Monika, kobieta w wieku 67 lat, codziennie z żelazną konsekwencją chodziła na spacery do parku. Lubiła te swoje wycieczki, ale tego dnia jakiś smutek, większy niż zwykle, przyczepił się do niej jak rzep do psiego ogona. Wspominała stare lata, które wydawały się cudownie proste, kiedy wszystko szło jak po maśle, a rodzina była zdrowa i pełna. Niestety, życie postanowiło rzucić jej kij w szprychy. Syn Moniki, wschodząca gwiazda korporacyjnych szczebli, nieoczekiwanie zginął w tragicznych okolicznościach podczas kąpieli w jeziorze Mazurskim. Szczegóły całej sprawy do dziś pozostały tajemnicą, którą rozważano przy każdym rodzinnym obiedzie.
Mąż Moniki nie potrafił przełknąć tej tragedii, a jego stan zdrowia pogarszał się szybciej niż ceny benzyny przed wakacjami. Coraz częściej nie wracał na noc, aż w końcu pewnego dnia wydarzył się nieszczęśliwy wypadek i został wdowcem na stałe, choć już nieświadomie.
Została więc Monika sama, w wieku pięćdziesięciu lat ani stara, ani młoda ale za to z emeryturą, która chociaż pozwalała jej przeżyć, nie zachęcała do rozrzutności. Świat stał się dla niej jakby bardziej cichy i pusty. Na szczęście miała Piotrusia całkiem zwyczajnego chłopaka z sąsiedztwa, który wpadał do niej regularnie, roznosząc po mieszkaniu chaos, zapach chipsów i dziecięcą energię.
Pewnego razu, wracając z zakupami z osiedlowego Lewiatana, Monika zobaczyła karetkę pod klatką. Wśród poruszonego tłumu dostrzegła Piotrusia, siedzącego przy noszach i usilnie próbującego obudzić swoją mamę. Policjant, który wyglądał na przemęczonego jak kasjerka po promocji na karpia, poprosił kogoś z sąsiadów, żeby zabrał chłopca. Monika bez wahania zgłosiła się na ochotnika, a funkcjonariusz, robiąc poważną minę, zanotował jej nazwisko i ostrzegł, że lada moment pojawią się przedstawiciele opieki społecznej.
Monika od razu wiedziała, że nie oddałaby Piotrusia nikomu, ale przecież nie ona o tym decydowała. Świat urzędników to nie park tu nie wszystko układa się zgodnie z logiką spacerów.
Opieka społeczna pojawiła się u niej jak to w Polsce po miesiącu, kiedy zdążyli się już z Piotrusiem zaprzyjaźnić. Monika gotowała mu ulubione pierogi, śpiewała (nieco fałszując) stare kołysanki i poczuła się znów jak matka, a nawet babcia do kompletu. Powiedziała urzędnikom wprost, że chciałaby, żeby Piotruś został z nią na stałe, ale usłyszała, że zgodnie z przepisami, w jej wieku to nic prostego prawo jest jak żurek, każdy inaczej gotuje i nie każdemu smakuje.
Choć urzędnicze miny nie pozostawiały złudzeń, Monika już wiedziała, że nie zazna spokoju, dopóki Piotruś nie będzie biegał po jej mieszkaniu, a ona nie będzie narzekać, że znowu rozsypał bułkę tartą na dywan.



