskakując.
Szymonku, co robiłeś? Jest lepiej! Nie płacz, Anitko, wyzdrowieje. Co robiłeś, synu?
Tato, pamiętasz o statkach? Każdą bitwę wygrały moje czerwone statki.
Ten rok nauczył mnie, że w najczarniejszych chwilach trzeba się nie poddawać, po prostu iść naprzód nawet jeśli każdy dzień boli. Bo nie wiadomo, kiedy dostaniemy od losu nową szansę i miłość, i siłę do walki dla tych, których kochamy najbardziej.



