Moje ostatnie słowo. Ty, córeczko, obrażaj się na tatę ile chcesz.

Moje słowo ma ostatnią moc. Ty, córeczko, obrażaj się tyle, ile chcesz, na tatę. Ale za Juliusz nie oddam cię. Nie dyskutuj, Łucjo. Idź po Marka, i koniec. Z nim całe życie będziesz żyła za kamiennym murem, nie usłyszysz już żadnych jego okropnych słów. On jest dobrym człowiekiem, rozumiesz? Antoni Tarasiewicz próbował objąć swoją jedyną córkę.

Łucja wiedziała, że nie pójdzie wbrew woli ojca. Złapała go za rękę, pod płaczem wykrzyknęła: Na miłość nie ma siły!

Antoni spojrzał w niebieskie oczy ukochanej dziewczyny upartej i wolnej. Nie pozwoli, by była nieszczęśliwa. Zdecydowanie rzekł: Będziesz moja, choćbyś nie chciała! Idź, Łucjo!.

Nad Wisłą czekał na nią Juliusz. Serce znowu zabiło mocno. Jakże piękny był, z którym chciała spędzić całe życie. W tej chwili Łucja nienawidziła ojca jak nigdy wcześniej. Nie wyobrażała sobie, że może czuć tak silny gniew tata był jej wzorem i podporą. Żadne błagania, żadne namowy nie pomogły.

Co się stało z ojcem? Zły czy roztrwoniony? zapytał Juliusz, przejeżdżając dłonią po jej czarnych lokach i patrząc wciśniętymi, ciemnymi oczami otoczonymi gęstymi rzęsami.

On powiedział, że nie możemy być razem. Wszystko na nic Nie da się go przekonać łkała Łucja, przytulając się do chłopa.

Spróbuj jeszcze raz! A ja nie zgadzam się z nim! Mamy dom, gospodarstwo, a on jest taki uparty! wykrzyknął Juliusz, raziąc nogą pod kaczkę, która szalała po brzegu.

Nie, kaczuszko! Ostrożnie! krzyknęła Łucja.

Och, znalazłam sobie rozrywkę. Kaczka i kaczka. Tylko nie dotykaj jej, bo się odbije. Chodźmy lepiej na spacer rzekł Juliusz, prowadząc dziewczynę w stronę lasu.

Wracając wkrótce do domu, natknęła się na Marka. Chłopak, widząc Łucję, mocno się zarumienił.

Niskiego wzrostu, piegowatą twarz, blond włosy i przezroczysto-niebieskie oczy, które Łucja żartobliwie nazywała bieluszką. Niepozorny, zupełnie inny niż Juliusz. Dlaczego ojciec tak się opiera? Łucja chciała rzucić mu jakąś obelgę, lecz zobaczyła Marka z kaczką w dłoniach.

Dokąd tak pędzisz? uśmiechnęła się.

Szłam nad rzekę, kąpać się. Zobaczyłam leżącą kaczkę, podniosłam, a ona piszczy żałosnie. Chyba nogę sobie poobijała. Pokażę to tacie, on umie leczyć zwierzęta odpowiedział Marek, spoglądając w oczy Łucji.

Zrozumiała, że to właśnie ona zraniła kaczkę, a nie Juliusz. Teraz Łucja mocno się zarumieniła i szybko odszedła dalej. Zawstydzona tym, że jej ukochany zranił małe stworzenie, a nienawistny jej człowiek je ratuje. Dlaczego tak?

Od tej chwili kaczątko przywiązało się do Marka. Szło za nim po wiosce, nawet spało przy sianie. Śmieszne, trzepocząc, uważnie spoglądało, czy nie zgubi się swojego ulubionego właściciela.

Są rzeźnicy, a on jest kaczczarzem, głupi. Kaczka taka sama. Przydatne tylko na stół drwił Juliusz, próbując drażnić Marka. Ten jednak nie reagował, przechodził obok.

Wkrótce wyznaczono dzień ślubu Marka i Łucji. Dziewczyna płakała nieprzerwanie. Juliusz namawiał, by uciekła razem, ale ona, choć kochała go szaleńczo, nie zgodziła się. W myślach widziała gniewny wyraz ojca.

Wtedy ojciec mógłby jej nie pozwolić przejść na próg. Matka nie miała słów przeciw ojcu. Jedyna córka, matka chorowała, dwóch braci zmarło w dzieciństwie. Łucja była jedyną dziewczynką w rodzinie.

W dniu ślubu stała przed lustrem, patrząc na siebie. Ojciec ze łzami w oczach stwierdził, że suknia jest piękna, a jej złote włosy lśnią.

Najpiękniejsza panna młoda! pocałował ją Antoni Tarasiewicz. Czy złość na mnie, mała? Życzę ci szczęścia, złota dziewczynko! Podziękuj mi później!

Nigdy! Zrobiłam, jak chcesz, ale dziękować Nie, tato odwróciła się Łucja w stronę okna.

Na weselu Juliusz tańczył z Kasią. Łucja zawsze zazdrościła jej, widząc, jak patrzy na Juliusa. Co z tego? Teraz Łucja była mężatką.

