Mówią, że jesteśmy odpowiedzialni za wszystko, co dzieje się w naszym życiu, i sami musimy ponosić konsekwencje naszych wyborów. Cokolwiek zdecydujemy pewnego dnia, taki potem będzie nasz los.
W moim życiu wszystko stało się przez jeden błąd kiedyś postanowiłam związać się z mężczyzną, który nie traktował życia poważnie. W młodości byłam zakochana w Andrzeju po uszy, wierzyłam naiwnie, że mimo jego lekkomyślności dla mnie się zmieni. Chciałam mieć wiarę, mieć nadzieję. Rzeczywistość jednak jest taka, że ludzie są tacy, jacy są. I nawet po narodzinach mojego syna, Andrzej został sobą tylko jeszcze bardziej roztargnionym, wiecznie nieobecnym.
Każdego miesiąca docierały do mnie nowe plotki o jego romansach. Opowiadali mi o nich sąsiedzi, przyjaciele, nawet kuzynki. Czułam się zażenowana i wystawiona na pośmiewisko wszystko naraz. Przez pięć lat znosiłam to z uporem, aż wreszcie powiedziałam dość. Rozwiodłam się. Przynajmniej Andrzej nie okazał się chciwy zostawił mi swoje mieszkanie w zamian za to, że nie zażądam alimentów. Z synem jednak nie chciałam tam mieszkać. Wynajęliśmy je i przeprowadziłam się do mamy, która potrzebowała mojej opieki. Tak zaczęliśmy żyć.
Pieniądze z wynajmu wydawałam na syna na ubrania, szkołę, wycieczki, na zabawki. Bardzo starałam się, żeby miał szczęśliwe dzieciństwo. Resztę na jedzenie, lekarstwa i rachunki dla mamy, która od lat nie wstawała z łóżka przez chorobę. Wierzyłam, że syn doceni to wszystko, moje poświęcenie. Teraz mam 57 lat, mam cukrzycę, codziennie wbijam sobie insulinę, i modlę się, żeby pożyć jeszcze trochę.
Z powodu zdrowia nie mogę już pracować nigdzie a kto mnie teraz zatrudni? Nie mam też emerytury całe życie zmieniałam zajęcia, nigdzie nie zostałam dłużej, najwięcej pracując na czarno, by utrzymać siebie i syna. Tak naprawdę żyję tylko z wynajmu tego mieszkania. Mój syn, Janek, ma już 31 lat. Niedawno się ożenił i oznajmił, że razem z żoną zamieszkają właśnie w tym mieszkaniu.
Kiedy powiedziałam, że wtedy zabraknie mi na życie, odpowiedział tylko: To już twój problem. I teraz naprawdę nie mam pojęcia, co dalej. Nie mam żadnych oszczędności, a stale potrzebuję leków. Muszę coś jeść, rachunki same się nie zapłacą. Co mam zrobić? Jak to możliwe, że własny syn traktuje mnie w taki sposób? Dlaczego to robi? Wszystko przypomina jakiś sen, złudzenie, z którego nie mogę się wybudzić.



