Na krańcu świata.
Śnieg wciska się w buty, szczypie skórę, zostawia białe ślady na rajstopach. Ale kupić sobie filcaki? Nigdy w życiu! Zosia wolałaby kozaki, lecz w takiej wiosce wyglądałaby w nich komicznie. A ojciec i tak zablokował kartę płatniczą.
Naprawdę zamierzasz mieszkać na wsi? zapytał z pogardą w głosie, krzywiąc wąskie usta.
Ojciec nie znosił prowincji nie lubił ciszy, kontaktu z naturą, żadnego miejsca pozbawionego luksusów miasta. Tomek, jej narzeczony, był identyczny. To dlatego Zosia postanowiła uciec na wieś: nie z miłości do wsi, bo chociaż w przeciwieństwie do ojca lubiła namioty, jeziora i leśne wędrówki, życie na wsi jej nie pociągało. Ale i tak postanowiła, że tu zostanie.
Chcę. I zostanę wypaliła stanowczo.
Przestań gadać głupoty. Co będziesz tam robić, ogony krowom zawijać? Myślałem, że latem wyjdziecie z Tomkiem za mąż, myślałem, że będziemy szykować wesele…
Wesele. Ojciec próbował na siłę sprzedać jej Tomka, jakby był chłodną, zsiadłą kaszą manną, aż robiło jej się niedobrze.
Tomek bynajmniej nie był odpychający, nawet miał coś w sobie: prosty nos, wyraziste oczy pod gęstymi brwiami, schludnie przycięte włosy, mocne ciało. Był prawą ręką ojca, jego pomocnikiem; od dawna ojciec marzył, aby Zosia została żoną odpowiedniego mężczyzny.
Zosia nie znosiła Tomka. Denerwował ją jego nudny głos, palce jak kiełbaski, wiecznie obracające klucze, przechwałki o tym, ile kosztuje jego garnitur, zegarek czy samochód… Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Tylko one się w ich domu liczyły. A Zosia marzyła o uczuciach. O takich, które ściskają za gardło jak w książkach choć nigdy ich nie czuła, wiedziała, że istnieją. Zakochiwała się szybko i ulotnie, blizn nigdy nie zostawiali. Ale blizn pragnęła, dramatu, a nie Tomka bezpiecznego, przewidywalnego.
Wyjazd na wieś i praca w szkole wydała jej się więc cudowną odskocznią. Tomek za nią nie pojedzie, bo przestraszy się braku internetu, ciepłej wody i kanalizacji. Dlatego Zosia wybrała właśnie tą wioskę, gdzie niczego nie było.
Dyrektor szkoły bardzo się wahał czy młoda, dobrze wykształcona nauczycielka poradzi sobie tutaj? Ale stara nauczycielka zmarła nagle, a Zosia wywalczyła posadę, pokazując certyfikaty na wydziale edukacji powiatu.
Co taki wykwalifikowany, młody nauczyciel będzie robił na wsi? zapytała surowa kobieta o buraczkowych, lakierowanych włosach.
Będę uczyć dzieci odparła równie surowo Zosia.
I tak zaczęła uczyć. Zamieszkała w małym, zimnym domku bez bieżącej wody i łazienki, sama paliła w piecu. Tomek oczywiście przyjechał, spędził jedną noc i uciekł. Dzwonił, błagał, by wracała, ale podobnie jak ojciec, uważał to za kaprys, który minie.
Z początku Zosi się podobało. Ale przyszła zima, dom wystygł do rana, a przynoszenie drewna okazało się katorgą. Tęsknota za miastem rosła, ale duma nie pozwalała się poddać. A poza tym teraz odpowiadała za dzieci.
Klasa była malutka dwunastu uczniów. Z początku wstrząśnięta: w warszawskim Domu Kultury, gdzie pracowała wcześniej, dzieci były bystre, kreatywne. A tu? No cóż… Trzecia klasa, czytają po sylabach, nie robią pracy domowej, na lekcji tylko rozrabiają. Ale potem Zosia polubiła ich wszystkich.
