Kasia myślała, że wyszła za mąż…
Gdy Kasia płaciła w osiedlowym sklepie, Mariusz stał z boku. Kiedy zaczęła pakować zakupy do toreb, on w ogóle wyszedł na ulicę. Kasia opuszcza sklep i podchodzi do Mariusza, który właśnie pali papierosa.
— Mariusz, weź paczki — prosi Kasia, podając mu dwie ciężkie torby z jedzeniem.
Mariusz patrzy na nią, jakby zmuszano go do czegoś nielegalnego, i pyta z udanym zdziwieniem:
— A ty co?
Kasia traci rezon, nie wiedząc, jak zareagować. Co znaczy “a ty co”? Po co to pytanie? Normalnie mężczyzna pomaga fizycznie. To po prostu nie w porządku, gdy kobieta dźwiga ciężkie siaty, a facet obok sobie lekko podskakuje.
— Mariuszu, one są ciężkie — odpowiada cicho.
— I co z tego? — Mariusz dalej się opiera.
Widzi, że Kasia zaczyna się złościć, ale z zasady nie chce brać toreb. Przyspiesza kroku, wiedząc, że ona nie nadąży. “Weź paczki? Co ja, parobek jestem? Albo pantoflarz? Ja jestem facetem! Sam decyduję, czy nieść, czy nie! Niech sobie taszczy, nie padnie!” — myśli Mariusz. Takie miał dziś nastawienie — zdyscyplinować żonę.
— Mariusz, dokąd idziesz? Weź paczki! — woła za nim Kasia, ledwie powstrzymując łzy.
Toreby naprawdę są ciężkie. Mariusz wie o tym, bo sam głównie wkładał te rzeczy do koszyka. Żywiec, jednoosobowa kapsuła mieszkalna w robotniczej dzielnicy Warszawy. Do ich bloku niedaleko, pięć minut spacerem. Ale z pełnymi torbami droga wydaje się o wiele dłuższa.
Kasia idzie do domu, ledwie nie płacząc. Ma nadzieję, że Mariusz tylko żartuje i zaraz wróci. Ale nie, widzi, jak oddala się coraz bardziej. Chce rzucić te siaty, lecz w jakimś otępieniu ciągnie je dalej.
Docierając pod klatkę, siada na ławce, nie mając siły iść. Chce płakać ze zmęczenia i upokorzenia, lecz powstrzymuje łzy — nie wypada na ulicy. Nie może też połknąć tej sytuacji — on nie tylko ją obraził, lecz też poniżył takim traktowaniem. A przecież przed ślubem był taki uważny… I niechby nie rozumiał, ale przecież rozumie! I zrobił to świadomie.
— Witaj, Kasiu! — głos sąsiadki budzi ją z zamyślenia.
— Dzień dobry, babciu Marysiu — odpowiada Kasia.
Babcia Marysia, czyli Maria Szymańska, mieszkała piętro niżej i przyjaźniła się z babcią Kasi, dopóki ta żyła. Kasia zna ją od dziecka, traktując jak drugą babcię. Po śmierci babci, gdy Kasia mierzyła się z pierwszymi życiowymi trudnościami, starsza pani zawsze pomagała. Nie miała kto innego — matka Kasi żyła we Wrocławiu z nowym mężem i dziećmi, a ojca dziewczyna nie pamiętała. Dlatego najbliższą osobą zawsze była babcia. A teraz babcia Marysia.
Kasia bez wahania decyduje oddać wszystkie zakupy babci Marysi. Niech nie dźwiga na próżno. Emerytura Marii Szymańskiej jest niewielka, a Kasia często sprawia jej drobne smakołyki.
— Chodźmy, babciu, odprowadzę was — mówi Kasia, znów biorąc ciężkie torby.
W mieszkaniu babci Marysi Kasia zostawia siaty, mówiąc, że wszystko jest dla niej. Widząc w torbie śledzie szproty, karpia w galarecie, konserwowe brzoskwinie i inne przysmaki, które lubi, lecz nie może sobie pozwolić, babcia Marysia tak się wzrusza, że Kasi robi się nieswojo, iż tak rzadko dogadza sąsiadce. Całując się na pożegnanie, Kasia wchodzi na swoje piętro.
Ledwie przekracza próg, mąż wychodzi z kuchni na jej spotkanie, coś przeżuwając.
— A gdzie paczki? — pyta Mariusz, jakby nigdy nic.
— Jakie paczki? — odpowiada mu tym samym tonem Kasia. — Te, które pomogłeś mi zanieść?
— Oj, daj spokój! — próbuje żartować. — Coś się obraziła?
— Nie — spokojnie odpowiada Kasia. — Po prostu wyciągnęłam wnioski.
Mariusz nastroszył się. Spodziewał się krzyku, awantury, łez i pretensji, a tu taki spokój, że i jemu zrobiło się nieswojo.
— I jakie to wnioski?
— Nie mam męża — dodaje z westchnieniem: — Myślałam, że wyszłam za mąż, a wychodzi, że poślubiłam głupca.
— Nie rozumiem — Mariusz udaje głęboko dotkniętego.
— A co tu rozumieć? — patrzy mu prosto w oczy Kasia. — Chcę, by mój mąż był mężczyzną. A tobie, widać, też się marzy, żeby twoja żona była mężczyzną — po chwili dorzuca: — Więc i tobie mąż jest potrzebny.
Twarz Mariusza staje się purpurowa ze złości, zaciska pięści. Lecz Kasia tego nie widzi, już weszła do pokoju zbierać jego rzeczy. Mariusz opierał się do końca. Nie chciał odchodzić. Szczerze nie pojmował, jak można zniszczyć rodzinę przez taką błahostkę:
— Wszystko przecież było w porządku, pomyśl tylko — sama doniosła
Mariusz w końcu wyszedł, trzymając pod pachą swoją starą sportową torbę i mrucząc pod nosem coś o babskiej histerii nad jedną niesioną siatą.
Myślałam, że znalazłam miłość…



