Na wojskowej katedrze wykładała pewna pani doktor.

Dziś znowu wracałam pamięcią do czasów, gdy prowadziłam zajęcia na uczelni wojskowej we Wrocławiu. Byłam już wtedy doktorem, a większość mojego życia zawodowego spędziłam jako pediatra w szpitalu dziecięcym. Do dziś pamiętam jedno z najbardziej zaskakujących odkryć tamtych lat.

Moje córki, Zosia i Łucja, chorowały na niemal wszystkie możliwe choroby zakaźne. Paradoksalnie, mimo że byłam lekarzem i bardzo dbałam o czystość w domu po powrocie z pracy od razu brałam prysznic, zmieniałam ubranie, myłam ręce kilkakrotnie one i tak łapały wirusy, z którymi walczyłam w szpitalu. Najbardziej martwiło mnie to, że chorowały zwykle na te infekcje, z którymi danego dnia mierzyłam się podczas dyżuru. Jeśli przypadek był naprawdę ciężki godzinę, dwie po moim powrocie dziewczynki zaczynały kaszleć lub gorączkować. Witaminy i hartowanie niewiele dawały byłam już zrozpaczona, bo przecież zawsze wydawało mi się, że opiekuję się nimi jak najlepiej.

Pewnego wieczoru wracałam do domu po bardzo ciężkim dniu. Pracowałam wtedy na oddziale zakaźnym mieliśmy pod opieką trudny przypadek odry i już z góry uwierała mnie myśl, że pewnie moje córki znowu się rozchorują. Tak bardzo się tego bałam, że zamiast wrócić prosto do mieszkania na Grunwaldzkiej, spontanicznie poszłam do kina na film przygodowy o poszukiwaczach skarbów. Wracając do domu, czułam się jednocześnie winna i zachwycona jakbym zrobiła coś zupełnie zakazanego. Ale po powrocie zastałam Zosię i Łucję zdrowe, pełne energii, rozgadane jak zawsze. Nie mogłam się nadziwić!

Kolejny raz, po wyjątkowo przykrym dyżurze, poszłam w odwiedziny do koleżanki. Piłyśmy herbatę, zajadałyśmy krówki i długo śmiałyśmy się z opowiedzianych przez nią dowcipów. Wieczorem, coraz spokojniejsza, wróciłam do domu i znów dzieci były zdrowe.

Z czasem wyrobiłam sobie zwyczaj po pracy nie wracałam już od razu do mieszkania, choć obowiązków domowych nigdy mi nie brakowało. Szłam do małego parku w pobliżu, gdzie kwitły kasztany i cicho szemrała fontanna. Przechadzałam się między ławkami, przesiadywałam chwilę w cieniu drzew, rozglądałam się za wiewiórkami, aż czułam, że zły nastrój powoli mnie opuszcza. Wtedy dopiero szłam do dzieci.

I od tego momentu Zosia i Łucja przestały chorować. W końcu zrozumiałam, że to nie tylko mikroby przynoszę z pracy do domu, ale i tę całą złą energię i troski, które mnie wypełniały. Postanowiłam świadomie zostawiać je poza domem. Od tamtej pory dom tętnił radością, a infekcje przestały nas nękać.

Dzisiaj wiem, jak ważne jest nie przenosić domownikom własnych zmartwień i choć naukowcy dopiero badają ten fenomen, ja jestem pewna, że energia i myśli mają ogromną siłę. Po trudnym dniu warto choć chwilę pospacerować po parku albo oderwać się przy dobrym filmie. Dopiero wtedy wracać do tych, których kochamy, z pogodą ducha i lekkim sercem. To mój własny mały przepis na szczęście i zdrowie w domu.

Rate article
Fajna Tajna
Na wojskowej katedrze wykładała pewna pani doktor.