Szymon rzeźbił zwierzęta w drewnie nie koślawe, lecz piękne: lisy, borsuki, zające jak z wystawy. Ania układała białe wiersze, Wojtek zawsze zostawał po lekcjach i sprzątał klasę, u Irenki był jagniątko, które ją odprowadzało do szkoły jak pies.
A czytać potrafili tylko nikt ich wcześniej nie zachęcał, a lektury były nieodpowiednie. Zosia ignorowała program, woziła książki z miasta, bo internet tu nie łapał, a zamówić coś nie było szans.
Jedno dziecko nie dawało jej spokoju. Właśnie jego ojca, Władysława, zobaczyła, kiedy zmarznięta wracała z drewutni z naręczem polan.
Dzień dobry, pani Zofio Małgorzato powiedział, stając kilka kroków od furtki.
Zosia trochę go się obawiała. Jego twarz była… surowa, jak twarz człowieka z półświatka. Nie uśmiechał się nigdy, a serce Zosi biło tak, że bała się, iż zauważy jej niepokój. Albo… coś innego?
Dzień dobry jej głos zabrzmiał wyżej, niż chciała.
Czemu u Tosi same dwóje?
Bo nic nie robi.
Niech ją pani zmusi. Kto jest nauczycielem pani czy ja?
To Zosia była nauczycielem, ale zmuszać nie zamierzała. Tosia była inna prawdopodobnie autyzm. Potrzebowała specjalisty.
Zawsze tak było? zapytała ostrożnie.
Władysław zmieszał się.
Nie zawsze. Dawniej robiła wszystko z Olą.
A Ola to kto?
Skrzywił się, jakby mu śnieg wpadł w but.
Jej mama.
Nie trzeba było pytać dalej, choć Zosia wiedziała, że musi.
A gdzie jest teraz?
Na cmentarzu.
Ot, i cały sekret, jak mawiał ojciec.
Stać z drewnem było niewygodnie, ale powiedzieć to głośno nie wypadało. Kiedy górna polana spadła na stopę, Zosia jęknęła, upuściła drewno i z trudem powstrzymała łzy. Bolało podwójnie: z bólu i z upokorzenia przecież jest dorosła! Ale tak się nie czuła.
Pomogę rzucił Władysław.
Nie trzeba, poradzę sobie.
Widzę, jak pani sobie radzi.
Pomógł jej z drewnem, poprawił próg, tak że drzwi przestały się zacinać.
Proszę dać znać, jeśli będzie pani czegoś potrzebowała i poszedł.
Po co właściwie przyszedł? Myśli, że za kilka kawałków drewna wystawi jej córce trójki za semestr?
Myśli o Tosi nie dawały jej spokoju. Próbowała dotrzeć do niej różnymi sposobami, czując bezradność i żal. Pytała wicedyrektorkę.
Oj, to syzyfowa praca. Dwóje wystaw, latem przeniesiemy ją do szkoły specjalnej.
Ale…?
Na komisję i już. Co zrobić, skoro dziecko takie.
Ale ojciec mówi, że dawniej…
Co tam dawniej! Matka ją nosiła, on nie potrafi. Nie słuchaj go, nagada ci…
On wam nie odpowiada?
Wicedyrektorka zacisnęła usta:
Nie muszę go lubić. A dziecko musi się uczyć w odpowiednich warunkach.
Zosia się z tym nie zgadzała. Zadzwoniła więc do swojej ulubionej metodyczki, pani Lidii, i poszła do domu Tosi. Bała się wypiła herbatę z rumiankiem, choć nie przepadała. Mama Zosi zawsze ją taką piła, mawiała, że uspokaja. Mama też zmarła dlatego ta historia tak jej zapadła w serce.
Władysław nie był zachwycony jej wizytą.
My nie przyjmujemy gości powiedział.
Zosia zacisnęła usta, jak wicedyrektorka, i odparła, że wychowawca powinien kontrolować warunki w domu dziecka.
