Musicie nam oddać dziecko. To my jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami powiedzieli obcy ludzie stojący na progu.
Mamo, czy mogę jutro nie iść do szkoły? Znowu boli mnie głowa! Staś stał w drzwiach kuchni, trzymając się futryny.
Barbara odwróciła się od kuchenki, gdzie mieszała zupę. Chłopiec rzeczywiście wyglądał blado, pod oczami miał cienie.
Znowu? Stasiu, to już trzeci raz w tym tygodniu. Może pójdziemy do lekarza?
Nie trzeba lekarza. Po prostu jestem zmęczony. Mogę zostać w domu?
Zobaczymy rano. Idź teraz odrobić lekcje.
Już je zrobiłem.
Wszystkie? Nawet matematykę?
Nawet matematykę.
Barbara podeszła do syna, przyłożyła dłoń do jego czoła. Gorączki chyba nie było. Ale chłopiec ostatnio był jakiś apatyczny, zamyślony. Kiedyś nie mógł usiedzieć w miejscu, a teraz godzinami siedział w pokoju, patrząc przez okno.
Stasiu, wszystko w porządku w szkole? Nikt cię nie gnębi?
Wszystko w porządku, mamo. Po prostu głowa boli.
Chłopiec poszedł do swojego pokoju. Barbara wróciła do garnka, ale niepokój nie ustępował. Osiem lat wychowujesz dziecko, myślisz, że znasz je na wylot, a nagle zdajesz sobie sprawę, że coś się dzieje, ale nie wiesz co.
Wieczorem wrócił mąż, Marek. Zmęczony po zmianie, ale widząc zatroskaną twarz żony, od razu się spiął.
Co się stało?
Staś znowu narzeka na ból głowy. Trzeci raz w tym tygodniu.
No to trzeba iść do lekarza.
Mówię mu, nie chce. Może faktycznie jest przemęczony? Koniec semestru, klasówki.
Marek poszedł do syna. Barbara słyszała, jak rozmawiają półgłosem. Po chwili wrócił, usiadł przy stole.
Mówi, że wszystko w porządku. Ale zgodził się jutro iść do lekarza.
No i dobrze. Rano się zapiszę.
Przy kolacji Staś prawie nic nie jadł. Pobawił się widelcem ziemniakami, wypił herbatę i poprosił, by iść spać. Barbara i Marek wymienili spojrzenia.
Może się zakochał? zasugerował Marek. W jego wieku to się zdarza.
Za wcześnie mu na miłość. Ma dopiero osiem lat.
No nie wiadomo. Dzieci teraz szybko dorastają.
Barbara sprzątnęła ze stołu, pozmywała naczynia. W głowie kotłowały się różne myśli. Może w szkole coś się stało? A może poważnie zachorował?
W nocy kilkakrotnie zaglądała do pokoju syna. Staś spał niespokojnie, przewracał się, coś mamrotał przez sen. Barbara poprawiła mu kołdrę, pogłaskała po głowie. Chłopiec otworzył oczy.
Mamo?
Śpij, kochanie. Wszystko w porządku.
Mamo, ty mnie kochasz?
Oczywiście, że cię kocham. Najbardziej na świecie.
A jeśli jeśli nie jestem twój?
Barbara zesztywniała.
Co za bzdury, Stasiu? Oczywiście, że jesteś mój. Śpij już.
Chłopiec zamknął oczy, odwrócił się do ściany. Barbara wyszła z pokoju, ale sen nie nadchodził. Skąd u ośmioletniego dziecka takie myśli?
Rano Staś wstał sam, bez przypominania. Zjadł śniadanie, spakował plecak.
Mamo, idę do szkoły. Głowa już nie boli.
Na pewno? Może jednak do lekarza?
Nie trzeba. Jestem zdrowy.
I wybiegł, zanim zdążyła zareagować. Spojrzała przez okno syn szedł przez podwórko szybkim krokiem, jakby gdzieś się spieszył.
Dzień minął jak zwykle. Praca, sklep, gotowanie. Ale niepokój nie ustępował. Kilka razy chciała zadzwonić do wychowawczyni, zapytać, jak Staś, ale się rozmyśliła. Nie chciała wyjść na panikarę.
O trzeciej po południu zadzwonili do drzwi. Barbara otworzyła. Na progu stali mężczyzna i kobieta. Nieznajomi. Mężczyzna około czterdziestki, wysoki, ciemnowłosy. Kobieta młodsza, ładna, ale z jakimś napiętym wyrazem twarzy.
Dzień dobry powiedział mężczyzna. Pani Barbara Nowak?
Tak, to ja. A państwo?
Jestem Tomasz Kowalski. To moja żona Agnieszka. Musimy z panią porozmawiać.
O czym?
Mężczyzna spojrzał na żonę. Ta skinęła głową, jakby go zachęcała.
O pani synu. O Stanisławie.
Barbara się spięła.
Co się stało Stasiowi? W szkole coś się wydarzyło?
Nie, w szkole wszystko w porządku. Możemy wejść? Rozmowa będzie długa.
Nie znam państwa. O czym mamy rozmawiać?
Kobieta zrobiła krok do przodu. W jej oczach błyszczały łzy.
Proszę. To bardzo ważne. Chodzi o Musicie nam oddać dziecko. My jesteśmy jego prawdziwymi rodzicami.
Barbara cofnęła się jak oparzona. W uszach zaszumiało.
Co? Jakie to bzdury? Staś jest moim synem!
Proszę posłuchać mężczyzna wyciągnął z teczki jakieś papiery. Mamy dowody. Osiem lat temu w szpitalu doszło do pomyłki. Zamieniono dzieci.
Wynoście się! Natychmiast! Albo wezwę policję!
Pani Barbaro, proszę, niech nas pani wysłucha kobieta łkała. My też wychowywaliśmy dziecko osiem lat. Kochaliśmy je. A potem okazało się
Co się okazało?
Nasz syn to znaczy chłopiec, którego wychowywaliśmy zachorował. Potrzebna była transfuzja krwi. I wtedy się okazało, że grupa krwi nie pasuje. Ani do mojej, ani do męża. Zrobiliśmy test DNA.
Barbara trzymała się framugi. Nogi się pod nią uginały.
I co?
Nie jest naszym biologicznym synem. Zaczęliśmy szukać, dociekać. Zwróciliśmy się do szpitala. Sprawdzili archiwa. Tej nocy, gdy rodziłam, urodziło się tylko dwóch chłopców. Nasz i pani.
To jakaś pomyłka. Zamieszanie.
Zrobiliśmy test DNA z chłopcem, którego wychowywaliśmy. Potem potem pobraliśmy próbkę DNA pani syna.
Jak pobraliście? Kiedy?
Mężczyzna spuścił wzrok.
Przepraszam. Przez kilka dni go obserwowaliśmy. Wzięliśmy kubek po soku, który wyrzucił. To wystarczyło do analizy.
Śledziliście moje dziecko? To przest



