Jutro moja teściowa będzie obchodzić swoje urodziny we własnym śnie, w naszym mieszkaniu na warszawskim blokowisku, które czasem przypominało długi, ruchomy korytarz, z oknami wychodzącymi na mleczną mgłę.
Moje niemowlę ma cztery i pół miesiąca i śpi jakby wciąż w poprzednim życiu. Najpierw zaprosiła nas do siebie, potem nagle zmieniła zdanie postanowiła, że z moim teściem i córką swojego syna przyjedzie tu, do nas, świętować. W portfelu z trzaskiem zamknęły się wszystkie złote monety, mąż się nie zgadzał na restaurację, choć przecież i tak byśmy nie poszli. A oni, jak to oni oszczędni, hermetyczni, wszystko mają swoje, nawet notatnik z listą narzekań.
Wciąż nie pojmuję, dlaczego wybrała właśnie nasze cztery ściany. Może po to, by mnie dręczyć, może bym wypadła jako zła gospodyni, może z nostalgią za rodziną przy wspólnym stole z białym obrusem i barszczem. Od pierwszego dnia znamy się zaledwie o tyle, o ile musimy po narodzinach dziecka relacje rozciągnęły się jak stary sweter i drapią bardziej. Mam wrażenie, że próbuje rozwiązać ten konflikt na jej sposób, tyle że nie tędy droga. Nie że mnie kiedyś zwyzywała, ale dotknęła. Resztki dawnych cieplejszych uczuć, które kiedyś do niej miałam, uleciały gdzieś z wiatrem nad Wisłą. Uśmiecha się, a ja już wiem, co naprawdę o mnie myśli.
Nie zakazuję jej spotkań z wnuczkiem sama nie wykazuje cienia chęci. Każdego piątku pytam męża, czy babcia zechce wpaść zobaczyć małą. Nie mam nic przeciwko, mogliby się spotkać. Ale ja? Ja bym wolała nie te rozmowy są sztywne jak musztra w wojsku. Ona może pamięta, co kiedyś mi powiedziała, ja na pewno.
Tak, pochodzę z takiej sobie rodziny z Grochowa tata i siostra potrafią wypić aż się ściany chwieją. I co z tego? Czy to znaczy, że nie zasługuję na szacunek? Nie musi szanować mojego pragnienia przespania weekendu w całości, jeśli dziecko pozwoli. Weekend to dla mnie łaska z nieba nie zrywam się o szóstej trzydzieści rano, nie robię mężowi jajek na twardo i kawy, modląc się, by dziecko nie obudziło się przed czasem. Raz mówi, że wpadną, zaraz potem, że jednak nie mogą, ale nie muszą. Za każdym razem, gdy kluczyk przekręca się w zamku, przechodzi mnie dreszcz i uchylam okno, jakbym miała uciec na trzynaste piętro.
I za każdym razem przypomina mi swoimi spojrzeniami lub wyciąganiem klucza że to jej mieszkanie, jej reguły, jej kaktusy na parapecie. Wiem o tym doskonale, ale ja tu mieszkam, więc czasem chodzę w szlafroku i potarganych włosach. Czy właściciel każdej wynajmowanej kawalerki w Krakowie wchodzi bez pukania i dzwonienia? Czy tak to wygląda? Dla mnie to ewidentny sygnał: nie zapominaj, dziewczyno, gdzie jesteś.
Nasza relacja pęka w szwach, bo nigdy nie chciała mnie poznać nawet gdy się dowiedziała, że syn chce mnie poślubić. Gdy składaliśmy papiery w urzędzie, dzwoniła do mnie dziesięć razy, bo nie dowierzała, że naprawdę stanęliśmy w kolejce po ślub. Do kawiarni nie przyszła, na obiad nie chciała mnie zaprosić. Nie ma pojęcia, że przed jej synem nie znałam innych mężczyzn.
Poznałyśmy się przez przypadek, gdy już pięć miesięcy byłam z mężem. Zrobiła z siebie królową dystansu szorstka, nieprzystępna, głośna. Teścia widziałam tylko raz, na ślubie, krążył wokół stołów jak cień. Może dlatego czuję do niej niechęć rozpuszczającą się w herbacie.
Nie znoszę grać komedii. Potrafię, jeśli muszę, ale przy teściowej nawet nie próbuję udawać sympatii, na którą nie zasłużyła. Mieszkanie jest zapisane na męża, prezent od niej. A dwa dni po powrocie ze szpitala po porodzie potrafiła powiedzieć mi w twarz, z jakiej patologii wyszłam i że zawisłam na szyi jej syna. Jak można, mając pięćdziesiąt pięć lat, mówić takie rzeczy do synowej, która ledwo stoi na nogach po porodzie?
Nie przeszkadzają mi goście byle nie ona. Znowu będę dreptać od dziecka do stołu, pomagać jej rozkładać talerze, liczyć minuty do końca wizyty. Ale prezent już dla niej mam, już gotowy pod folią z Empiku. Śnią mi się okna, które otwierają się same, i klucz, który obraca się w zamku bez mojej ręki.