Pokój Tosi był przepiękny. Różowe tapety, pluszaki, mnóstwo książek. Zosia aż pozazdrościła jej ojciec był minimalistą, a ona miała pokój w beżach, beżowe zabawki.
Pierwszego dnia Tosia nic nie mówiła pokazała tylko kredki, przyniosła książki. Dopiero na pytanie o imię różowego królika odpowiedziała:
Fifi.
Na kolejną wizytę Zosia przyniosła Fifi sweterek umiała jeszcze trochę robić na drutach, mama ją nauczyła, teraz robiła to na pamiątkę. Sweterek był nieudany, za gruby, ale Tosia ucieszyła się, ubrała go na królika i powiedziała:
Ładny.
Zosia zaproponowała, by namalować Fifi w nowym sweterku. Tosia poważnie namalowała, a gdy Zosia celowo źle podpisała imię, Tosia poprawiła ją.
Nie była wcale upośledzona.
Będę przychodzić do Tosi trzy razy w tygodniu powiedziała Władysławowi.
Nie mam na to pieniędzy mruknął.
Nie chcę pieniędzy obraziła się.
Tak zostało.
Wicedyrektorka nie była zadowolona z tych wizyt.
Co to za samowolka? Nie wolno faworyzować! Widziałam takie dzieci, to nie ma sensu.
Ja też widziałam przerwała jej Zosia. Ale na wyrok za wcześnie.
Tosia była inna: zazwyczaj milczała, nie patrzyła w oczy, wolała rysować niż pisać. Ale szybko liczyła, z gramatyki była dobra. Pod koniec semestru nie musiała już wystawiać trójek na pokaz były prawdziwe.
Na Sylwestra gdzieś wyjedzie pani? zapytał Władysław, unikając jej wzroku jak jego córka.
Nigdzie odpowiedziała Zosia, czerwieniąc się.
Tosia chciałaby panią zaprosić…
To było dziwne. Tosia nic nie mówiła, ale ona w ogóle mało mówiła. Jeśli to prawda nie chciała rozczarować dziecka. Ale spędzać Sylwestra z obcymi też nie chciała.
Dziękuję, zastanowię się powiedziała.
Spała źle nie wiedziała, co ją zaniepokoiło. Przez miesiąc pracowała z Tosią, logiczne, że dziewczynka się otworzyła. Nie właśnie tego chciała? A co do Władysława… czy to ważne?
Z tymi myślami zasnęła.
A rano zadzwonił Tomek.
Kiedy przyjedziesz?
Ale po co?
No, na Sylwestra! Nie będziesz go przecież świętować na wsi.
Właśnie, że będę!
Zośka… Może już wystarczy? Ojciec cię szuka, nie może spać, ciśnienie mu skacze.
Ojciec ani razu nie zadzwonił.
Niech idzie do lekarza odburknęła.
Więc serio nie przyjedziesz?
Serio.
Kurczę. No i co teraz?
Rób co chcesz!
Nie sądziła, że Tomek zrobi właśnie to przyjedzie z szampanem, sałatkami i prezentami.
Jak góra nie przyjdzie do Mahometa…
Zosia była w szoku. Raczej pozytywnym nie spodziewała się tego po Tomku. Zawsze wolał bawić się w sylwestra w warszawskiej restauracji z konkursami i muzyką. Tutaj nawet telewizora nie było.
E tam. Ważne, że jesteś ty powiedział.
Zosia szukała podstępu, ale go nie znajdowała. Może się myliłam? pomyślała.
Jeszcze milej się zdziwiła, gdy w paczkach znalazła swoje ulubione potrawy, a w ozdobnej torbie książki pedagogiczne, projektor i nauczycielski planer.
Dziękuję powiedziała ciepło. Myślałam, że jak zwykle podarujesz biżuterię albo gadżety.
Tomek się uśmiechnął.
Zośka, zrozumiałem, że jesteś dla mnie najważniejsza. Jeśli chcesz mieszkać na wsi, będę mieszkał na wsi. Biżuterię też przywiozłem.
