Zofia od dawna knuła, że ujmuje dziecko z domu dziecka. Mąż, z którym dwanaście lat razem przeżywała, nie zostawił po sobie potomstwa i wyjechał do innej, piękniejszej i młodszej żony. Zofia poczuła, że życie rodzinne ją wyczerpało brakło jej sił i chęci, by jeszcze raz próbować tworzyć rodzinę i szukać tego, kto będzie zarówno w smutku, jak i w radości. Dość już, pomyślała. Postanowiła, że jeśli już ma wydatkować ciepło serca i energię, nie niech będzie to dla kogoś, kto naprawdę ich potrzebuje, a nie dla partnera.
Zaczęła działać. Odwiedziła MOPS, dowiedziała się o wszystkich formalnościach, zebrała potrzebne dokumenty. Teraz najważniejsze: odnaleźć chłopca, który stanie się jej synem, przedłużeniem jej życia, i przekazać mu całe ciepło zgromadzone przez trzydzieści osiem lat. Nie chciała małego noworodka bała się, że nie podoła jej już przekroczony już wiek, kiedy kobieta nieświadomie tęskniła za nocnym kołysaniem i pielęgnacją. Dlatego wybrała się do domu dziecka w poszukiwaniu trzylatka, który mógłby stać się jej własnym dzieckiem.
Gdy wsiadała do tramwaju, drżała jak przed pierwszą randką, nie zauważając, że w Warszawie wiosna już rozkwita w pełni chłodna, lecz z niepokojąco jasnym słońcem. Tramwaj skrzypiał na zakrętach, a Zofia nie mogła przestać myśleć o przyszłym dziecku, które już istnieje w świecie, choć jeszcze nie wie, że przeznaczone jest właśnie dla niej.
Poza oknem przejeżdżał wiosenny Kraków: szumiały samochody, ludzie spieszący się gdzieś, a nikt nie miał pojęcia, że właśnie Zofia jedzie spotkać własne szczęście. Odwróciła się do okna, ale nie patrzyła na zgiełk ulicy uśmiechała się już do przyszłego syna, którego miała spotkać za kilka minut.
Nadszedł przystanek nazwany dosłownie Dom Dziecka. Wysiadła i od razu ujrzała stary pałac z kolumnami, z których straciła się biel, przybrana na szary kamuflaż, jakby chciała ukryć się przed wrogiem. Weszła, wyjaśniła wszystko ochroniarzowi, który skierował ją do gabinetu dyrektorki.
Dyrektorka kobieta w podeszłym wieku, w podniszczonym ręcznie robionym swetrze, nieco zaniedbana, ale w oczach miała pewność, że jest na swoim miejscu od lat. Rozmowa była krótka, bo wczoraj już rozmawiali telefonicznie.
No więc, chodźmy wybrać? rzekła, wstając pierwsza.
Zofia posłusznie podążyła za nią. Idąc długim korytarzem z ciemnoniebieskimi panelami, dyrektorka rzuciła przez ramię:
Młodsza grupa właśnie w zabawie, więc i nam tam zajrzymy. Otworzyła drzwi i obie weszły.
W pomieszczeniu stało chyba piętnaście maluchów dziewczynek i chłopców na dywaniku otoczonym regałami z zabawkami. Nauczycielka przy oknie pisała coś w notesie, od czasu do czasu podnosząc głowę i czujnie pilnując porządku.
Gdy dorosłe weszły, dzieci natychmiast rzuciły się w stronę drzwi. Otoczyły kobiety, przytulały się do kolan, podnosząc ich buzie, i krzyczały radośnie:
To moja mama! Za mną!
Nie, to moja mamuśka, od razu ją poznałam! Widziałam ją w śnie
Weź mnie! To ja twoja córeczka!
Dyrektorka masowo pogłaskała je po głowach, podając Zofii krótkie uwagi o każdym. Zofia jednak nie mogła się zdecydować chciała wziąć wszystkich, a zwłaszcza tego chłopca, który siedział przy oknie na małym krzesełku, nie podchodząc do dorosłych, tylko odwracając się z boku i przyglądając się zwykłemu widokowi.
Z jakiegoś nieznanego powodu podeszła właśnie do niego i położyła dłoń na jego głowie. Spośród jej dłoni wyjrzały małe, lekko skośne oczy o nieokreślonym kolorze, które idealnie wpasowywały się w kościakowatą twarz, szeroki nos i jasne, ledwo zarysowane brwi. Chłopiec nie przypominał tego, co Zofia wyobrażała sobie w głowie. A gdy już poczuła, że to nie typowy wybór, powiedział:
I tak mnie nie wybierzecie.
Spojrzał na nieznajomą z taką intensywnością, jakby błagał o coś innego.
Dlaczego tak myślisz, mały? zapytała, nie zrywając ręki z jego głowy.
Bo jestem chory i katar mam ciągle. Mam też siostrzyczkę Nelię. Jest w grupie maluszków. Codziennie biegam do niej i głaszczę ją po głowie, żeby nie zapomniała, że ma starszego brata. Nazywam się Wit, i bez Neli nie pójdę nigdzie.
W tej chwili, jakby pod napięciem, z jego nosa popłynęły krople katarem.
Wtedy Zofia pojąła, że całe życie czekała na spotkanie z katarowym Witkiem, który często chorował, i na jego siostrę Nelię, której jeszcze nie widziała, a już kochała. Patrzyła w przeszłość, a serce jej wypełniło się spokojnym, długim ciepłem, które od tamtych dni nie gaśnie.



