Na końcu świata.
Śnieg wciskał mi się w buty, szczypał skórę. A ja przecież nie zamierzałam kupować filcowych kozaków wolałam oficerki, chociaż tu wyglądałyby w nich całkiem komicznie. I tak tata mi zablokował kartę.
Naprawdę chcesz mieszkać na wsi? zapytał tata, krzywiąc usta z dezaprobatą.
Mój ojciec nie znosił prowincji, odpoczynku w naturze. Każde miejsce, gdzie nie było miejskich wygód, traktował jak osobistą zniewagę. Michał też był taki sam, więc uciekłam właśnie na wieś. Właściwie nie chciałam tam zostać na długo, choć, inaczej niż ojciec, kochałam biwaki, namioty i tą całą romantykę lasu. Ale mieszkać? Nigdy. Ojcu powiedziałam coś zupełnie innego.
Chcę. I będę.
Daj spokój z głupotami. Co będziesz tam robić, łapać krowy za ogony? Myślałem, że latem wyjdziecie z Michałem za mąż, że zaczniemy szykować wesele
Wesele. Tata próbował mi Michała wcisnąć jak mdłą kaszę manną z grudkami aż zbierało mnie na wymioty.
Nie, nie był brzydki. Nawet przystojny: prosty nos, wyraziste oczy pod starannie wyregulowanymi brwiami, lekko falowane włosy, krzepka figura. Tata traktował go jak prawą rękę, marzył, żebym wyszła za odpowiedniego chłopaka. Ale ja go nie znosiłam: irytował mnie jego marudny ton, pulchne paluchy, wieczne przechwałki o tym, ile kosztował jego garnitur, zegarek, samochód
Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Nic ich nie interesowało poza pieniędzmi. A ja pragnęłam miłości. Takiej, od której odejmuje dech, jak w książkach. Nigdy tego nie przeżyłam, ale wierzyłam, że mnie to spotka. Nieraz się zakochiwałam, fascynowałam jakimś chłopakiem, ale uczucia szybko przechodziły nie zostawiały śladów. Ja jednak marzyłam o śladach, dramatach, nie o spokojnej przewidywalności. Dlatego pomysł pracy nauczycielki na wsi wydawał się idealny. Michał tam nie pojedzie, przestraszy się braku internetu, ciepłej wody i porządnej kanalizacji.
Wybrałam więc wieś, gdzie nie było nic z tych rzeczy. Dyrektor szkoły nie chciał mnie, bał się, że sobie nie poradzę, ale poprzednia nauczycielka niespodziewanie zmarła, a ja byłam uparta wyciągnęłam wszystkie certyfikaty i poszłam do wydziału edukacji.
I co taki młody, wykwalifikowany pedagog będzie robić na wsi? zapytała surowa pani ze sztywnymi rudymi włosami.
Uczyć dzieci odpowiedziałam równie stanowczo.
I teraz uczyłam. Mieszkałam w domku bez ciepłej wody, sama rozniecałam ogień w kozie. Jak przewidywałam, Michał przyjechał, spędził tu noc i zmył się. Dzwonił, namawiał mnie do powrotu, ale traktował to tak samo jak tata jak kaprys, który przejdzie z czasem.
Początkowo podobało mi się tutaj. Potem przyszła zima dom był tak przewiewny, że nawet pod kołdrą marzłam, a noszenie drewna nie należało do przyjemnych czynności. Chciało mi się wracać do miasta, ale poddawać się nie lubiłam. Poza tym odpowiadałam nie tylko za siebie. Ale za dzieci.
Miałam tylko dwunastu uczniów. Na początku byłam zszokowana: w warszawskim Domu Kultury, gdzie pracowałam przez ostatnie półtora roku, dzieci były błyskotliwe i uzdolnione. Tu wydawały mi się zupełnie beznadziejne. Trzecia klasa, a czytali ledwie sylabami. Zadań domowych nie robili, na lekcji rozrabiali. Ale do czasu. Potem bardzo ich polubiłam.
Szymon rzeźbił zwierzęta w drewnie nie były to toporne figurki, ale cudne lisy, niedźwiedzie i zające, które bez wstydu można by sprzedać w sklepie z zabawkami na Krakowskim Przedmieściu. Ania pisała białe wiersze, Wojtek zostawał po lekcjach i sprzątał klasę, a u Irenki był baranek, który codziennie odprowadzał ją pod szkołę niczym piesek.