Wyjął czerwone pudełko z weluru. Wiadomo, co było w środku.
Mogę się jeszcze nie zgadzać? zapytała Zosia.
Tomek nie obraził się.
Bałem się, że od razu odmówisz. Poczekam.
Zosia nie wiedziała, co powiedzieć, schowała pudełko do kieszeni.
Władysław miał jej numer komórkowy, ale zadzwonił na domowy.
Przemyślała pani? zapytał.
Przepraszam, mój przyjaciel przyjechał.
Rozumiem.
I odłożył słuchawkę.
Zosi ścisnęło się serce. Co miał na myśli? Jasne… Cóż mu jasne? Nic nie obiecywała, nie powinien się obrażać! Ale chyba się obraził. Z powodu Tosi. Dziecko czekało, a który ojciec chciałby rozczarować córkę?
W głowie miała mętlik. Tomek nic nie zauważał, próbował złapać Internet, żeby puścić Kevina.
Zosia usłyszała gwizd właśnie tak przywołuje się psa na wsi. Przypomniała sobie, jak gwizdał Władysław. Wyjrzała przez okno. Władysław i Tosia stali przy furtce.
Policzki Zosi zapłonęły.
Kto to? warknął Tomek.
Uczennica pisnęła Tosia. Zaraz wrócę.
Zosia przygotowała dla Tosi prezent: towarzyszkę dla Fifi, różową króliczkę. Ojciec uznałby to za tandetę.
Władysławowi też zrobiła prezent nie wiedziała, czy powinna, ale zrobiła: wydziergała rękawiczki.
Chwyciła prezenty, wybiegła na dwór bez czapki, w rajstopach. Śnieg wpadł do butów, ale nawet nie skrzywiła się.
Kochana Tosiuniu, witaj! powiedziała przymilnie. Szczęśliwego Nowego Roku! Zobacz, co dla ciebie mam.
Wsunęła jej paczkę. Tosia wyjęła króliczkę i przytuliła, spojrzała na ojca. Władysław podał dwa pakunki: większy i mniejszy. Tosia rozwinęła większy w środku był zeszyt, a w nim komiks z jej rysunkami.
Dziękuję, jest cudny!
W mniejszym była broszka w kształcie ptaka. Złota koliberka. Zosia podniosła wzrok na Władysława. Nie patrzył na nią. Tosia powiedziała:
Była mamy.
Zosi łzy podeszły do gardła.
To my już pójdziemy mruknął Władysław.
Oczywiście. Szczęśliwego Nowego Roku!
Wzajemnie…
Zosia chciała przytulić Tosię, ale nie miała odwagi. Dziewczynka stała tylko, mocno trzymając zabawkę, milcząca.
Przy bramie Zosia obejrzała się. Serce zakuło ją na widok tych dwojga, a w domu zaczęła pociągać nosem i szybko mrugać.
I co tam? niecierpliwie spytał Tomek.
Zosia spojrzała na zeszyt i broszkę, ścisnęła w dłoni. Przypomniała sobie, że zapomniała oddać rękawiczki. A także to, co powiedziała Tosia: Była mamy… I jaka ma Władysław uśmiech taki zaraźliwy, pojawia się tylko, gdy patrzy na córkę. W środku coś ją kłuło i kwitło. Tomka żal było, ale okłamywanie jego i siebie nie miało sensu.
Wyjęła z kieszeni welurowe pudełko, podała mu je i powiedziała:
Wróć do domu. Przepraszam, nie mogę być twoją żoną. Wybacz.
Tomek spoważniał. Nie był przyzwyczajony do odmowy.
Przez chwilę Zosia bała się, że ją uderzy. Ale Tomek schował pudełko, wziął kluczyki i wyszedł.
Zosia szybko zapakowała jedzenie w pojemniki, chwyciła rękawiczki dla Władysława i pobiegła dogonić osoby, które w tej chwili były jej najpotrzebniejsze…