Zostało tylko gryźć łokcie i patrzeć, jak były kochaniec z inną… Łucja spojrzała podstępnie na Marka. On nie pił, a kaczątko kręciło się przy nim.

Co za głupi! pomyślała z złością.

Matka pomogła jej zdjąć suknię. Z przerażeniem spoglądała na drzwi, skąd miał przyjść niechciany mąż. Wszedł, stał, spojrzał na ściśnięte wargi i odwrócił się, by odejść.

Co? Idziesz? A co powiem ludziom? Nie podoba mi się? Łucja zeskoczyła z łóżka i podbiegła do niego.

Mężczyzna milczał, patrząc na nią. Nałożył chustę na ramiona.

Podobasz mi się. Bardzo. Jesteś moją najdroższą. Tylko że jesteś obrzydliwa, widzę. Jeśli tak nic, przeżyjemy to jakoś. Ale dopóki nie podejdziesz sama, nie mogę i Marek odszedł.

To nigdy nie będzie! wykrzyknęła gniewnie, podążając za nim.

W dzień spotkała Juliusa. Ten, dmuchając dymem w oczy, próbował ją zwabić do lasu, całując.

Co? Zwariowałeś! Co sobie myślisz? zaczęła Łucja.

A co? Masz już męża. Możesz i ze mną, czy nie? rzucił Juliusz.

Ale ona odszła…

Tak mijały dni. Młodzi małżonkowie mieszkali osobno, a Marek zawsze miał coś do roboty. Pewnego razu poszli do lasu po grzyby, tam Łucja skręciła kostkę. Mąż uniósł ją na rękach.

Wieczorami spacerowali, on kołysał ją na huśtawce nad wodą, a kaczątko szalało w tle. Z czasem gniew wobec Juliusza zaczął zanikać.

Wiedziała, że Juliusz spotyka się z Kasią i zbliża się kolejny ślub, ale zazdrość już nie było. Łucja nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje. Marek nie próbował się do niej zbliżać.

Pewnego dnia wybuchł pożar w domu sąsiadki. Łucja obudziła się w płomieniach i pobiegła na ratunek. Ludzie już tam byli.

Sąsiadka z trójką dzieci: najstarszy Szymon przybył z okolicznej wsi.

Ty, młody człowieku, dałeś radę! Pierwszy przybiegł i wiele pomógł. Złoty chłopak pogłaskała Łucję po ręce.

Marek? Gdzie on? pytając, czuła, że w środku coś się ochładza.

W środku. Nasz pies, Głowa, się zgubił. Nie mogłam go znaleźć, więc go wołałam, a on wpadł do domu. Gdybyśmy go nie szukali, dzieci by płakały wytrzeć ręką, otarła twarz chustą.

Wtedy spadł sufit. Łucja krzyknęła i straciła przytomność.

Obudziła się, kiedy czyjeś dłonie muskały jej policzkę. Wpatrzone w niej męskie oczy zapytały:

Co się stało? Tam spadło

Przez okienko zdążyłem. Głowę ledwo znalazłem pod łóżkiem. odpowiedział Marek z uśmiechem.

Bałam się o ciebie. Kocham cię! załamała się, przytulając się do jego ramienia.

Po dziewięciu miesiącach przyszedł ich syn, Mikołaj. Marek, przejmując ojcowskie umiejętności, leczył krowy, konie, potrafił postawić na nogi zwierzęta nawet w beznadziejnych przypadkach. Z daleka do niego przyjeżdżali ludzie.

Łucja kochała męża i nie mogła pojąć, jak mogła kiedyś zakochać się w Juliuszu, który poślubił Kasię, pijał, hulankował i bił żonę, a potem stał się niepełnosprawny. Patrząc na ich życie, Łucja przerażona myślała, że mogłaby skończyć jak Kasia, gdyby nie żelazna wola ojca.

Wyszła na przód podwórka, gdzie Antoni Tarasiewicz grał z małym Mikołajem.

Tato chciałam podziękować. Za to, że nie pozwoliłeś mi wyjść za Juliusza. Za to, że widziałeś, co jest dla mnie lepsze. Przebacz mi rzekła Łucja i pocałowała ojca.

Och, młodość. Dobrze, rozumiem. Z wiekiem widzimy lepiej, kto jest człowiekiem, a kto potworem Nie mogłem oddać jedynej ukochanej córki temu bestiariuszowi. Wiedziałem, że gniewasz się na mnie. Ale co? Minęło i jest dobrze. Starsi, córeczko, trzeba słuchać. Życie już przeżyliśmy, widzimy. Niech Bóg wam da szczęście! uśmiechnął się Antoni.

Łucja dożyła podeszłego wieku. Razem z mężem wszystko robili wspólnie. Zbierali plony, on niedaleko. Mieli pięcioro dzieci, mnóstwo wnuków.

Szczęśliwa rodzina. Gdzie przysłowie Na miłość nie ma siły nabrało nowego sensu

Rate article
Fajna Tajna
Moje ostatnie słowo. Ty, córeczko, obrażaj się na tatę ile chcesz.