A czytać tak naprawdę potrafili, tylko nikt ich tego nie uczył albo dostawali nieodpowiednie książki. Nie przejmowałam się programem, przywoziłam inne książki z najbliższego miasteczka tu internet prawie nie działał, nic nie dało się zamówić.
Nie umiałam dotrzeć tylko do jednej dziewczynki. I właśnie jej ojca, Włodzimierza, spotkałam, gdy marszczyłam twarz przed mroźnym śniegiem, z rękami zajętymi naręczem drewna.
Dzień dobry, pani Małgorzato, powiedział, zatrzymując się kilka metrów od furtki.
Trochę się go bałam, przyznam. Twarz miał taką… szorstką. Jakby bandyta. Nigdy się nie uśmiechał. A mi, gdy go widziałam, serce biło tak szybko, że obawiałam się, że zauważy mój lęk. Albo to nie był strach?
Dzień dobry. mój głos zabrzmiał wyżej, niż bym chciała.
Czemu u Tosi same jedynki?
Bo nic nie robi.
To ją zmobilizuj. Kto tu jest nauczycielem, ja czy pani?
Nauczycielem byłam ja. Ale nie zamierzałam nikogo zmuszać. Dziewczynka miała najpewniej autyzm, a tu trzeba innego specjalisty.
Zawsze tak było? dopytałam.
Włodzimierz się zawahał.
Nie zawsze. Kiedy była z Olą, wszystko robiła.
Ola to ktoś z rodziny?
Skrzywił się, jakby śnieg dostał mu się do buta.
To jej mama.
Od razu pojęłam, jakie pytanie następnie padnie. Ale musiałam je zadać.
A gdzie teraz jest?
Na cmentarzu.
No właśnie. W dodatku chodziło o sprawę oczywistą, jak mawiał tata.
Stać z naręczem drewna przez dłuższą chwilę było niewygodnie. Ale było mi niezręcznie przyznać się do zmęczenia. Kiedy z góry polano zsunęło się i walnęło mnie w stopę, jęknęłam, upuściłam drewno i ledwie powstrzymałam łzy. Łzy były podwójne: z bólu i z upokorzenia, że okazałam słabość przy dorosłym. Co za głupota przecież też jestem dorosła. Ale nie czułam się tak w tej chwili.
Pomogę zaproponował Włodzimierz.
Nie trzeba, dam radę sama.
Widzę, jak sobie pani radzi.
Przyniósł mi drewna, poprawił polano przy framudze, dzięki czemu drzwi przestały się zacinać.
Jakby coś, proszę się zgłosić rzucił i poszedł.
Po co przyszedł? Myśli, że dzięki paru naręczom ułatwi Tosi lepszą ocenę? Mało prawdopodobne
Myśli o Tosi nie dawały mi spokoju. Przez kolejne dni próbowałam do niej dotrzeć, czułam się bezsilna jako nauczycielka, jeszcze bardziej żałowałam dziewczynki. Poprosiłam o radę panią wicedyrektor.
Oj, z tym dzieckiem źle stwierdziła. Dawaj jedynki, latem przeniesiemy ją do szkoły specjalnej.
Ale jak to?
Poślemy ją na komisję, niech orzekną opóźnienie. Co zrobić taki przypadek.
Ale ojciec mówi, że kiedyś
Przestań, przeszłość! Matka się nią zajmowała, on nie podoła. Nie słuchaj go, naopowiada ci cuda
Nie lubi pan Włodzimierza, prawda? domyśliłam się.
Wicedyrektor zacisnęła usta.
Nie musi mi się podobać. A dziecko powinno trafić tam, gdzie będzie miało odpowiednie warunki.
Nie chciałam się z tym pogodzić. Nie byłam pewna, że Tosia powinna trafić do szkoły specjalnej, więc zadzwoniłam do mojej ulubionej metodyczki, pani Lidii, poradziłam się i wybrałam do Tosi do domu. Bałam się, wypiłam nawet rumianek choć go nie lubię. Mama zawsze piła taki na nerwy. Moja mama też nie żyje, więc historia Tosi mamy bardzo mnie wzruszyła.
Włodzimierz przyjął mnie chłodno, choć miałam nadzieję, że ucieszy się, że chcę pomóc.
My gości nie przyjmujemy oznajmił.
Ścisnęłam usta jak wicedyrektor i powiedziałam, że wychowawca musi sprawdzić warunki dziecka.
Pokój Tosi był prześliczny różowe tapety, misie, masa książek. Zazdrościłam jej; mój tata był minimalistą, gardził ozdobami i kolorami. W dzieciństwie wszystko miałam beżowe, zabawki, ściany.
Pierwszym razem nie osiągnęłam zbyt wiele. Pytałam o ulubione książki, przejrzałam je, prosiłam o kredki. Tosia milcząc podała kredki, o książkach nie powiedziała nic. Dopiero na koniec, gdy spytałam o imię różowego królika, powiedziała:
Pusia.
Następnym razem przyniosłam dla Pusi sweterek. Mama nauczyła mnie dziergać robiłam to po niej przez lata. Nie wychodziło mi najlepiej, włóczkę też wzięłam za grubą. Ale Tosia się ucieszyła, ubrała Pusię i powiedziała:
Ładny.
Zaproponowałam, żeby narysowała Pusię w sweterku. Tosia od razu zabrała się za rysowanie. Podpisałam imię na obrazku specjalnie zrobiłam błąd. Tosia poprawiła.
Nie była żadną opóźnioną.
Będę do Tosi przychodzić trzy razy w tygodniu powiedziałam Włodzimierzowi.
Nie mam wolnych pieniędzy burknął.
Nie chcę pieniędzy wzruszyłam się.
Na tym stanęło.
Wicedyrektorka nie była zachwycona moimi wizytami.
Tak nie wolno! Nie wyróżnia się jednego dziecka, to niepedagogiczne. I nic to nie da, znam takich uczniów.
Ja też znam przerwałam. I wiem, że jeszcze za wcześnie na przekreślanie.
Tosia była nietypowa: przeważnie milczała, unikała kontaktu wzrokowego, wolała rysować niż pisać. Ale liczyć potrafiła dobrze, a gramatykę łapała w mig. Pod koniec semestru nie musiałam naciągać jej ocen były prawdziwe.
Wyjeżdża pani na Sylwestra? zapytał Włodzimierz, nie patrząc mi w oczy, jak Tosia.
Nigdzie nie jadę speszyłam się, czując rumieniec na twarzy.
Tosia chce panią zaprosić.
To było dziwne. Tosia nic nie wspominała. Zresztą ona niewiele mówi. Jeśli jednak chciała nie mogłam jej zawieść. Chociaż nie miałam ochoty świętować Nowego Roku z obcymi.
Dziękuję, zastanowię się odpowiedziałam.
Tej nocy spałam słabo. Nie rozumiałam, co mnie ruszyło. Przecież przez miesiąc zajmowałam się dziewczynką, to oczywiste, że się otworzyła. Czyż nie na tym mi zależało? Przejmowałam się, co myśli Włodzimierz
Z tymi myślami zasnęłam.
Rano zadzwonił Michał.
Kiedy przyjedziesz?
Słucham?
Na Sylwestra. Nie będziesz świętować w swojej wiosce?
Właśnie, że będę!
Gosiu Może już wystarczy? Ojciec tak się denerwuje, nie może sobie znaleźć miejsca.
Ani razu nie zadzwonił do mnie.
Niech pójdzie do lekarza warknęłam.
Naprawdę nie wrócisz?
Naprawdę.
Kurczę. No i co robić?
Rób, co chcesz!
Nie spodziewałam się, że Michał potraktuje to dosłownie zjawił się z szampanem, sałatkami i prezentami.
Jeśli góra nie chce przyjść do Mahometa
Byłam w szoku. I nie całkiem negatywnym nie sądziłam, że Michał jest do tego zdolny. Zwykle świętował w restauracji, na balu, na bankiecie z konkursami. Tu nawet telewizora nie było.
Ważne, że jesteś powiedział.
Szukałam podstępu, ale niczego nie znalazłam. Może się myliłam co do niego?
Zrobiło mi się cieplej na sercu, kiedy zobaczyłam swoje ulubione dania, a w prezencie książki pedagogiczne, projektor i kalendarz nauczyciela.
Dziękuję wzruszyłam się. Myślałam, że jak zwykle kupisz mi biżuterię albo gadżet.
Michał się uśmiechnął.
Gosiu, zrozumiałem: jesteś dla mnie najważniejsza. Jeśli chcesz mieszkać tutaj, będę tu z tobą. I biżuterię też przyniosłem.
Wyjął czerwone pudełeczko wiadomo było, co tam jest.
Mogę nie odpowiadać teraz? spytałam.
Nie obraził się.
Bałem się, że od razu odmówisz. Poczekam tyle, ile trzeba.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Schowałam pudełko do kieszeni.
Włodzimierz miał mój numer komórki. Ale zadzwonił na domowy.
Zastanowiła się pani? zapytał.
Przepraszam. Odwiedził mnie znajomy.
Rozumiem.
I się rozłączył.
Od razu zrobiło mi się źle na duszy. Co to za ton? Rozumiem Co rozumie? Nic mu nie obiecywałam nie ma co się obrażać! A może jednak się obraża? Pewnie przez Tosię. Dziecko czeka, a każdy ojciec chce chronić swoje dziecko.
Te myśli plątały się w mojej głowie, a Michał w ogóle nic nie zauważał cały czas próbował złapać trochę internetu, żeby puścić sylwestrowy film.
Usłyszałam gwizd. Tak Włodzimierz wołał psa. Wyglądnęłam przez okno. On i Tosia stali pod furtką.
Rumieniec spłynął mi na twarz.
Kto to? zapytał Michał z pretensją.
Uczennica pisnęła Tosia. Zaraz wrócę.
Miałam dla Tosi prezent przyjaciela dla Pusi, różowego króliczka-dziewczynki. Ojciec nazwałby to kiczem.
Dla Włodzimierza też miałam upominek. Nie wiedziałam, czy powinnam, ale zrobiłam: wydziergałam rękawiczki.
Chwyciłam paczkę i wybiegłam, jak stałam bez czapki, gołe łydki. Znów śnieg w butach, ale nie przejęłam się.
Tosiu, kochana! zawołałam z czułością. Dobrego Nowego Roku! Zobacz, co dla ciebie mam.
Podałam jej reklamówkę. Wyjęła króliczka i przytuliła, spojrzała na ojca. Włodzimierz podał dwa pakunki: większy i mniejszy. Tosia najpierw rozwinęła duży była w nim zeszyt ze skomponowanym komiksem, rozpoznałam od razu Tosi rysunki.
Dziękuję, wspaniała historia!
W mniejszym pakunku była broszka w kształcie ptaszka. Mała złota koliberka. Spojrzałam na Włodzimierza. Nie patrzył na mnie. A Tosia powiedziała:
To mamy.
Zatkanymi gardłem ledwie wykrztusiłam słowa.
Dobrze, już idziemy mruknął Włodzimierz.
Oczywiście! Dobrego roku!
Wzajemnie
Chciałam przytulić Tosię, ale się nie odważyłam. Dziewczynka mocno ściskała zabawkę i milczała.
Pod bramą obejrzałam się. Coś ścisnęło mi piersi na widok tej dwójki, weszłam do domu, mrugając powiekami, pociągając nosem.
I co? burknął Michał.
Spojrzałam na komiks, na zaciśniętą broszkę. Przypomniałam sobie o tym, że nie oddałam rękawiczek. I o tym, co powiedziała Tosia: mamy Jaka piękna twarz u Włodzimierza ta męska, twarda, ale rozjaśniona tylko, gdy patrzy na córkę. W środku wszystko mi się rwało i rozkwitało. Żal mi było Michała, ale okłamywać siebie i jego zupełnie nie miałam siły.
Wyjęłam z kieszeni czerwone pudełko, podałam mu i powiedziałam:
Wróć do domu. Przepraszam, nie będę twoją żoną. Przepraszam.
Szczęka mu opadła. Nie był przyzwyczajony do odmowy.
Przez chwilę myślałam, że mnie uderzy. Ale Michał schował pudełko, wziął kluczyki od auta i wyszedł, nie mówiąc nic.
Szybko zapakowałam jedzenie do pojemników, chwyciłam rękawiczki dla Włodzimierza i pobiegłam za nimi Za obcymi, a jednocześnie tak bardzo teraz Mojymi Ludźmi.



